Krótka notka o pisarzach skandynawskich

Pod choinkę dostałam w prezencie od męża kupon książkowy empiku, więc czym prędzej tam pobiegłam i nabyłam worek książek. Ponieważ pisarze skandynawscy są mi właściwie nieznani (oprócz, oczywiście, Stiega Larssona!) , znalazły się między nimi dwie napisane przez  szwedzkich autorów.

Na pierwszej się trochę zawiodłam, bo pisarstwo nietęgie, a i tłumaczenie mnie drażniło. Była to powieść sensacyjna Roberta Kviby’ego pod tytułem “Skorumpowani”.  Zaczęłam ją czytać w samolocie do Londynu podczas mojej niedawnej tam wizyty i już na początku miałam pewne wątpliwości, ale pomyślałam, że po prostu muszę się dalej wczytać i będzie dobrze. Niestety, nie było.  Po pierwsze, gubiłam się często w odnośnikach do postaci:  w dialogach było łatwo, bo wiadomo, raz ten, raz tamten, ale w opisach rozmów i akcji kilka razy zupełnie nie mogłam dojść, który „on” co zrobił lub powiedział.  Czasem w rozszyfrowaniu tego pomagała płeć postaci, ale nawet na tym nie można było polegać, bo raz mężczyzna „odpowiedziała”.

Po drugie, co najgorsze, postaci wydały mi się takie jakieś dwuwymiarowe, w zasadzie tylko fasady, a nie ludzie, których mogłabym ujrzeć oczyma wyobraźni.  Możliwe, że właśnie dlatego postać męża bohaterki, Maxa Landera, była dla mnie  kompletnie nieprzekonywująca, chociaż podejrzewam, że to raczej jej koncepcja nie całkiem się kupy trzymała.

Szwedzkiego nie znam, ale (po trzecie) odniosłam wrażenie, że tłumaczenie nie było doskonałe.  W wielu momentach trafiałam na słowo, które mi zupełnie nie pasowało do kontekstu, a czasem również któreś zdanie wydało mi się  dziwnie skonstruowane.  Parę razy też miałam silne odczucie, że wyrażenie, które w języku szwedzkim jest prawdopodobnie idiomem zostało przetłumaczone dosłownie.

Ciekawi mnie, czy ktoś z Was czytał tę książkę i jaką o niej ma opinię, wiec proszę, napiszcie.

Dyskusja o tłumaczeniu menu

Miałam dzisiaj z mężem dyskusję, która skończyła się impasem, bo w żaden sposób nie mogliśmy dojść do wspólnego zdania (ale nadal ze sobą rozmawiamy!). Sprawa, która zresztą była zupełnie błaha, jest opisana poniżej.

Znajoma męża, pracująca w pobliskiej, malutkiej kawiarnio-klubo-restauracji, gdzie mąż jest stałym i znanym klientem i gdzie ja także czasem bywam, poprosiła go o pomoc w przetłumaczeniu menu na angielski, bo mają wielu zagranicznych klientów, którym taka rzecz by się przydała . Pochwalam takie posunięcie (tzn. korzystanie z usług osób kompetentnych, a nie tłumaczenie na własną rękę),  bo takie własne tłumaczenie  najczęściej przynosi żenujące rezultaty.

Mąż wciągnął mnie do pomocy, jako że sam nie ma nadzwyczajnej wiedzy na tematy kulinarne.

Znajoma zaopatrzyła go w brudnopis menu po angielsku, a on, bardzo przytomnie, poprosił też o kopię polskiej karty dań, i zabraliśmy się do roboty.

Brudnopis miejscami był bardzo trafny, ale w większości wykazywał typowe cechy używania  słownika obcojęzycznego przez osobę niedokładnie zaznajomioną z tym językiem (co zawsze uważałam za wysoko ryzykowne przedsięwzięcie, najczęściej skutkujące takimi tłumaczeniami, jak np. „thank you from the mountain” – „dziękuję z wierzchołka góry”  zamiast „thank you in advance” – „z góry dziękuję”, co jest oczywiście przesadzonym przykładem, ale adekwatnie odzwierciedla ten problem)  oraz duże braki pod względem zrozumiałości dla nie-Polaków.

Zaczęłam tłumaczyć polskie menu dokładnie, ale nie dosłownie, i wyszło tego dużo więcej niż w brudnopisie. Brudnopis po angielsku podawał jedynie nazwy potraw (niektóre bardzo abstrakcyjne, bo restauracja jest intelektualna), podczas gdy w polskim menu potrawy te były opisane co do składników i ilości.  Uznałam, że należy te opisy też przetłumaczyć oraz wyjaśnić typowo polskie potrawy,  żeby zagraniczni klienci wiedzieli, co zamawiają, więc się rozpisałam.

Mój mąż miał zupełnie inne zdanie na ten temat: może restauracja chce zaoferować uproszczone menu po angielsku (bo większość zagranicznych klientów przybywa w towarzystwi e Polaków, którzy im wytłumaczą, o co chodzi) i nie powinniśmy niczego narzucać; poza tym, jest to tylko menu pomocnicze, i klient może zawsze zapytać  kelnerkę, co w daniu się znajduje.

Nie przemawia to do mnie.  Jeżeli już oferuje się menu po angielsku, to, moim zdaniem, powinno ono być dokładnym odpowiednikiem polskiego, a nie jakąś uboższą wersją, bo jak tak nie jest, to po co to w ogóle robić?  Przecież przy tylko polskim menu też jest opcja dopytywania się o szczegóły u kelnerki.

I stąd ten impas: on uważa tak, a ja inaczej.  Kto ma rację?