Tak, kalectwo!

Kalectwo może na człowieka napaść nagle i niespodziewanie, albo może powolutku wkraść się w jego ciało.

O tym pierwszym  wiem niewiele, posiadam jedynie wiedzę teoretyczną, bo na szczęście, jak dotąd to mnie nie spotkało (odpukać) i nie mam w gronie rodziny,  znajomych i przyjaciół nikogo, kto by doświadczył nagłego kalectwa pourazowego, na przykład, po wypadku.

Drugi jest podstępny, kalectwo rozwija się przez długie lata, z na pozór niegroźnymi objawami, a potem się okazuje, że jest.  Zaczęłam się z tym zaznajamiać, kiedy moja siostra odkryła, że ma kompletnie zdegenerowany kręgosłup, a na osłodę,  torbiel przy którymś kręgu, której nie da się zoperować ani wyleczyć. Efekt taki, że bez silnego bólu może chodzić lub stać przez maksimum 5 minut.

A teraz mam własne kalectwo,  z tego drugiego rodzaju.  Od 20-tu lat miałam kłopoty z kręgosłupem szyjnym, ale przyjmowałam je jako objawy normalnego procesu starzenia się  i niezbyt się tym przejmowałam. A tu nagle, trzy tygodnie temu, budzę się rano i mam zdrętwiałe dwa palce lewej ręki i niedowład pozostałych.  To jeszcze nie wzbudziło we mnie żadnych podejrzeń, bo od lat mi obie ręce drętwieją w nocy, a w ciągu dnia wracają do normy.  Kiedy taki stan utrzymywał się przez kilka dni, poleciałam na EKG (bo to lewa ręka), ale okazało się, że z sercem wszystko w porządku.

Następnie zgłosiłam się do ortopedy (oczywiście, wszystko odpłatnie, bo ubezpieczenie zdrowotne mam w Anglii, nie w Polsce), który zdiagnozował, że któryś krąg, najprawdopodobniej na styku kręgosłupa szyjnego i piersiowego, uciska na jakiś nerw.  Zalecił różne zabiegi i odesłał mnie do kliniki swojego kumpla.

Kumpel fajny, bardzo miły i kontaktowy.  Najpierw usiłował poprawić mój stan przez masaż ręczny, z nagłym przekręcniem głowy w celu ustawienia kręgów, ale jak tylko zorientowałam się, co planuje, odwiodłam go od tego zamiaru, bo na taki zabieg już od 20-tu lat jest za późno.  Uczenie stwierdził, że jest bardzo źle, co zresztą i bez jego mądrości wiedziałam, i zapisał kurację ziołową oraz 5 tygodni zabiegów falą uderzeniową, silnym laserem i okładami z ukraińskiej borowiny, która podobno ma dodatkowy, bardzo wartoścoiwy,  składnik mineralny.  Zabiegi mają być raz na tydzień, i wzięłam już dwie porcje: owszem, poprawiają ruchliwość szyi, ale lewa ręka do tej pory nie ma z nich żadnego zysku.  No trudno, wytrzymam (fizycznie i finansowo) te następne tygodnie i się zobaczy, co z tego wyjdzie, chociaż rokowania dla lewej ręki są marne.

Więc, niestety, muszę się pogodzić z myślą, że jestem kaleką.  Lewa dłoń jest niedowładna, mam zdrętwiały i nieczuły najmniejszy palec i ten sąsiedni, a w pozostałych nie mam siły.  Objawia się to  np. tym, że trudno mi naciskać guziki od elektrycznych okien w samochodzie i utrzymać w lewej ręce obierany właśnie ziemniak czy ząbek czosnku. Nie mogę wyjąć papierosa z paczki, ani utrzymać go między wskazującym a środkowym palcem.  Muszę bardzo uważać, kiedy chcę lewą ręką podnieść talerz czy szklankę, bo mogę je upuścić.  Przy jedzeniu też mam problemy, bo bardzo trudno mi normalnie operować widelcem, więc muszę go ściskać w garści (ścisk jeszcze działa), co nie wygląda zbyt elegancko.  Wygląda na to, że w restauracjach odtąd będę musiała zamawiać tylko miękkie potrawy, bo przy twardszych moje kalectwo będzie bardzo oczywiste.

Trochę czasu upłynęło, zanim zdałam sobie sprawę, że to jest kalectwo.  Najpierw wydawało mi się, że to przejściowe, minie, i że odzyskam wladzę w lewej dłoni.  Teraz widzę, że jeżeli to w ogóle możliwe (co nie jest oczywiste), to będę musiała z tym żyć przez jakić czas.

Roztrojenie jaźni

Mam roztrojenie (nie mylić z rozstrojeniem) jaźni, ale nie jakieś genetyczne czy pourazowe:  gdyby takie było, to pewnie zostałabym fenomenem medycznym i opisywano by mój przypadek w bardzo mądrych publikacjach naukowych i wożonoby mnie po całym świecie, żebym mogła przedstawiać na uczonych seminariach symptomy mojej przypadłości. Nie, moje jest spowodowane, bardzo prozaicznie, nowym trybem życia, więc niestety żadnej sławy ani globtroterstwa z tego nie nie będzie.

Od czasu powrotu do Polski, jakieś półtora roku temu, zaistniałam w trzech wersjach, które na przemian przejmują moją osobowość w zależności od miejsca, w którym właśnie przebywam.  A mamy z mężem trzy mieszkania: jedno, małe, w centrum miasta, w którym (mieście, nie mieszkaniu) spędziłam młode lata i chodziłam do szkoły, drugie, odległe ok. 70 km od pierwszego i składające się z jednego dużego pomieszczenia na strychu nad oborą, pośród pól i lasów nieopodal maleńkiej popegeerowskiej wsi, dokąd wyprowadziła się Mama po przejściu na wczesną emeryturę, i trzecie, mikroskopijne, które kupiliśmy po sprzedaniu domu w Londynie jako miejsce, do którego możemy wracać.

W pierwszym zazwyczaj przebywamy trzy do czterech dni w tygodniu, spędzając resztę tygodnia w drugim.  W trzecim bywamy po kilka dni mniej więcej raz na miesiąc, ale rzadko razem, bo ktoś musi się zajmować psami, które przywiozłam ze sobą z Anglii. Ja jeżdżę tam częściej niż mąż, bo jestem nadal związana z moją byłą firmą, dla której pracuję, głównie na odległość, tak średnio trzy dni w miesiącu i mam tam również przyjaciół, a męża przyciągają tam jedynie stosunki towarzyskie. W każdym z tych trzech miejsc staję się właściwie inną osobą, albo przynajmniej inna strona mojej osobowości dochodzi do głosu.

W miejskim mieszkaniu zajmuję się, oprócz płacenia bieżących rachunków, urzędowymi sprawami naszej trójdzielnej Wspólnoty Mieszkaniowej, co wymaga cierpliwości i zaznajamiania się z przeróżnymi przepisami (dzieki Bogu za Internet!). Może czasem ubieram się na ulicę trochę bardziej elegancko  niż to robiłam w Londynie, gdzie nikt się nie interesował w czym kto chodzi, ale nie do przesady, bo lubię, nade wszystko, wygodę i wiele lat temu  przyzwyczaiłam się do chodzenia w spodniach i kurtce (najchętniej męskiej, bo te są bardziej w moim guście, no i  mają więcej kieszeni niż damskie, czyli można zrezygnować z torebki, co dla mnie jest dużym plusem!). Mam wrażenie, że tu większość pań w moim wieku stroji się na wyjście w kapelusze i najlepsze płaszcze, ale nie jestem gotowa do tego się posunąć, bo tak naprawdę, to nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie myślą, to ich sprawa, nie moja, więc nadal najczęściej chodzę w dżinsach i kurtce. Tu też jestem blogerką, bo z braku innego zajęcia napadła mnie chęć do pisania.  Ponieważ chcę odrestaurować mój zaniedbany język polski, a równocześnie podtrzymać angielski, piszę blogi w obu językach i coraz bardziej mi się blogowanie podoba. W tym miejskim mieszkaniu również pracuję zawodowo: mam swój (maleńki) gabinet, dwa komputery, drukarkę i nieodłączne dwa psy pod nogami , dokładnie jak w naszym domu w Anglii, oraz e-mail i zdalne połączenie z serwerem naszej firmy w Londynie.  Oprócz tego jest telefon, więc praca na odległość jest całkiem znośna.  W tym mieszkaniu jestem ogólnie przytomna i zaangażowana umysłowo i korzystam z wiedzy zgromadzonej  przez wiele lat pracy zawodowej.

W wiejskim mieszkaniu zupełnie inne rzeczy mnie zajmują i innych wymagają fakultetów.  Najważniejsza jest  kwestia przeżycia w nim w niskich temperaturach: trzeba w kozie umiejętnie palić i kontrolować temperaturę, żeby się nie upiec w ciągu dnia, ale żeby do rana starczyło na nie mniej niż 14 stopni, i bardzo uważać, żeby moje psy nie zetknęły sią przypadkiem z suką siostry, bo byłyby jatki.  Zamawiam ludzi do rąbania drewna, odśnieżania  czy przekopywania grządek, bo nikt z rodziny się do takiej pracy nie nadaje, z powodu podeszłego wieku lub różnych schorzeń.  Podaję Mamie, która większość czasu jest unieruchomiona w łóżku, śniadanie, obiad i kolację, co normalnie robi na okrągło  moja siostra, ale jak tam jestem, to staram się w to włączyć.  Gotuję posiłki, na bieżąco i na zaś, do zamrożenia, żeby w razie potrzeby było co jeść, no bo przy nagłych i obfitych opadach śniegu siostra nie byłaby w stanie wyjechać z obejścia na jakiekolwiek zakupy.  Hoduję jadalne i ozdobne roślinki na ile się da, ale podlewanie ich w lecie jest uciążliwe dla niepełnosprawnych osób, a mnie tam nie ma przez cztery dni w tygodniu, a czasami nawet dłużej.  Gram z siostrą w Scrabble; mamy naszą własną wersję, z planszą pieczołowicie narysowaną dawno temu, w momencie nagłej i nieprzepartej potrzeby zagrania w tę grę, na odwrocie planszy  jakiejś innej gry,  i z trochę rozszerzonym zasobem liter , bo wycięłyśmy z tektury dwa zestawy, polski i angielski, a potem do polskiego dodałyśmy kilka liter z angielskiego.  Zrobiłyśmy też stojaczki do liter dla dwóch graczy, z pudełka po jakiejś Biolecithine, którą poiłyśmy Tatę kiedy umierał na raka płuc (gdy człowiek czuje się bezsilny wobec choroby, takie działania przynajmniej dają mu poczucie, że coś robi, żeby pomóc, ale, niestety, pomaga to tylko tym działającym, a nie choremu).  Wracając do Scrabble po tej dygresji, ja mam dużo więcej szczęścia w losowaniu liter niż siostra, za to jej o wiele częściej zdarzają się 7-mio literowe wyrazy, ale nasze zmagania nie są całkiem konkurencyjne, gramy o najwyższy wspólny wynik, czyli sumę jej i moich punktów.  Rozwiązujemy też krzyżówki, w których siostra mnie bije na głowę, ale ja lubię też łamigłówki i sudoku, których ona nie uprawia.

W londyńskim mieszkaniu jestem osobą zawodową i w miarę niezależną od rodziny.  Mam tam osobny zestaw garderoby, poszczególne części którego trudno mi sobie przypomnieć na odległość, bo były nabyte już po przeprowadzce i rzadziej ich używam. Chodzę do biura firmy, żeby odświeżyć kontakty i kontynuować pracę, którą wykonuję dla firmy na odległość, internetowo; spotykam się z kilkoma przyjaciółmi na kolację czy drinki w pubie i latam po sklepach w poszukiwaniu rzeczy, do których się przyzwyczaiłam, a których  mi w Polsce brakuje.  Chodzę do lekarza, by odnowić  recepty, bo tam mam leki za darmo, co jest wynikiem tamtejszych praw i mojego płacenia składek ubezpieczeniowych przez 38 lat, i odwiedzam moją byłą sąsiadkę, która jest sparaliżowana po lewej stronie ciała po ciężkim wylewie. Niekoniecznie jest moją przyjaciółką z wyboru, bo połączyły nas tylko nasze psy, które się kiedyś poznały w pobliskim parku.  Ona miała wówczas dwuletniego, długowłosego i  przepięknego owczarka niemieckiego, a ja trochę skundlonego, 4-ro miesięcznego czarnego labradora.  Psy od pierwszego spotkania przypadły sobie do gustu, więc musiałyśmy się zaprzyjaźnić, nie było innego wyjścia. Co prawda, ta miłość im przeszła, kiedy mój osiągnął dojrzałość, ale to chyba normalne.

Z tego „roztrojonego” życia wynikają pewne trudności, zwłaszcza dla osoby po 60-tce, której pamięć nie dopisuje. Na przykład, przetrzepuję w pośpiechu szuflady w jednym mieszkaniu, szukając takiego małego siteczka, którego akurat bardzo potrzebuję i nie znajduję, bo owszem, takowe mam, ale w innym mieszkaniu. Albo robię śledzie i przychodzi czas przełożenia ich do octu, sięgam do szafki  po butelkę, a tam jej nie ma! Jak to nie ma, przecież widziałam ją nie dalej jak trzy dni temu! I faktycznie widziałam, ale nie w tym mieszkaniu! Albo koleżanka zaprasza mnie na koncert i bal, a ja wszystkie stosowne ubiory mam w innym mieszkaniu, a w tym tylko takie ewentualnie na disco, itd., itp.

Innego rodzaju trudność sprawia mi radio. Mąż rano włącza swoją ulubioną stację angielską, słucham jej pasywnie, mimochodem, podczas karmienia psów i przygotowywania śniadania.  Z drugiej strony, będąc u Mamy, często słyszę wiadomości w polskim radio czy TV, i kiedy chcę komuś opowiedzieć o jakimś usłyszanym zdarzeniu, to nigdy nie wiem, czy to było w Anglii czy w Polsce.

Nie jestem całkiem pewna, czy prowadzenie takiego, niemalże nomadycznego, życia jest wskazane w moim wieku: trochę mi to mąci w głowie, i a nuż to przyspieszy nadejście Alzheimera?