Smigus Dyngus, a raczej Prima Aprilis!

Takiej białej Wielkanocy nie pamiętam!  Tyle tego śniegu napadało, że krajobraz wczoraj, w świąteczny poniedziałek, wyglądał jak w środku srogiej zimy.

Wielkanoc 2013

Ale nic to, że nie objadaliśmy się wielkanocnymi pysznościami na ciepłej i rozsłonecznionej werandzie, otoczeni budzącym się sadem i ogrodem; nic to, że ścieśnialiśmy się przy za małym stole w pokoju gdzie stoi łóżko Mamy i odstawialiśmy nie mieszczace się na stole półmiski na mały stolik ogrodowy, żeby co chwilę posyłać je wokół zebranego grona; nic to, że cała podłoga wydawała się być zajęta przez nogi od krzeseł i stołów, i że ten ścisk przypominał raczej Boże Narodzenie, kiedy weranda jest wycofana z eksploatacji (no, może trochę mniejszy ścisk, bo bez wielkiej choinki).  Zadna z tych drobnych niewygód nie przeszkodziła nam bynajmniej w miłym świętowaniu i na smak potraw ujemnie nie wpłynęła.

Swięta były tradycyjnie spędzone u Mamy, z najbliższą rodziną: sami całkiem dorośli ludzie, drobiazgu żadnego nie było, bo poprzedniego już się w żaden sposób nie da pod to pojęcie podciągnąć, a że jeszcze się nie rozmnożył, to i nie było następnego. Brakło bratanicy z mężem, którzy wyjechali na urlop do Nowego Jorku (ale tydzień wcześniej udało jej się przylecieć na dwa dni z Dublina, żeby się z rodziną zobaczyć), a w poniedziałek i brata, bo musiał lecieć do Hamburga do pracy, ale za to przybył z Brukseli bratanek z żoną, a w niedzielę była też druga babcia czyli mama szwagierki.  A nieobecni zgłaszali się przez ifony, Skype i telefony, więc ciepło rodzinne było.

Jak co roku, pierwszy dzień Wielkanocy był bez obiadu, którego podawanie zarzuciliśmy wiele lat temu, bo po bardzo obfitym świątecznym śniadaniu, które rozpoczyna się dopiero jak wszyscy dojadą,  około 1-szej, nie starcza już czasu ani apetytu na wielki obiad.  Oczywiście na stole, oprócz koszyczka ze święconym, miejsce honorowe zajmował, jak zawsze, olbrzymi półmisek jaj na twardo, z kępką rzeżuchy na środku. Do tego sałatka jarzynowa z chrupiącą fasolką, ogórkiem kiszonym, cebulą i  majonezem, oraz dwa półmiski najprzeróżniejszych wędlin, i kupnych i upichconych przeze mnie lub przez bratową. Z tych kupnych była szynka, kabanosy, pyszna kiełbasa, delikatny biały salcesonik i salchichon z pieprzem.  Bratowa upiekła znakomity schab ze śliwkami i białą kiełbasę z czosnkiem, a ja zrobiłam bardzo udany pasztet po ardeńsku, który za mną chodził już od dwóch lat, i eksperymentalną, ale utrafioną, pierś kurczaka nadziewaną wędzonym boczkiem i żurawiną. Były też bardzo smaczne śledziki, które bratowa zrobiła z cebulą, papryką i ogórkiem w pysznej zalewie, i trochę świeżych jarzyn z dipem, który popsułam w ostatniej chwili i tylko ładny wygląd mu pozostał, więc jadło się je bez.

Przed słodkościami zrobiliśmy przerwę na latanie zdalnie kierowanym modelem samolotu nad polem za płotem, tzn. nie wszyscy latali, tylko brat z synem, ale wszyscy mieli frajdę z oglądania, albo na żywo albo potem na video z samolotowej kamery. Oczywiście przerwa nie była zbyt długa, bo trochę tej latającej maszynie szkodzą lądowania.  Tym razem i tak dobrze poszło, bo bratanek jest zdolnym pilotem, choć brat może troche mniej, mimo że nawigator z zawodu. Wiedząc o tym i dla dobra ogółu, sam stanął za sterem tylko raz i na krótko, żeby nie ukrócać uciechy.  Latał głównie bratanek, a brat mu asystował jak właściciel klubu piłkarskiego na meczu. Pierwsze lądowanie było popisowe, jakby na gładziuteńkim pasie a nie pooranym polu;  drugie troche mniej, bo w koronie drzewa za oborą, ale udało się samolot odzyskać i ponownie doprowadzić do stanu używalności, za to trzecie czy czwarte skutecznie zakończyło zabawę, bo jak samolot przydzwonił w grudę, to trzeba było niemalże zbierać go po kawałku (ale po solidniejszym remoncie będzie jak nowy!).

Potem była kawa i straszne ilości ciast: nasze tradycyjne, bakaliowe mazurki, czekoladowy i kajmakowy, babka piaskowa, którą zupełnie bezzakalcowo pięknie upiekła siostra, sernik pieczony oraz kupione w wypróbowanej cukierni tort ananasowy i pascha.  To już kolejne święta, na które nie zrobiłyśmy tortu osobiście, tylko zamówiłyśmy w tej właśnie cukierni, gdzie robią wyśmienite i na dodatek ładniejsze. Na koniec imprezy, zanim się rodzina porozjeżdżała, miał być żurek i ugotowałam go gar na pułk wojska, ale nikt już nie nie był w stanie nic więcej spożyć bez szwanku na zdrowiu, więc żurek trafił do zamrażarki i będzie jak znalazł do jakiegoś większego obiadu.

W poniedziałek był przepyszny rodzinny obiad, składający się z bardzo grzybowej zupy z tymiankowymi grzaneczkami, pieczonej gęsi nadziewanej cielęciną z wątróbką; zasmażanych buraczków, uwielbianych przez całą rodzinę oprócz mojego męża, który, będąc Anglikiem, takich rzeczy nie papa, chociaż np. ogórki kiszone lubi; ziemniaczków i wiosennej sałatki, a do tego żurawina wykonana przez siostrę i wspaniałe gruszki w occie i winie, sporządzone przez bratową według jakiegoś bardzo pracochłonnego przepisu. Obiad, że palce lizać!

Oczywiście, przy najlepszych chęciach, udało nam się zjeść najwyżej jedną trzecią tego wszystkiego, no ale trochę się zjadło wczoraj na śniadanie i kolację, troszkę jeszcze poszło na wynos, a reszta do zamrażarki, by czekać na następną godną okazję.

 

Oj, będzie mi, będzie!

Tytuł tego blogu jest z bardzo starego kawału, który pewnie wszyscy znacie, o chłopcu, który ukradkiem wyjadał dżem ze słoika  w spiżarni, rzewnie płacząc i powtarzając: Oj, będzie mi, będzie, jak mnie Pani Matula nakryją!, co mu zresztą w wyjadaniu bynajmniej nie przeszkadzało.

No, może to nie jest idealne skojarzenie, ale tak właśnie sobie dzisiaj myślałam, odśnieżając 25-metrowy wjazd. W innych okolicznościach nie podjęłabym się tego wysiłku, ale muszę jutro jechać do Mamy.  Na wjeździe leżała już gruba warstwa śniegu, od 20-tu do 30-tu centymetrów, a usłyszałam, że może spaść następne 20 cm, więc doszłam do wniosku, że muszę to zrobić, bo 50-ciu centymetrów samochodem w żaden sposób nie pokonam.

Do zadania byłam niezbyt przygotowana, bo to dopiero moja druga zima w Polsce po powrocie z Anglii, a na dodatek tę pierwszą spędziliśmy, z powodu generalnego remontu naszego mieszkania, na wsi u Mamy,  gdzie zawsze można znaleźć pomocników do odśnieżania, albo płatnych, albo choćby życzliwego sąsiada, bo takiego mamy szczęście mieć.

Pogoda była piękna, słoneczko świeciło, ale mrozik zdrowo mroził, więc ubrałam się w kalesony, spodnie, zimowe buty, kurtkę puchową, czapkę, rękawiczki baranie  i słoneczne okulary, i ruszyłam do boju. Na samym początku już zorientowałam się, że „letko” nie będzie: po pierwsze, po każdych czterech machnięciach szuflą musiałam chwilę łapać oddech, a po drugie, nie bardzo było gdzie ten śnieg odrzucać, bo z jednej strony gęste krzaki a z drugiej ścieżka.  Nic to, walczyłam dzielnie przez ok. dwie godziny i bitwę wygrałam!

Za to teraz bolą mnie mięśnie w krzyżu jak cholera.  W czasie pracy bolały mnie też całe ramiona, mięśnie brzucha  i głowa, ale to minęło. Wezmę na noc coś na ból, ale nie jestem pewna, czy uda mi się rano wstać z łóżka.

Wobec dzisiejszego doświadczenia konstatuję, że odśnieżanie to robota dla młodych, silnych mężczyzn, najlepiej takich, co chodzą na siłownię, a nie dla 63-letnich, osłabłych kobiet. I tak mam fart, bo, oprócz odkopywania schodków przed wejściem, co robił mąż, to było pierwsze, i mam nadzieję ostatnie, odśnieżanie tej zimy.

Co to za pomysł z tym śniegiem?

Co to za pomysł z tym śniegiem?  Coś się chyba zarządcom od pogody mocno pomyliło, to miało być w lutym, nie teraz!  Według kalendarza, wiosna ma być za dwa dni, wszyscy o tym wiedzą, nawet tacy co kalendarzy nie posiadają, a tym od pogody  najwidoczniej takich wiadomości brakuje.

Rośliny wiedzą o tym; tulipany powyłaziły z ziemi i tylko czyhają, żeby się rzucić na całość, floksy wychyliły na świat czerwone łebki młodych pędów, wierzby opierzyły się srebrzystymi baziami, a cała reszta czai się w przedwiosennym pogotowiu.  Ptaszki wiedzą o tym;  sama widziałam wczoraj, jak wróbelek przeskakiwał z gałązki na gałązkę za wróbelką, za każdym razem siadał kawałeczek od niej a potem, przebierając łapkami po gałązce, przysuwał się i przytulał do niej boczkiem. Słońce o tym wie; codziennie wstaje coraz wcześniej, wspina się coraz wyżej i idzie spać coraz później, w poczuciu obowiązku rozgrzania zziębniętej ziemi i jak najszybszego zlikwidowania hałd starego śniegu.

A tu co? Nowy śnieg pada od samego rana, ukrył już wszystkie wczorajsze ślady po ruchu dwu- i czteronożnym i kołowym, z moich schodków zrobił zjeżdżalnię dla sanek,  zasypał samochody w garażach i na podwórkach a te, którym udało się odgrzebać, uwięził w korkach razem z miejskimi piaskarkami i pługami.  I jeszcze mu mało, dalej pada jakby miał całą zimę przed sobą!

A ja, w nadziei na wiosnę, zaczęłam już kupować nasiona ziół i kwiatów i planować ogródek miejski i wiejski.  Oczyma duszy widziałam już zachwycające mnogością kolorów i kształtów zagony ostróżek i onętków, wiszące koszyczki nasturcji oraz dorodne kępy malw i piwonii.  Slinkę na język przynosiła mi już myśl o salaterkach pełnych własnoręcznie wyhodowanych sałat, kolendry, cebulek i rzodkiewek i o pachnącym, świeżym koperku do posypywania młodych ziemniaczków. A teraz co?  Ten śnieg poleży jeszcze dwa, trzy tygodnie, więc jak tu siać?  Malwy i piwonie będą, bo są, ale co z tą resztą?

Musiałam na chwilę przerwać pisanie, żeby wpuścić i odśnieżyć psy, które minutę temu były przekonane, że chcą wyjść na zewnątrz, i uciekła mi melodia, więc to było na tyle.