Życie z Kropką – cz.3.

Kilka dni temu minął miesiąc od nastania Kropki.

Ciekawe, co z tego wyrośnie.  Na razie ostre włosy na pysku coraz bardziej się stroszą, ale te trzy śmiesznie sterczące kłaczki pod dolną szczęką w brodę się jeszcze ani myślą przekształcić.  Nogi i łapy są płowe, obie tylne i jedna przednia prążkowane wzdłuż na czarno, a czarny płaszczyk na grzbiecie robi się bardziej ostrowłosy i na udach tylnich nóg widać fajne loczki, więc może będzie ostrowłosa z kręconą sierścią.  Ma zastraszająco dużo cech niemieckiego jagdteriera, czyli psa do polowań.  Wyglądem całkiem go przypomina, a i charakterem też: jest inteligentna, nieustraszona, ale również krnąbrna i niełatwo nagiąć ją do swojej woli.  Napisałam „zastraszająco”, bo teriery są trudne.

Kropka jest przesłodka i chociaż bardzo się dla niej poświęcam, np. wstając trzy razy w ciągu nocy, żeby mogła się załatwić, pracowicie ucząc czego się da każdego dnia, pomijając własne posiłki, żeby nakarmić na czas, itp., to muszę wyznać, że robię to z poczucia obowiązku, a nie z miłości.  Jest śliczna i milusia, absolutnie nie oddałabym jej nikomu, ale w sercu wiem, że nigdy jej tak nie pokocham jak kochałam mojego wspaniałego, olbrzymiego i nadzwyczaj mądrego labradora z delikatną domieszką collie, z którym przeżyłam 15 radosnych i pełnych szczęścia lat.  Odszedł prawie dwa miesiące temu, ale nadal po nim płaczę i nadal bardzo mi go brak.  Kropka, co prawda, wypełniła moje życie obowiązkami, dopełnianie których pozostawia mi niewiele czasu na rozpamiętywanie, ale przecież to go zastąpić w żaden sposób nie może i żal po nim będzie mi jeszcze długo dokuczał.

Kropka jest teraz w stadium ludzkiego dwulatka, co to już dużo może, ale bardzo niewiele wie.  Potrafi się błyskawicznie przemieszczać o własnych siłach, stawać na nogach i sięgać po wszelkie rzeczy znajdujące się nie wyżej niż około 80 cm od podłogi, co w zupełności wystarcza, żeby narobić sporo szkód. Poniżej zdjęcie oszalałego z głodu zwierza sięgającego na stół do naszych talerzy.   Zaczęła od ściągania moich starych kalendarzyków, których cały zbiór (od 1973 roku) wraz z innymi historycznymi dokumentami znajduje się na dwóch najniższych półkach z książkami w moim gabinecie.  Udało jej się skonsumować okładki zeszycika, w którym za młodu zapisywałam skrzętnie słowa ulubionych piosenek moich ówczesnych idoli takich jak The Beatles, The Rolling Stones, Dusty Springfield, Adriano Celentano czy nawet czasem różnych Engelbertów Humperdincków i im podobnych, którym jedna piosenka się akurat udała, trafiając do mojego młodego i niewinnego serca.  Zapisywanie tekstów było konieczne, ponieważ moja siostra i ja miałyśmy w zwyczaju odtwarzać te utwory na dwa głosy przy ognisku, zwykle na prośbę Taty, który lubił tego słuchać, chociaż my zresztą też kochałyśmy śpiewać.  Ulubionym utworem Taty była „Hrabina z HongKongu” (wedlug nas „Hrabinia z HongKongu”, a po angielsku „This Is My Song”) Petuli Clark, zaczynająca się od słów „Why is my heart so light, why are the stars so bright”.

Po tej krótkiej dygresji wracam do tematu Kropki i jej destrukcyjnych tendencji.  Ta sytuacja zmusiła mnie do budowania lepszych lub gorszych Kropkoodpornych barier , które chociaż częściowo  powstrzymałyby nawałnicę jej niszczycielskich zapędów. W domu się udało z półką na książki, postawiłam zaporę z grubej tektury przy dwóch dolnych półkach regału, przyszpiliłam koszem na śmieci (z pokrywą, rzecz jasna) i demontaż kalendarzyków ustał.  Raz próbowała zerwać tekturę, ale w porę ją powstrzymałam, więc umocnienie działa nadal.  Udało się też z butami w garderobie (czytaj: rupieciarni), bo po prostu przestaliśmy ją tam wpuszczać, ale sytuacja z komódką i toaletką w holu czy stołem jadalnianym w salonie pozostaje nieogarnięta: jedyne co wymyśliłam do tej pory, to umieszczanie rzeczy na środku a nie na brzegach tych mebli.  Starczy to pewnie na jakiś czas …

Na wsi, na naszym mieszkalnym strychu na oborą, problem jest równie trudny, albo i trudniejszy, bo żadnych drzwi do zamykania tam nie ma, oprócz drzwi do łazienki , które muszą być otwarte, żeby ciepło z kozy ją nagrzało.  Kropka szybko się zorientowała, że na moim stołeczku przy łóżku znajdują się niezwykle interesujące rzeczy, więc jednej nocy po kolei zaczęła je sobie przywłaszczać.  Najpierw wychłeptała pół szklanki stojącej tam gazowanej wody, którą miałam na noc i do zażycia porannych leków.  Miałam nadzieje, że na tym poprzestanie, bo poprzedniej nocy też się napiła i przestała, więc usiłowałam zasnąć. Nic z tego!  Po chwili zauważyłam w półśnie jakieś migotanie w jej łóżeczku, i chwilę mi zabrało, zanim zidentyfikowałam źródło – mój telefon, oczywiście.  Zerwałam się na równe nogi i odzyskawszy go, odłożyłam na stół razem z pudełkiem moich leków, które było następne od brzegu, po czym znowu się położyłam w nadziei rychłego zaśnięcia.  W zasadzie mi się udało, posłyszałam jeszcze, jak bierze latarkę, ale nie ratowałam jej, bo doszłam do wniosku, że nie ma dużego ryzyka.  Rano na stołeczku zostało tylko jeszcze pudełko z chusteczkami i budzik, bo leżały najdalej od krawędzi, od której Kropka zaczęła plądrowanie, ale działała systematycznie i chyba się znudziła, zanim do nich dotarła. Rano wstałam z mocnym postanowieniem wystosowania jakiegoś systemu ochronnego, i wymyśliłam: przyniosłam z obory prostokątny metalowy koszyk i zamocowałam go do stołeczka sznurkiem, na krzyż, co nie było łatwym zadaniem, bo Kropkę sznurek okropnie podniecał, targała i wyrywała mi go z rąk, aż w końcu musiałam zamknąć ją w łazience, żeby dokończyć konstrukcję.  Do koszyka powkładałam wszystkie potrzebne mi w nocy i rano przedmioty i się udało: Kropka tylko przez chwilę interesowała się sznurkami, a potem doszła do wniosku, że są łatwiejsze łupy i zaprzestała.

I fakt, znalazła je.  Następnego dnia odkryłam w jej łóżeczku nieco sfatygowane szczątki elektronicznego papierosa mojego męża, który to papieros wraz z pudełkiem i akcesoriami bezkarnie sobie wzięła ze stoliczka przy fotelu, siedząc na którym mąż czyta e-książki w Kindle lub ogląda telewizję.

Walka o dominację przedmiotów codziennego użytku trwa nadal, i jeszcze nie wiadomo, kto wygra, my czy ona.

cdn

Życie z Kropką – cz.2.

Niedawno minął drugi, dla starszej osoby dość wyczerpujący, tydzień z Kropką.  Jest zwierzątkiem niewielkich rozmiarów, coś jak duży kot na wyższych nogach, ale energii ma tyle, co cały zastęp początkujących harcerzy, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie.  Bez cienia lęku usiłuje podbić otaczający ją nowy świat, uwielbia zabawy i przygody, wszystko ją okropnie ciekawi, ale koncentrację ma wyjątkowo krótką, góra 20 sekund, co sprawia, że każdy nowy bodziec zaraz ją nudzi i odczuwa potrzebę zajęcia się czymś innym.  Tych bodźców staram się jej dostarczać jak najwięcej, ale po prostu nie nadążam za jej niespożytym głodem wrażeń.

Jeden mój pomysł na zajęcie Kropki sprawdził się w 100%, przynosząc nam godziny ulgi od jej nadaktywności.  Pomyślałam sobie, że gdyby miała coś interesująco pachnącego i za dużego do zjedzenia, to miałaby zajęcie na dłuższy czas, i z tą myślą udałam się do pobliskiego sklepiku zoologicznego.  Jedyną dostępną rzeczą odpowiadającą mojej koncepcji okazała się być suszona tchawica wołowa, około 4 cm średnicy i 40 cm długości, więc ją zakupiłam za jedne 5 zł i bezzwłocznie przedstawiłam Kropce.  Ach, co to było za podniecające wydarzenie!  Rzuciłam to na podłogę, Kropka zbliżyła się jedynie na odległość półtora metra i zaczęła to groźnie obszczekiwać.  Najwyraźniej bała się tego – może dlatego, że wyglądało to trochę jak wąż, który prawdopodobnie jest zakodowany w genach mniejszych zwierząt jako śmiertelne zagrożenie.  Dopiero kiedy ja podeszłam do „węża” i go dotknęłam bez uszczerbku na zdrowiu, Kropka nabrała śmiałości i zbliżyła się, obwąchując z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, bo przecież nie wiadomo, co takiemu wężowi może przyjść do głowy.

Potem już było z górki. Kropka zawładnęła „wężem”, zaczęła go żuć i natychmiast stał się jej najcenniejszym skarbem. Po godzinnych zmaganiach z nową atrakcją, kiedy już się tym porządnie zmęczyła, zaczęła szukać miejsca, w którym dałoby się to schować na zaś.  Stawała przed drzwiami do ogrodu z tchawicą w pysku,  piszczała z podniecenia i domagała się wypuszczenia do ogródka, a potem gdzieś to tak sprytnie chowała, że nie mogłam tego znaleźć, pomimo, że ogródek jest wielkości chusteczki do nosa.  Ona czasami też nie mogła, ale po jakimś czasie jednak odnajdywała swój skarb i z wielką dumą przynosiła do domu.

Następnie zaczęła go zakopywać w domu – w swoim łóżeczku, pod poduszką na kanapie i w rogu kanapy pod podarowanym jej moim sweterkiem.   Porządnie to robiła, zagarniając jakikolwiek dostępny materiał nosem na skarb, ubijając na kupkę, a potem sprawdzając, czy nic nie wystaje.  W ciągu jednego dnia potrafiła trzy razy zmieniać kryjówkę na inną, która pewnie w tym momencie wydała się jej bezpieczniejsza.  Tchawica robiła się coraz krótsza, bo od czasu do czasu ją wygrzebywała i zawzięcie żuła, ale zawsze potem chowała ją na nowo.  Jej zachowanie tłumaczę sobie naturalną u wielu zwierząt potrzebą zapewnienia sobie pożywienia na później, bo inaczej zagrzebywałaby też inne zabawki.

cdn

Życie z Kropką – cz.1.

Trzeba zacząć pisać memoir o życiu z Kropką.  Decyzję te podjęłam nie bez pewnych oporów, bo wiem jak łatwo zanudzić innych opowiadaniem o tym, co właśnie zawładnęło Twoim życiem, jeżeli oni też przez to akurat nie przechodzą.  Jednak doszłam do wniosku, że skoro nikogo nie zmuszam do czytania, to mogę pisać tak po prostu dla siebie, żeby zapamiętać, a jeśli trafią się równolegle doświadczające osoby, to może powezmą z moich wpisów otuchę, że nie są sami w swoich zmaganiach.

Przy moich poprzednich psach tego nie zrobiłam i bardzo żałuję – tyle wspaniałych chwil zatraconych na zawsze w starczej niepamięci, które teraz może mogłabym przeżyć jeszcze raz.  A było co pamiętać: nastanie wielkiego, krnąbrnego, odważnego i wojowniczego szczeniaka, jego szczenięce ale bardzo skuteczne dewastowanie naszego domu, w tym obgryzanie ścian, przegryzanie kabli elektrycznych, niszczenie butów (oczywiście tylko po jednym z każdej pary) i tym podobne kosztowne, ale jakże słodkie wybryki.  Kiedy dołączyła do niego 2,5-roczna dominująca suka ze schroniska, przestał szaleć i skupił się całkowicie na podporządkowaniu się jej woli, bo na dzień dobry pocięła mu pysk jak żyletką.  Jednak po tym wszystkim bardzo się pokochały, przynajmniej on ją, bo ona sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała się go pozbyć.  Niemniej żyły w zgodzie przez bardzo długie lata i kiedy w 2013 roku ona odeszła tam, gdzie psy odchodzą po śmierci, on bardzo to przeżył i bardzo tęsknił za swoją nieodłączną towarzyszką od 11-tu lat.  Sam odszedł miesiąc temu, w sędziwym wieku 15-tu lat, co na nasze, z poprawkami na rozmiar psa, daje około100 lat.

Zatem będzie o Kropce.  Po spokojnie przespanej pierwszej nocy Kropka obudziła się w piątek zaprzyjaźniona z ze swoim nowym domem i z nami, i przepełniona energią życia, pod którym to delikatnym określeniem rozumiem daleko posunięte ADHD.

Większość dnia upłynęła na wyprowadzaniu Kropki do ogródka co godzinę, żeby się załatwiła, i sowitym chwaleniu za każde przypadkowe nasikanie czy kupkę na zewnątrz. Były przy tym pewne utrudnienia, bo okazało się, że jest na tyle mała, żeby przecisnąć się przez szczeble bramy wiaty czy ogrodzenie tarasu, z których to miejsc mogłaby przedostać się na ulicę, więc wyprowadzałam ją na smyczy i bez zwłoki zajęłam się uszczelnianiem ogrodzenia.  Dość szybko udało mi się ustawić prowizoryczne bariery ze znalezionych w piwnicy materiałów, ale niestety okazały się być nieodporne na wiatr, co moment trzeba było je stawiać na nowo, więc postanowiłam jak najszybciej zakupić siatkę i skonstruować porządne bariery, ale póki co trzeba było sobie jakoś radzić.

W wyniku moich usilnych starań, w drugi dzień pobytu Kropka ani raz nie załatwiła się w domu.  Następnej nocy to owszem, ale trudno, tylu godzin 3-miesięczny szczeniak nie da rady wytrzymać.

Następnego dnia musiałam jechać na wieś do Mamy i oczywiście ją wziąć ze sobą.  Używamy tam jako mieszkania odbudowanego po zawaleniu pod nawałem śniegu strychu w oborze, w której kiedyś na dole trzymało się świnie i kury, a teraz składuje się rowery, meble ogrodowe i wszelkie rupiecie, które jeszcze mogą się kiedyś przydać.. Na strych oczywiście wchodzi się po schodach i stojąc na samym dole, Kropka przeraziła się ich ogromem: każdy stopień był wyższy niż ona sama, a szczyt schodów sięgał prawie do nieba.  Musiałam ją wnieść po tych schodach, ale tam już ciekawość wzięła górę i suczka zaczęła dzielnie zwiedzać nowe miejsce. Przezornie zabrałam z domu poduszkę i zabawkę, z którymi była już zaznajomiona, i jak tylko włożyłam je do wypranego łóżeczka po moim staruszku, Kropka zaakceptowała je jako swoje.  Łóżeczko było około 10 rozmiarów za duże, ale po umieszczeniu w nim poduszki i okoleniu wałkiem z kocyka zrobiło się całkiem przytulne i chętnie w nim leżała i znosiła do niego swoje zabawki oraz inne zdobycze, np. moje kapcie, majtki męża, skarpetki, kawałki drewna i papieru z kosza na rozpałkę do kozy i w ogóle wszystko co udało się jej złapać w zęby.

Gorzej było z czystością, bo w nowym miejscu, do którego przybyła po zaledwie dwóch dniach pobytu u nas, malutka była bardzo zdezorientowana i całą naukę trzeba było zacząć od nowa.  To chyba jest trochę tak, jak uczenie 3 – 4-roletniego dziecka dwóch języków na raz: początkowo spowalnia to rozwój, ale po niedługim czasie dziecko sobie wszystko poukłada i da radę to ogarnąć, a nawet staje się przez to bystrzejsze.

Mam wrażenie, że suka jest pojętna, obserwuje mnie bardzo uważnie i wsłuchuje się w mój głos, ale na razie nie potrafi utrzymać koncentracji przez dłużej niż 10 sekund, co odrobinę utrudnia naukę.  Ja się jednak nie poddaję i cały czas próbuję.

Wzięłam tę młodziutką sunię, bo, po pierwsze, nie mogłam już znieść bólu po utracie mojego poprzedniego przyjaciela, po drugie podbiła ona moje zrozpaczone serce swoją bezradnością i łaknieniem człowieka, a po trzecie, przez te 15 lat odkąd miałam szczenię, zdążyłam zapomnieć jak to jest  z takim małym i ruchliwym stworzeniem w domu.  Niech ten wpis będzie przestrogą dla ludzi dobrego serca, którzy decydują się przygarnąć urocze i słodkie maleństwo: muszą się najpierw zastanowić, czy starczy im energii i cierpliwości, aby znieść co najmniej dwa – trzy miesiące ciężkiej aczkolwiek miłej sercu pracy wychowawczej.  Takie szczenię kocha się od pierwszego wejrzenia, ale trzeba się jeszcze urobić po łokcie zanim z tego będą ludzie.

Kropka – dzień 1

W schronisku nazwano ją Dynia, nawet fajnie, ale  z jakiegoś powodu czułam potrzebę wołania jej po swojemu (pewnie jest na to jakieś uczone wytłumaczenie).  Przez całe czwartkowe popołudnie(dzień, w którym ją przywieźliśmy), odkąd zaistniała w naszym domu, i mąż i ja na wyścigi staraliśmy się znaleźć nowe imię dla tej słodkiej bestii, ale szło powoli, bo nic nie pasowało. Co jedno z nas wymyśliło, drugie natychmiast odrzucało i tak mogłoby jeszcze potrwać przez dłuższy czas, gdybym nagle nie wpadła na imię Kropka, które, według mnie, odzwierciadlało jej maleńkość i czarność, równocześnie spełniając podstawowe wymogi dla psich imion, bo było dwusylabowe i dźwięczne. Mąż też to odczuł i natychmiast się zgodził: imię było trafne i, jak nam się wydawało, nietuzinkowe, chociaż kiedy opowiedział o niej swojej fizjoterapeutce, to się okazało, że ona też miała pieska o takim imieniu. 

W samochodowej podróży z odległego schroniska była spokojna, ale na wszelki wypadek mąż z nią siedział na tylnim siedzeniu i trzymał za smycz, co okazało się całkiem zbędne, bo maleństwo usnęło i obudziło się dopiero po dotarciu na miejsce. Po wysadzeniu z samochodu była przez małą chwilkę zdezorientowana i troszkę przestraszona, ale zaraz potem zaczęła zwiedzać ogródek i najwyraźniej poczuła się w nim dobrze. Stało się oczywiste, że to nie jest bojaźliwy pies, i bardzo mnie to ucieszyło, bo bojaźliwe psy mogą być albo agresywne albo kompletnie skopane psychicznie, tak jak rasowy owczarek niemiecki mojej siostry, który nie wiedział, że jest duży i silny i wobec zagrożenia smyczą lub czymś innym zamarzał i sikał pod siebie. To było dziecko specjalnej troski, od urodzenia bardzo smutny pies, który nie umiał się bawić.  Na szczęście moja nowo nabyta suczka wcale nie wykazywała takich cech, wręcz przeciwnie, reagowała odważnie i otwarcie na ludzi , na smycz i na wszelkie inne dziwactwa napotykane co chwilę na nowej drodze życia.

Natychmiast po przyjeździe okazało się, że jeżeli kiedykolwiek miała dom, to nie nauczyła się w nim czystości i lała jak z cebra, wszędzie i mniej więcej co 15 minut. Robiła to pomimo wyprowadzania co pół godziny do ogródka, ale trudno było mieć o to do niej pretensje, ostatecznie 3-miesięczny szczeniak ma bardzo mały pęcherz i jeszcze słabiutkie mięśnie odpowiedzialne za trzymanie moczu. Wtedy właśnie po raz pierwszy dotarło do mnie, że przez te 15 lat z moim poprzednim psem zdążyłam zapomnieć, jak to jest z takim nowym maluchem w domu.

Nie chcąc zapeszać losu, przed jazdą po nią zupełnie nie przygotowywałam się na jej przyjęcie:  nie kupiłam karmy ani łóżeczka, nie miałam żadnych zabawek, odpowiedniej wielkości misek czy szelek do samochodu, ani szamponu do wykąpania nieładnie pachnącego pieska ze schroniska, mając świadomość, że jeżeli ją dostanę, to wszystko będę mogła kupić po powrocie, chociaż nie liczyłam się z tym, jak kompletnie absorbujące będzie takie nowe stworzenie w domu, wykluczając możliwość jakiegokolwiek wypadu na zakupy.  Na szczęście schronisko dało mi razem z suczką pakiet starterowy: plastikowy pojemnik z paczką suchej karmy, zabawką i kocykiem, który zresztą im zostawiłam, bo przywiozłam własny.  Po południu jeszcze przyszli brat i bratowa w celu poznania Kropki i przynieśli zabawki oraz paczkę „podkładów higienicznych” do przewijania niemowląt, które wypróbowali przy uczeniu ich suki czystości.  Jak już raz pies nasiusia na taki podkład rozłożony na podłodze, to potem tylko tam będzie to robił.

Przyszła pora na karmienie i nasypałam trochę suchej karmy do miseczki, ale od razu stało się jasne, że ta mała czegoś takiego nigdy przedtem nie jadła, bo bardzo ją to rozśmieszyło. Zjadła jednak, bo była głodna, ale raczej jej to nie odpowiadało.  Potem, kierując się wyglądem treści, którą zwróciła pod koniec jazdy ze schroniska oraz poradami bratowej, ugotowałam jej ryż z mięskiem z indyka i jarzynami, a następnego dnia kupiłam mięsne puszki dla szczeniaków.

Ten pierwszy dzień wydał się okropnie długi, równie ekscytujący co męczący dla nas wszystkich, nie opuszczaliśmy jej ani na chwilę, wieczorem więc, w zacisznym kącie w holu, ułożyłam jej kocyk zamiast łóżeczka, wrzuciłam tam jej zabawki i poszliśmy spać.  Noc przebiegła spokojnie, ale rano, co było do przewidzenia, było trochę sprzątania.

cdn

Kropka – dzień 0

Zobaczyłam ją zupełnie przypadkowo na Facebook’u wieczorem we wtorek 7-go listopada, a w czwartek 9-go już zostałam jej właścicielką.  Ona to 3-miesięczna suczka, czarna podpalana, po części ostrowłosa i słodka do bólu.

Mój przyjaciel z 15-toletnim stażem, najradośniejszy pies na świecie a dla mnie również substytut naturalnego potomstwa, odszedł 21-go października, zostawiając po sobie straszliwą pustkę w sercu i wszechobecne widma w otoczeniu:  w każdym kącie mieszkania  - pod biurkiem w moim gabinecie, gdzie obowiązkowo leżał przy moich nogach kiedy tam siedziałam, w kuchni gdzie bardzo umiejętnie przeszkadzał przy gotowaniu, w ogródku gdzie obsesyjnie kopał olbrzymie dziury, zasypując przy tym podłogę wiaty i tworząc na niej wyboiste kopce ziemi;  w samochodzie, którym kiedyś przyjechał z Anglii i którym potem co tydzień jeździł na wieś, przy moim łóżku na wsi i w łazience, gdzie asystował mi przy myciu, czego w mieście nie mógł robić, bo by się nie zmieścił; w tamtejszym sadzie, z którego późnym latem znosił sobie zielone gruszki, każdorazowo obnosząc się z upolowaną zdobyczą zanim ją schrupał na podwórku.

Z niezmiernym bólem po stracie, lecz świadoma faktu, że jedynym lekarstwem na utratę psa jest następny pies, po tygodniu zaczęłam przeczesywać  schroniska w promieniu 50 km, ich strony internetowe oraz ogłoszenia o psach do oddania na OLX, szukając jakiegoś potrzebującego psa, którym mogłabym się zająć bez reszty, a wybór był ogromny, bo niestety nie brak bezdusznych ludzi, którzy albo katują psy albo wyrzucają z samochodu albo przywiązują do drzewa i zostawiają na pastwę losu.  Typowałam i notowałam, ale głęboka depresja nie pozwalała mi podjąć jakiegokolwiek działania; wiele razy mówiłam  „Jutro jadę zobaczyć tego psa”, ale nie mogłam się na to zdobyć.

W końcu, po dwóch tygodniach od śmierci mojego ukochanego psa, wybrałam się z mężem do schroniska, żeby poznać upatrzonego psa, około 6-cioletniego (bo ze względu na nasz wiek wymyśliliśmy, że starszy pies powinien odejść jeszcze przed nami).  Na miejscu pies na nas warczał, nie przymilał się, ale wzięliśmy go na próbny spacer i okazało się, że za nami nie przepada.  Nie chcieliśmy odjeżdżać z pustymi rękami, bo tyle tam było potrzebujących psów, więc wzięliśmy innego na spacer. Nie miał jednej przedniej łapy, co mu i nam zupełnie nie przeszkadzało, był szalenie uczuciowy i milusi, nawet dało się go wsadzić do samochodu, co dla nas ważne, bo co tydzień kursujemy między miastem a wsią, ale niestety okazało się, że nie znosi innych psów, więc zrezygnowaliśmy.

W następnym tygodniu, kiedy mąż przebywał na zagranicznych wojażach, pojechałam do innego, większego schroniska, gdzie przebywał interesujący mnie dorosły pies, ale okazał się być psem podwójnym:  w schronisku zaprzyjaźnił się z innym do tego stopnia, że nie sposób je było rozdzielić, więc jeżeli brać, to oba. Trochę się tego bałam, były bardzo nieufne, a poza tym dwa to stado, którego mogłabym nie opanować, więc po długim namyśle ich nie wzięłam.

W końcu doszłam do wniosku, że dla dwojga starszych i słabnących z dnia na dzień osób najłatwiejszy będzie szczeniak niedużej rasy, bez naleciałości schroniskowych, którego możnaby wychować i ustawić po swojemu.  I wtedy właśnie wieczorem znalazłam ogłoszenie o tej suczce.  Od razu mi się spodobała, więc następnego dnia rano zadzwoniłam do schroniska, opisałam moje warunki mieszkalne, wytłumaczyłam powód chęci do adopcji, i pomocna pani w schronisku zgodziła się zarezerwować ją dla mnie do południa następnego dnia, choć już wtedy na FB dwie inne osoby wyraziły zainteresowanie, ale osobiście się nie zgłosiły.

Tak więc w czwartek9-go listopada zostałam prawowitą właścicielką w/w suczki.  Przy jej odbiorze był moment zwątpienia, bynajmniej nie z mojej strony, ale z powodu dopustu bożego. Zajechaliśmy (ja i mąż) sprawnie pod dość odległe od domu schronisko, gdzie właśnie grupa bardzo młodych osób ustawiała pod bramą przywiezione worki karmy, misie, kocyki, itp., i robiła sobie z nimi zdjęcia pamiątkowe.  Zadzwoniłam do bramy i po chwili nadeszła pani, oznajmiając wszem i wobec, że dzisiaj do schroniska nikogo wpuścić nie może, bo wybuchła epidemia parwowirozy, na dodatek jakiejś tak zmutowanej, że nawet koty się zarażały.  Miny mocno zrzedły i nam i całej reszcie, bo wszyscy przybyliśmy tam z nadzieją w sercach, my na przygarnięcie słodkiego szczeniaczka, a oni na uroczyste przekazanie z poświęceniem uzbieranych w szkole darów wszystkim potrzebującym zwierzakom.  Na szczęście okazało się, że do biura znajdującego się zaraz za bramą nas wpuścili, jako że byliśmy umówieni, i suczkę przynieśli, a grupę młodzieży z darami pochwalili i wystawili szkole należne jej dyplomy.    cdn