Kościół i wiara

Chodzę do kościoła i uważam się za osobę wierzącą, ale nie jestem pewna, czy każdy ksiądz tak by mnie określił.

Jako dziecko, chodziłam na lekcje religii (poza szkołą, bo w szkolnictwie usunięto je chyba zaraz po mojej pierwszej klasie) i miałam szczęście trafić na mądrego księdza katechetę, którego miło wspominam.  Jego lekcje były na tyle interesujące, że nie opierałam się zbytnio przed uczęszczaniem na nie (dzieci zawsze mają ważniejsze sprawy do załatwienia niż jakakolwiek nauka) i, mimo, że teraz już z nich wiele nie pamiętam, jestem pewna, że nie mówił niczego, co by mnie raziło lub bulwersowało.  Na ile zdolna byłam w tak młodym wieku to ocenić, wydawał się rozumieć życie i miał efektywne podejście do dzieci i młodzieży.

Mama nauczyła mnie dziecięcego paciorka, który do dziś odmawiam,  chociaż z biegiem lat uzupełniłam go bardziej dorosłymi treściami.  Przystąpiłam do Pierwszej Komunii przy akompaniamencie tak hucznych i wystawnych uroczystości, na jakie pozwalała zestresowana sytuacja finansowa rodziców i pomoc reszty rodziny, a później przeszłam normalnym trybem przez bierzmowanie.  Sakrament małżeństwa był trochę nietypowy, bo mąż jest ateistą i Anglikiem, ale też się odbył zgodnie z wymogami Kościoła – mąż musiał tylko obiecać, że pozwoli mi wychować dzieci z naszego związku na katolików. Nawiasem mówiąc, Kościół znalazł się w tej sytuacji dużo lepiej, niż Urząd Stanu Cywilnego (młodszym czytelnikom wyjaśniam, że był to rok 1971 i za tamtych czasów jedynym prawomocnym ślubem był ślub urzędowy, a jak ktoś chciał kościelny, to mógł sobie taki zafundować, ale tylko jako dodatek).  Ksiądz odprawił formułki małżeńskie po angielsku, bo oboje zadeklarowaliśmy znajomość tego języka i wszystko poszło sprawnie,  za to w Urzędzie zamówiony tłumacz się nie stawił i pani prowadząca ceremonię, świadoma kolejki oczekujących kandydatów do legalizacji związku, zapytała nas, czy zgadzamy się na obrządek wyłącznie w  języku polskim. Zgodziliśmy się, bo mój kandydat na męża trochę polski znał, więc pani rozpoczęła procedurę.  Mój najdroższy zaczął dzielnie powtarzać za nią: „świadom praw i obowiązków”, ale ku wielkiej uciesze zgromadzonych, kompletnie zaciął się na słowie „obowiązków” i, pomimo kilku podejść, nie dał rady tego przeskoczyć (nomen omen to raczej nie był, sądząc po naszym długim stażu).  Skręcaliśmy się wszyscy ze śmiechu, co najmniej jak piosenkowa publika w pensjonacie „Orzeł”, aż w końcu pani zadecydowała, że najlepiej będzie, jak ja sama powtórzę formułkę, a on tylko ją potwierdzi, mówiąc „Tak”.  W ten sposób doprowadziła do prawnego zawarcia przez nas małżeństwa, chociaż często później żartowaliśmy na temat, że mąż mógłby to małżeństwo unieważnić, na podstawie tego, że nie rozumiał, co przysięga.

Po tej przydługiej dygresji czas wrócić do tematu.  Nie przeżyłam żadnego drastycznego przełomu w mojej wierze, nie odwróciłam się od wiary na zasadzie, że np. oszukiwano mnie przez dziecięce lata, ani nie odkryłam żadnego faktu, który zaprzeczałby istnieniu Boga.  Uważam się za osobę w miarę inteligentną i wykształconą, znam teorię ewolucji oraz najważniejsze odkrycia naukowe, ale nie zachwiały one mojej wiary w Boga, tylko może ją trochę „utolerancniły”.  Nigdy nie brałam słów Biblii dosłownie,  bo na pewno nie były do tego przeznaczone, a kto mi udowodni, że nie istnieje jakaś wyższa zasada, która zawiaduje naszym światem?  Może zwać się ona różnie w różnych religiach, ale to tylko sprawa kultury, w której się człowiek urodził.

Mój Tato też był wierzący, ale w kościele bywał tylko z okazji ślubów czy pogrzebów.  Kiedy zmarł, miejscowy, niezbyt mądry i, sądząc po jego zachowaniu wobec kongregacji, mało chrześcijański proboszcz  (z doktoratem!) nie chciał się zgodzić na katolicki pogrzeb.  W końcu się zgodził, pod warunkiem, że trumna nie będzie wystawiona w kościele, tylko w cmentarnej kaplicy. Za jego łaskawym pozwoleniem na mszy pogrzebowej przemawiał pięknie poprzedni proboszcz tej parafii, który był mądrym, wielkodusznym i wykształconym człowiekiem.  Znał Tatę z wizyt kolędowych, bo w pewnym okresie Tato go obwoził go po kolędzie po wiejskiej parafii,  i miesiąc przed Taty śmiercią rozmawiał z nim szczerze (coś na kształt spowiedzi).  W swoim pogrzebowym kazaniu powiedział, że Tato czcił Boga w piękności i mądrości natury i we wszystkich jego stworzeniach, co było bardzo trafną oceną życia Taty, który codziennie wpadał w zachwyt nad naturą, a to nad napotkanym motylem, a to ptakiem, sarną czy  grzybem, albo podziwiał piękność i perfekcyjny pomysł dzikiego lasu, gór, morza czy zwykłej łąki z polnymi kwiatami.  Latem to nawet rezgnował z toalety i na dłuższe posiedzenia wychodził do sławojki, żeby przez otwarte drzwi móc napawać oczy widokiem falujących łanów zboża za płotem.  Kochał to wszystko i przez to kochał Boga, który to stworzył, bo był przekonany, że to Jego ręka.

Księża i katecheci to tylko ludzie: jedni myślący, a drudzy, z powodu niedostatku intelektu, skrępowani zadanym tekstem; jedni uczciwi, a drudzy kombinujący krętacze; jedni summiennie wypełniający swe duszpasterskie obowiązki, a drudzy po prostu żyjący z datków wiernych i wykorzystujący nadarzające sią okazje do swoich mniej lub bardziej niecnych celów.  Nie wiem, czy statystyczny procent pedofilów wśród księży jest wyższy niż w ogóle ludności (może jest, z powodu większej pokusy), ale nie mogę całego klerykału potępiać z ich powodu. Potępialne jest to, że władze Kościoła takie sprawy tuszują i nie wyciągają wobec winnych żadnych konsekwencji. To jest zakłamane i zupełnie się z tym nie zgadzam. Tak jak w świeckim świecie, trzeba takich księży odsunąć od kontaktów z ludźmi i należycie ukarać, lub, jeżeli to stosowne, leczyć.

Kościół to instytucja, a wiara to kwestia indywidualnego światopoglądu. Wierzę, bo chcę, bo to mi daje pewną filozofię życia, której mogę się trzymać i która pomaga mi w podejmowaniu osobistych decyzji, ale nie ingeruje w zawodowe.  Inni stosują yogę albo Zen albo jeszcze coś innego, a wszystko sprowadza się do ludzkiej potrzeby na ukierunkowanie życia i nadanie mu głębszego  sensu, bo wszyscy  chyba wierzą, że jakiś sens musi być.  No nie?

Mam żal do Komuny

Mam  żal do „Komuny” o to, że odebrała mi na długie lata cieszenie się pięknym językiem rosyjskim oraz możliwośc  jego nauczenia się za młodu, kiedy umysł był chłonny i pragnący wiedzy wszelkiego rodzaju.

W czasach, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej i liceum, a potem na studia magisterskie, rosyjski był przedmiotem obowiązkowym, wyłącznie z powodów politycznych, bo przecież, przy najlepszych chęciach,  nie można powiedziec, żeby był równie przydatny jak np. angielski, którym porozumiesz się właściwie na całym świecie.

W szkole podstawowej, do której uczęszczało się wtedy przez siedem lat,  rosyjski był jedynym językiem obcym i zaczynał się od klasy piątej.  W (czteroletnim) liceum też był cały czas, ale oprócz niego można było uczyc się innego, zachodniego języka, np. angielskiego, francuskiego czy niemieckiego (a może nawet ten drugi język też był obowiązkowy, nie pamiętam, a jeżeli tak, to jest to godne pochwały, bo wskazuje na dbałośc o wszechstronne wykształcenie młodzieży, a poza tym  był do wyboru.  Zresztą moje liceum było niezwykłe, bo z tzw. wykładowym angielskim, co oznaczało nadgodziny angielskiego i pięc przedmiotów prowadzonych w tym języku równolegle z polskim ). Na pięcioletnich studiach magisterskich rosyjski też był wymagnym przedmiotem przez chyba dwa lata.

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą i studentką i mam zdolności językowe, dzięki którym  nauczyłam się świetnie angielskiego, dobrze francuskiego, podstaw łaciny i na tyle niemieckiego, żeby czytac niemieckie teksty na tematy lingwistyczne. Więc dlaczego nie rosyjskiego?  A dlatego, że nie chciałam, żeby ktokolwiek pomyślał sobie, że uczę się tego języka, bo jestem pro-komunistyczna i uważam naszych wschodnich sąsiadów za przyjaciół (i nie byłam jedyną osobą, która nie nauczyła się dla zasady)! Byłam zawsze dumna z faktu, że moi rodzice nie byli partyjni – mieli przez to sporo kłopotów i gorsze posady, ale nie byli, bo w Partię nie wierzyli, i już.

Przytomnemu czytelnikowi  zapewne nasuwa się pytanie, jak wobec tego przebrnęłam przez obie szkoły i studia, w każdej instytucji uzyskując odpowiedni dyplom.  To wszystko dzięki nauczycielom!  Nie pamiętam jak było w szkole podstawowej, ale przypuszczam, że wymagania były niezbyt wygórowane i to, czego się nauczyłam mimo woli wystarczyło naszej pani od rosyjskiego, którą przezwaliśmy, z powodów teraz pogrzebanych w głębokiej przeszłości, Tatarata.  W liceum uczyła nas rosyjskiego pani w nieokreślonym (przy najmniej dla nas, nastolatków) wieku, bardzo cicha i nieasertywna, wydająca się nie zauważac żadnych nieodpowiednich zachowań uczniów na jej lekcjach.  Kiedy przychodził czas, żeby stawiac oceny, to zadawała nam jakiś wiersz na pamięc , a potem patrzyła w dziennik, podczas gdy  jeden uczeń po drugim czytał go z książki albo, jak nie znał alfabetu, to z fonetycznie napisanej ściągi.  Może jej współczułam, ale nie do przesady.  Ciekawe, czy się trochę wstydziła tego, że nam to każą.

Na studiach lektorem rosyjskiego był starszy pan z siwymi włosami, nieudolnie ufarbowanymi na fioletowo i zarzuconymi na łysinę (tak jak w mojej ulubionej reklamie cygar Hamlet w angielskiej telewizji).  Ten miły pan nikomu nie chciał psuc szans na studiach z powodu niezaliczenia rosyjskiego,  więc wymyślił na to swój sposób.  Jeżeli studentka płci żeńskiej była absolutnie denna z rosyjskiego, to stawiał jej czwórkę, a jak czymkolwiek się wykazała, to piątkę.  Płec męska miała mniejsze fory: trójka i czwórka, odpowiednio.   

Język rosyjski jest piękny, dla polskiego ucha brzmi melodyjnie i przyjemnie, nie mówiąc już o walorach rosyjskiej literatury pięknej i poezji, które czytałam, ale tylko w polskim tłumaczeniu. Lubię też rosyjskie ludowe śpiewki (ostatnio na koncercie słyszałam wspaniałe w wykonaniu żeńskiego tercetu przy akompaniamencie bandur), i nigdy nie zapomnę „Buria mgłoju niebo krojet, Wichry snieżnyje krutiat, To kak zwierz ona zawojet, to zapłaczet kak dietia”.  Gdyby nie Komuna, to nauczyłabym się tego języka i wtedy dane by mi było przeczytac  jedną z moich ulubionych powieści, „Mistrz i Małgorzata”, w oryginale. Czytałam najpierw po angielsku, ale potem dostałam w prezencie   polską wersję, która na pewno lepiej oddaje i styl autora i pojęcia zawarte w tej powieści.  A jaka to by była przyjemnośc  przeczytac oryginał!

Wspomnienia w formie listy lubię / nie lubię

Niniejszy wpis to ukłon w stronę mojej najbliższej genealogicznie (ale nie geograficznie) Cioci, siostry Taty i jednej z moich najwierniejszych czytelniczek.  Ostatnio, rozmawiając z nią przez telefon (co się zdarza mniej więcej raz na rok, bo czasem widujemy się na Skypie, jak akurat jestem u Mamy), dowiedziałam się, że, choć znamy się sześćdziesiąt dwa lata, Ciocia dopiero poznaje mnie naprawdę przez mój blog.  I nic w tym dziwnego, mieszkamy na różnych końcach Polski i w związku z tym dość rzadko mamy okazję widywać się, a jak już, to na krótko.

Temat wpisu nasunął mi się, bo właśnie obcięłam paznokcie u nóg, co bynajmniej nie należy do moich ulubionych zajęć, i postanowiłam zrobić listę takich rzeczy, a dla równowagi również tych, które lubię.

Lubię:

- jeść, bo to jest jedna z niewielu stałych i zawsze dostępnych przyjemności w życiu, przynajmniej w krajach zamożnych, gdzie miałam szczęście się urodzić i żyć.  Zawsze miałam bardzo wyostrzony sens węchu i smaku, które, wbrew popularnym wierzeniom, nie stępiły się zanadto z powodu palenia papierosów.  Jedzenie jest dla mnie ważne, a mój metabolizm szczęśliwym trafem pozwala mi na objadanie się bez tycia.

- spać, bo zazwyczaj mam fajne i kolorowe sny, które czasami udaje mi się zapamiętać. Pracuję nad tym zapamiętywaniem od lat, i najlepiej mi to wychodzi kiedy budzę się powoli i jeszcze na chwilę udaje mi powstrzymać całkowite przebudzenie i powrócić do tego snu. Oprócz tych przyjemnych miewam też męczące i stresujące sny, ale trochę rzadziej. Właśnie taki jest sen, który powtarza się w różnych postaciach ( a czasami też dokładnie we wcześniej prześnionej wersji) i jest zawsze o tym, że w jakiś sposób zawiodłam w pracy, a raczej w jednej jej części, którą było prowadzenie szkoleń dla dorosłych. Na przykład, śni mi się, że zaglądam do terminarza i ze zgrozą odkrywam, że poprzedniego dnia miałam mieć szkolenie i nie stawiłam się, bo zupełnie mi wyleciało z głowy, albo że po przybyciu do odległego miasta w celu poprowadzenia tygodniowego kursu okazuje się, że wszystkie przygotowane materiały dla uczestników oraz moje plany i notatki zostawiłam w domu, więc prowadzę kurs bez nich, obserwując rosnące niezadowolenie słuchaczy, albo że przyjeżdżam na kurs spóźniona o dwie godziny z powodu niemożności znalezienia parkingu w obcym mieście i znajduję pustą salę, itp., itp.  Nic choćby trochę podobnego nigdy  mi się w rzeczywistości nie przytrafiło, bo jestem bardzo obowiązkową perfekcjonistką, więc,  nawet bez pomocy psychologa,  mogę się domyślić co te sny oznaczają.  Mimo tego, nadal lubię spać!  A raz, jako licealistce przygotowującej się do matury, przyśniło mi się rozwiązanie zadania z matematyki, nad którym ja i siostra mordowałyśmy się bezskutecznie w ciagu poprzedniego dnia.

- gotować, bo to mnie odstresowuje i pozwala mi się wyżyć twórczo – oczywiście tylko kiedy mam do tego tzw.melodię, co się zdarza kilka razy na tydzień, nie zawsze wtedy, kiedy powinnam ugotować codzienny obiad (na szczęście, na brak melodii są restauracje i dania na wynos, a poza tym, skoro nie mam dzieci, a mój mąż jest dorosły i może w razie czego sobie sam poradzić, nie muszę się za to bić po głowie). Przy pewnych potrawach ścisłe trzymanie się przepisu jest jak najbardziej wskazane, np. przy pieczeniu chleba czy ciasta drożdżowego, ale w większości wypadków wczytuję się w różne przepisy, a potem idę do kuchni i robię po swojemu, korzystając z wiadomości zdobytych przy tym czytaniu. Zazwyczaj te eksperymenty wychodzą całkiem dobrze, ale nie zawsze; np. pamiętam taką nadziewaną pieczeń, która zupełnie nie wyszła, bo nadzienie napuchło, rozwaliło zaszyte mięso i na stół podałam zaproszonym gościom brytfannę z wielką górą poszatkowanego mięsa, które może i było smaczne, ale nie przypominało żadnej rozpoznawalnej potrawy.  Teraz już wiem, że niektóre nadzienia puchną, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam.

- czytać długie powieści, bo jak coś mi się spodoba, to chciałabym, żeby trwało wiecznie.  Ostatnio taką była trylogia Larssena „Millenium”,  wcześniej trylogia Sapkowskigo o wiedźminie, a jeszcze wcześniej Sienkiewicz, Dumas i P.G.Woodhouse. Nie jestem znawczynią literatury pięknej, ale wiem co lubię, np. nieudolne tłumaczenia z obcych języków okropnie mnie denerwują i nie jestem w stanie ich czytać. To jest wyczuwalne nawet, jeżeli się nie zna języka oryginału, a jak się zna, to podchodzi się do tego jeszcze bardziej krytycznie, bo w oczy rzucają się wyraźnie niewłaściwe tłumaczenia.  Zawód tłumacza literatury pięknej jest, moim zdaniem, o wiele trudniejszy i bardziej wymagający niż samo pisanie: nie tylko trzeba doskonale znać oba języki i umieć pisać, ale też trzeba umieć wczuć się w styl oryginalnego autora i oddać to wiernie w tłumaczeniu.  Według mnie zdecydowanie osiągnęła to znakomicie  Irena Tuwim, tłumacząc „Kubusia Puchatka” – znam oryginał i tłumaczenie, i uważam, że oba są doskonałe. Inny pozytywny przykład to Ludwik Jerzy Kern, tłumaczący swojego ulubionego poetę (niestety chyba nie pamiętam w tej chwili dokładnie jego nazwiska – może Ogden Nash?).

- programować bazy danych, bo tam zawsze wiadomo, że jeżeli coś nie działa, to dlatego, że nie napisałam odpowiednich instrukcji, a nie że ktoś mnie nie lubi czy akurat ma zły dzień.  Zawsze wolałam samotną pracę na komputerze niż pracę z ludźmi, chociaż wykonywałam obie, i to nawet z pewnym powodzeniem.  Prawdopodobnie takie preferencje wywodzą się z mojej wrodzonej nieśmiałości, którą zawsze umiałam swobodnie przełamać w sytuacjach zawodowych, ale nie w prywatnych, bo w nich nie miałam podparcia, jakim jest wiedza czy wyszkolenie.

 

Nie lubię:

- obcinania paznokci – te u rąk trzymam w ryzach przy pomocy pilnika, bo to mogę robić prawie niezauważalnie dla siebie, np. oglądając telewizję lub czytając, ale u nóg i nożyczkami to już się tak nie da. Wobec tego posuwam się do tego kroku dopiero jak buty się robią za małe, chyba mam to po Tacie.

- wizyt u fryzjera, bo nidgdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie. To, po części, na pewno  jest pozostałością z mojego, skądinnąd bardzo szczęśliwego, dzieciństwa.  Mam, też zresztą  po Tacie, bardzo cieniutkie i słabiutkie włosy, i jako dziecko marzyłam o pięknych, długich tresach, ale moje słabo rosły , a jak już robiły się dłuższe, to wyglądały rozpaczliwie (nawet jeden przyjaciel w szkole podstawowej nazywał mnie i siostrę, która była w podobnym predykamencie, chochołami).  Wobec tego Mama od czasu do czasu wysyłała nas do fryzjera, żeby obciąć na krótko, co zazwyczaj wychodziło niepięknie, bo kto by się tam przejmował fryzurą 10-cio letniej klientki. Ale i w wieku dorosłym takie wizyty często dawały całkiem niezadowalające rezultaty, np. chciałam włosy skrócić o 2 cm, a obcinali 5, albo kiedy do ślubu chciałam gładki kok, fryzjerka zrobiła mi wysoki tapir, który akurat był modny, pomimo moich napominań w trakcie, które spowodowały tylko, że był w końcu może o jedną trzecią niższy niż jej się widziało. Kiedy wróciłam od fryzjera do domu, Tato stwierdził, bardzo trzeźwo i słusznie, że fryzurę mam straszną (ale może nie powinien był mi tego mówić akurat w tym momencie) , ale się nie załamałam, wpięło się kilka gerber i było dobrze.  Zresztą nie o to chodziło, chcieliśmy zostać malżeństwem, a już takie detale jak fryzura czy nawet lista gości weselnych (ustalona zresztą przez moją rodzinę, bez naszego udziału) nas specjanie nie obchodziła.  Byliśmy po prostu wdzięczni, że rodzina wszystko za nas załatwiła, podczas gdy my beztrosko bujaliśmy się w Paryżu.

- suszenia włosów, używania odkurzacza i prasowania. Te trzy różne zajęcia dzielą ze sobą parę cech.  Suszarka i odkurzacz hałasują i są gorące, prasowanie i suszenie włosów są gorące i mi nie wychodzą, a odkurzanie i prasowanie są nudne, gorące i męczące.

Nawiasem mówiąc, miałam pewien problem gramatyczny z powyższą częścią tego wpisu.  Zaczęłam pisać listę  „Nie lubię:” od „obcinać paznokcie” i zaraz ogarnęły mnie wątpliwości. Czy to nie powinno być „Nie lubię obcinać paznokci”?  Pierwsza wersja jest według mnie poprawna, bo nie lubię kogo czego, ale obcinać kogo co, za to z drugą spotykam się częściej. Pogłowiłam się jeszcze chwilę i w końcu napisałam „obcinania paznokci” (czyli nie lubię kogo czego i obcinania kogo czego, wszystko gra) i w ten sposób obeszłam problem.  Takie rozwiązanie przez bardzo wiele lat służyło mi w angielskim, więc dlaczego nie miałoby teraz działać tak samo dobrze i w polskim? Ale przy najbliższej okazji spróbuję znaleźć odpowiedź, bo nie lubię takich rzeczy nie wiedzieć (tu bez wątpienia poprawnie!).

Stara plebania

Stara plebania (wolne tłumaczenie z angielskiego oryginału na mojej drugiej witrynie,  perfectionist.blog.pl)

Nie wiem dlaczego właśnie w tej chwili przypomniał mi się poemat „The Old Vicarage, Grantchester”, napisany przez utalentowanego i na dodatek pięknego poetę Ruperta Brooke’a w roku 1912, który kończy się sławnymi słowami “Stands the Church clock at ten to three?  And is there honey still for tea?”.

Jest to prawdziwie zachwycający poemat. Brooke napisał go podczas któregoś z jego licznych pobytów poza krajem, kiedy usiłował odbudować swe zdrowie po załamaniu psychicznym.  Zastanawiam się, ile ten poemat może znaczyć dla tych, którzy nie znają Anglii ani, tym bardziej, hrabstwa Cambridgeshire, bo jest on pełen odnośników do okolicznych wiosek, ale one jednak nie są jego zasadniczym tematem. Poemat jest przede wszystim o tęsknocie za rodzinnymi stronami, które kochał, i za ich dziedzictwem kulturalnym i piękną przyrodą, i opisuje nostalgiczne wspomnienia poety z tych stron.

Te poetyckie opisy rzeki i otaczających ją łąk przypominają mi o miejscu, które znałam i kochałam jako dziecko. Nie była to plebania, ale dom stał nieopodal wiejskiego kościoła a bliski członek rodziny był księdzem, stąd może to skojarzenie.  To było gospodarstwo z pańskim dworkiem na południu Polski, należące do mojego wuja. Wjeżdżało się tam piaskową drogą wysadzoną brzozami.  Dom miał górę dla służby i dół dla „Państwa” (odwrotnie niż w systemie angielskim), olbrzymią kuchnię z piecem chlebowym i obszerne piwnice, w których w lecie przechowywało się pyszne kwaśne mleko i sery. Na zewnątrz był ogród kwiatowy z jednej strony domu, a z drugiej sad.  Obejście od frontu domu było placem, w zgodzie dzielonym przez (nie zawsze) uwiązanego psa, kury (w tym złośliwy i wojowniczy kogut), kaczki, gęsi oraz inne jadalne ptactwo, plus kilka kotów.  Plac opadał łagodnie w stronę przeciwległej, sporej stajni, która mieściła parę koni roboczych, różne pługi i inną rolniczą maszynerię, w której sie nie rozeznawałam, oraz starą bryczkę. Stajnia tworzyła jakby łuk podkowy, której ramiona stanowiły stodoła z krowami i świniami po lewej i murowana chatka stajennego po prawej.

Kiedy po raz pierwszy zapamiętałam to miejsce, w późnych latach 50., dom był w rozsypce do tego stopnia, że góra była zamknięta, bo groziła zawaleniem, i zresztą nie było już służących w domu, ale gospodarstwo nadal działało. Mówią mi, że odwiedzałam to miejsce wcześniej, i z wielkim uczuciem wspominam Panią dworku, która zmarła jak miałam 4 lata, ale większość moich wspomnień jest od wieku 6 czy 7 lat.  Po śmierci mojej Cioci, Wuj poślubił daleką kuzynkę, która od wielu lat prowadziła mu dom.

To było czarujące miejsce dla dziecka: tyle zakamarków do odkrycia, zakazane miejsca do zwiedzenia, podniecające opowiastki stajennego do wysłuchania, i ta pobliska tajemnicza, ciemna i wijąca się rzeka, dokąd prowadziło się krowy do picia pod małą, chybotliwą, drewnianą kładką, której przejście było wielkim wyzwaniem. Ogromne, pachnące bochenki chleba, co najmniej 40-to centymetrowej średnicy, które co dzień piekła moja przybrana Ciocia i które podawała do kolacji, wraz innymi pysznościami, przy nieheblowannym stole w kuchni, pracownikom powracającym po długim dniu w polu.  Właściwie nie wolno mi było do nich dołączać, ale uwielbiałam tak robić i Ciocia udawała, że tego nie widzi.  Smak ciepłego, spienionego mleka prosto od krowy (ochoczo asystowałam przy dojeniu i nawet kilka razy pozwolono mi trochę udoić).  Magiczne ubijanie masła w drewnianej maselnicy, która stała w sieni kiedy się jej nie używało. Dający poczucie bytowego  bezpieczeństwa zapach krowiej obory: pachnące siano, mleko i ciepłe ciała, i ostry lecz nie niemiły odór gnojówki przy oborze.  Cud, jakim jest nowo narodzone cielę, mięciutkie, puszyste i bardzo niestabilne.  Jesienne ogniska rozpalane na skraju pola ziemniaków, do których wrzucało się ziemniaki, żeby uzyskały 5-cio milimetrową zwęgloną skórkę – może parzyła ona w usta, ale ziemnaki były przepyszne.  Jedyny problem był w tym, że nie można było ukryć takiej działaności przed władzami domowymi, bo uczerniona buzia mówiła swoje.

Mogłabym pisać o tym w nieskończoność: spędziłam tam najszczęśliwsze chwile życia.  Moja Mama mnie tam woziła, bo sama miała wspaniałe wspomnienia z tego miejsca, z dzieciństwa i studenckich lat.  Niestety, złe czasy nastały i wuj musiał oddać gospodarstwo i dom na inny użytek, bo miał za dużo metrów kwadratowych na osobę.  Odwiedziłam to miejsce w latach 60., ale zaszłe zmiany bolały i zdecydowałam, że już nigdy tam nie wrócę.  Chcę pamiętać je takim, jakie było w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa.