Wycieczka do Grecji – cz.4

Dotarłszy , po stromej wspinaczce, do starego miasta czyli Ano Poli, odkryliśmy, że zostało z niego tylko trochę murów

 oraz baszta, zresztą zamknięta.

Nie wiem dokładnie, z jakiego okresu były  – rzymskie na pewno nie, może bizancyjskie albo ottomańskie.   Ja się na tym zupełnie nie znam, a żadnych oświecających napisów niestety nie było, więc oświecić się na miejscu nie dało.  Ten brak informacji dla niedouczonych lecz chętnych wiedzy turystów okazał się być normą, rzadko który zabytek był opisany, a było ich sporo. To sprawiło, że dwa dni później poczuliśmy, jak dla nas niezwykłą, potrzebę zwiedzania muzeów, ale o tym później.  Za to widoki  z góry na dolne miasto były nieocenione.

Otoczenie starych murów i baszty   stanowiły dużo późniejsze domy mieszkalne i restauracje nastawione głównie na turystów, w których, owszem, oferowano greckie dania, ale z frytkami i ketchupem.

Nastała pora obiadowa i kawałek niżej udało nam się znaleźć  restaurację, która wyglądała nieco mniej turystycznie niż te na samej górze.  Zjedliśmy bardzo przyzwoity obiad, złożony z souflaki,  sałatek i produktów ze świetnie przyprawionego mielonego mięsa, sprzedawanych jako kulki, ale uformowanych na kształt kiełbasek.  Tu należy zanotować, że dania opisane w angielskim menu jako sałatka mogą zaskakiwać:  np., zaliczają się do nich tzatziki – sos jogurtowo-ogórkowy, kromki sera Feta  czy skordalia – grecki sos czosnkowy z dodatkiem zmielonych ziemniaków.

Po obiadku zaczęliśmy schodzić w dół, wypatrując klasztoru, którego przedziwną fasadę zauważyliśmy w drodze na górę – wyglądała jak stara budowla nadbudowana betonem, takim z polskich lat 60-tych, i bardzo nas to zaciekawiło, ale wewnątrz już tego nie znaleźliśmy, więc ta nadbudowa musiała być na zewnętrznym murze.

Znaleźliśmy miejsce bez trudu i w nim kilka niespodzianek. Obiekt składał się z kilku bizancyjskich budynków

i kilku dużo późniejszych,   i nadal funkcjonował jako klasztor – nawet udało nam się zoczyć prawdziwego mnicha, udającego się pospiesznie w stronę jednego z nowszych budynków, ale najwyraźniej nikt już na modlitwy nie bił w dzwony, bo zostały one przerobione na lampy.

Pod murem jednego budynku wystawione były rzymskie wykopaliska, np. głowice kolumn lub  kawałki gzymsów.  Calość otoczona była starym murem, zza którego można było zerknąć tu i ówdzie, pomiędzy wysokimi krzewami, na panoramę miasta poniżej.  Mury nowszych budowli udekorowane były symbolami, których znaczenie nie do końca rozumiałam, ale i tak były estetycznie satysfakcjonujące.

Oprócz starych budynków, wykończonych różowawym tynkiem z wlepionymi poziomo i na płasko zielonymi kamieniami i czerwonymi cegłami, co zresztą napotkaliśmy w wielu starożytnych budowlach w Salonikach, była niespodzianka: olbrzymia klatka, czy raczej zagroda, z przepięknymi, bardzo dorodnymi,  pawiami.

Samców naliczyłam co najmniej 14, a były też liczne samice.  Był wśród nich również obcy: cietrzew, który zapewne dostał się tam przypadkowo z klatki cietrzewi, znajdującej się trochę poniżej na tym samym stoku.  Od czasu do czasu jakiś samiec miał do niego pretensje, ale ogólnie pawie go ignorowały, co było dla niego zbawienne, bo był dużo od nich mniejszy i nie miałby żadnych szans w jakimkolwiek agresywnym starciu.  Zastanawiałam się nawet, czy o jego obecności  w pawiej zagrodzie nie donieść obsłudze, ale doszłam do wniosku, że sami to zauważą, choćby podczas karmienia.

Po wizycie w klasztorze zaczęliśmy schodzić w dół, w stronę morza i naszego hotelu.  Uliczki były wąskie i bardzo kręte, otoczone domostwami z piękną, śródziemnomorską roślinością na balkonach i tarasach.  Od czasu do czasu napotykaliśmy strome schody, które stanowiły skrót do uliczki poniżej.  Skrót oczywiście tylko pieszy, chociaż kto wie, w jakimś bardzo sławnym filmie amerykańskim, którego tytuł mi zupełnie umknął, gonili się samochodami po schodach. Po drodze odkryliśmy, że górne miasto jest pełne dziko żyjących kotów i psów. 

Mieszkańcy najwyraźniej nie mieli do nich żadnych wstrętów, bo dowody ich dokarmiania były powszechne.

 Odniosłam wrażenie, że w górnym mieście było więcej kotów, a w dolnym psów, ale głowy nie dam.  To jest cała Grecja: w sterylnej Anglii coś takiego nie mogłoby zaistnieć, bo natychmiast odezwałyby się silne protesty na temat higieny i zdrowia;  tam nawet dokarmianie miejskich gołębi jest źle widziane, bo one mogą roznosić choroby.

Schodziło się fajnie, bo co chwilę trafiało się na jakiś uroczy zaułek albo na niespodziewaną panoramę miasta, ale nie polecałabym tego w butach na obcasach, bo stromo.  Zdumiewał mnie fakt, że na niektórych uliczkach był przystanek autobusowy – nie mam pojęcia, jak one sobie tam dają radę.

Schodząc coraz niżej natrafiliśmy na kilka mniej lub więcej zaniebanych świątyń, a wśród nich na ottomański kościół w bardzo nieciekawym stanie, otoczony ściśle blokami mieszkalnymi z lat 50-tych do 70-tych, tak, że jego nagłe pojawienie się przed naszymi oczami było zaskoczeniem.  Taka sytuacja jest nagminna w Salonikach i może trudno się dziwić, bo pozostałości z 3000-letniej cywilizacji są na każdym kroku i gdyby je wydzielać w osobne skanseny, to nie byłoby gdzie budować mieszkań.  Przeznaczenie całego obszaru miasta na muzeum też by nic nie dało, bo przypuszczam, że cały region jest taki, więc oznaczałoby to kompletną rezygnację z zamieszkania tych stron. W tym temacie chyba najbardziej zaszokował mnie widok bizantyjskiego lub może ottomańskiego budynku, do którego po obu stronach przyklejono nowoczesne budynki – czegoś podobnego na pewno w Anglii, a może też i w Polsce, nie uświadczysz.

Po tym pełnym kulturowych wrażeń dniu, przed spoczęciem w hotelu, odwiedziliśmy mały bar na pobliskiej, niespecjalnie urokliwej ale całkowicie tubylczej ulicy, wybrany z powodu niepokaźnego i niekrępującego  wyglądu. Miał dwa stoliki na zewnątrz, więc, ponieważ było ciepło i słonecznie, usiedliśmy przy jednym z nich i zamówiliśmy piwo.  Po chwili mąż uznał, że ciekawiej może być wewnątrz, więc zdecydowaliśmy się tam przenieść.  Na drzwiach wejściowych widniał obowiązujący w UE zakaz palenia, ale zauważyłam wewnątrz palących  i popielniczki.  Na wszelki wypadek grzecznie zapytałam młodą i piękną kelnerkę (chyba Greczynkę), czy w środku można palić.  Jej odpowiedź brzmiała:  „Ależ oczywiście, przecież jesteśmy w Grecji!”  To potwierdziło moje domysły, sprowokowane wcześniejszymi i późniejszymi spostrzeżeniami, że w Grecji Unia rządzi, ale tylko jeżeli to rządzenie nie wchodzi w drogę utartym zwyczajom. W ogóle podejrzewam, że panuje tam bardzo bezstresowa filizofia laissez-faire – niestety nie znam odpowiednika w języku greckim i nawet nie wiem czy takowy istnieje, ale francuski oddaje to świetnie.

Wystrój wnętrza baru był bardzo kolorowy i, delikatnie mówiąc, raczej eklektyczny, czyli na chłopski rozum pomieszanie z pomyleniem, ale efekt ogólny był ciepły i przyjazny.  Na jednej ścianie widniało coś na kształt dużego okna zabudowanego cegłą, na pozostałych były obrazki różnych prowenansji.  Jeden z nich, wiszący obok naszego stolika, przykuł moją uwagę, reprezentował on bowiem przedziwne połączenie kulturowych symboli.  Był  na nim wizerunek mojego ukochanego Citroena 2CV6, symbolu francuskiej inwencji, który pozował przed barem nazwanym Murphys Pub, czyli tak irlandzkim jak to możliwe.  Na dodatek obok zdjęcia, trochę je przesłaniając,  była upięta zasłona ze  szkockim tartanem. Przypuszczam, że ten ciekawy efekt był zamierzony.

Po przeciwnej stronie uliczki było coś, co wyglądało na zamknięty sklep z intrygującym szyldem:  Ciekawe co tam sprzedawano, żałuję, że nie wróciłam to sprawdzić.

Wycieczka do Grecji – część 3.

Następnego dnia, zinternalizowawszy wrażenia dnia poprzedniego, postanowiliśmy wypuścić się troszkę dalej od hotelu, mianowicie do górnego miasta.

Saloniki położone są na nadmorskim stoku, stromym w wyższych partiach i łagodniejącym  w miarę zbliżania się do morza,  więc zagubieni turyści mogą korzystać z prostej reguły  – idż w dół i dojdziesz do morza.  Ulice w dolnej, nowszej części są duże i ułożone w kratkę, a te w górnej części są wąskie i meandrujące. Górne miasto jest oddzielone od dolnego właściwie jedną ulicą, biegnącą równolegle do brzegu morza: Olympiados lub też Olybiados, bo różnie się tę nazwę interpretuje na mapach.

Ale najpierw było śniadanie.  Kiedy meldowaliśmy się w hotelu, młody człowiek w recepcji przebąkiwał coś o kawie serwowanej na pierwszym piętrze (naszym), chociaż nie zauważyłam tam żadnych widocznych tego znaków, i o możliwości wykupienia śniadania za 5 euro z jednodobowym wyprzedzeniem.  Powiedział to tak mimochodem, więc specjalnie nie zwróciliśmy na to uwagi.  Z opisu hotelu wiedzieliśmy, że nie ma restauracji, wobec czego byliśmy nastawieni na jedzenie poza hotelem.  Kiedy rano wyszłam z ciekawości do holu, zobaczyłam, że są otwarte podwójne drzwi do nieoznakowanego pokoju, a w nim stoją stoliki nakryte białymi obrusami, ze sztućcami i filiżankami, oraz jest kontuar, za którym rezyduje bardzo smutny, starszawy i chudy Grek.  Natychmiast o swoich spostrzeżeniach doniosłam mężowi, który poszedł zapytać smutnego pana o możliwość stawienia się na śniadanie pomimo braku wcześniejszego zamówienia.  Okazało się, że się da, więc poszliśmy.

Sniadanie nie było jakieś rewelacyjne, ale syte i „zjadliwe”.  Był w miarę dobry chleb lub tosty, gotowane jajka, niektóre na twardo a inne na miękko, ale na jakie się trafiło było kwestią losową, bo po skorupce nie było tego widać; płatki śniadanowe, brzoskwinie z puszki i wspaniały, welwetowy grecki jogurt, a do tego mleko, soki i porcjowane masło, dżemy i miód oraz kawa, kakao lub herbata zza kontuaru.  Na kontuarze leżały również paczkowane, jak z supermarketu, croissanty czy inne ciasteczka.

Tego pierwszego dnia byliśmy sami na tej sali, chyba dlatego, że była dość wczesna pora (8.30), bo,  jak się okazało w następne dni, śniadaniowa godzina szczytu wypadała tak między 9-tą a 10-tą. Podjedliśmy sobie zdrowo i nawet udało nam się trochę rozweselić tego smutnego Greka, bo się chyba ze dwa razy uśmiechnął.

Wrażenia śniadaniowe z następnych dni, kiedy to przybywaliśmy tam po 9-tej, były ciekawsze, bo miałam okazję  obserwować innych gości. Na przykład, była taka para ludzi w wieku ok. 30 lat, wyglądali na Albańczyków lub ex-Jugosłowian z Macedonii, byli bardzo skrępowani i cisi i szybko zjedli i wyszli.  Był też jakiś przystojny, ale niekontaktowy  mężczczyzna, wyglądający młodo i sprawnie, ale z siwizną we włosach – mógł mieć 35 – 40 lat.  Widziałam go dwa razy: za pierwszym razem ubrany był w dresy albo nawet piżamę i wyglądał trochę nieprzytomnie, wziął tylko pałtki z dużą ilością mleka, mieszał je bardzo długo, w końcu zjadł i wyszedł.  Następnego dnia  już był lepiej ubrany i przytomniejszy, ale wziął dokładnie to samo i tak samo szybko wyszedł.

Jednego dnia pojawił się w  jadalni starszy pan, wyglądający na Hindusa.  Trudno było określić jego wiek, ale mógł mieć nawet około 80-tki.  Nie wiem, czy to z powodu braku angielskego i greckiego, ale zachowywał się nieprzyjemnie: wyglądało na to, że słowa „proszę” i „dziękuję”  są mu zupełnie obce, ani też nie używał żadnych gestów, które mogłyby je zastąpić.  Odniosłam wrażenie, może mylne, że przyzwyczajony był do rozkazywania pogardzanej służbie.  W czasie śniadania zachował się zaborczo: kiedy kończył się chleb, wziął wszystko, na pewno dwie albo trzy porcje (ale zaraz potem donieśli), dwa ostatnie jajka (potem ugotowali następne), a wychodząc jeszcze zwinął paczkę croissantów z kontuaru.  No ale ludzie są różni – pewnie uważał, że za te 5 euro mu się należy.  Kiedy w godzinie śniadaniowego szczytu dołączyła do smutnego Greka piękna, młoda Greczynka, która przedtem i potem sprzątała pokoje, Hindus natychmiast na jej widok zakrzyknął gromko: Kawa!, możliwie z przyzwyczajenia do usługujących kobiet. Starszy kelner już wcześniej mu ją oferował, ale klient zaordynował: podać za 10 minut. W ogóle wyglądało na to, że jego jedyna realność to dom z liczną służbą, a nie miał na tyle wyobraźni by przystosować się do innego układu.

A propos, to zauważyłam, że w recepcji hotelu pracowali wyłącznie mężczyźni, tak też było w tradycyjnych knajpkach, które napotkaliśmy (chociaż prawdopodobie kobiety harowały gdzieś za kulisami).

Wycieczkę do górnego miasta odbyliśmy pieszo, bo lubimy chodzić, a poza tym, mimo że napotkaliśmy wiele przystanków autobusowych, to faktycznych autobusów w ciągu całego dnia zobaczyliśmi dwie sztuki. Wspinaczka pod górę była dość męcząca: droga długa a pogoda dżdżysta i parna, więc po jakiejś godzinie zatrzymaliśmy się na kawę w małej i nieimponującej knajpce, której, sądząc po naszym przyjęciu, chyba żaden turysta wcześniej nie odwiedził. Nie było stolików na zewnątrz, a w środku siedziało przy dwóch stolikach może 10 – 12 starszych panów.  Jedni grali w karty, a drudzy, łącznie z dużo młodszym i przystojnym barmanem, oglądali jakiś sport w telewizji.  Wszyscy pili albo expresso ze szklanką wody albo mrożoną kawę frappe, a później niektórym barman donosił również jakieś soczki.

W pewnym momencie przybył starszy pan, który musiał być stałym bywalcem, bo barman natychmiast nakrył mu stolik obrusem i zaczął podawać obiad. Nie ukrywam, że podglądałam: najpierw był chleb, pół bochenka  pokrojonego na grube kromki nie do końca przecięte, więc trzeba było je odrywać – to okazało się być normą, tak było w naszej pierwszej tawernie i wszystkich następnych restauracjach.  Następnie dostawał po kolei małe półmiski innych potraw: suszone pomidory w oliwie, sałatkę z świeżych pomidorów i ogórków z białym sosem (jogurt?  tzatziki?) i na koniec smażone skrawki mięsa.  Wszystko wyglądało smakowicie, choć  po skromnym wyglądzie baru nie można było się domyślić, że dają tam cokolwiek oprócz napojów.

Około połowa klienteli miała w ręku koraliki na krótkim sznurku, i albo się nimi bawiła albo po prostu trzymała w dłoni. Zauważyliśmy to również u naszego taksówkarza z poprzedniego dnia, który wystawił lewą rękę za okno i takowymi majtał.  Możliwe, że niegdyś takie koraliki służyły do modlitwy, trochę jak katolicki różaniec, ale nie odniosłam wrażenia, żeby ich obecni użytkownicy byli rozmodleni. Koraliki były głównie w jaskrawych kolorach i dość duże, mniej więcej długości ziarna bobu, ale grubsze. Mąż się na nie napalił i następnego dnia kupiliśmy sobie takie, ale w trochę bardziej stonowanych kolorach.  Moje były bardzo stonowane, a jego wyglądały w przekroju jak anyżowe cukierki, które pamiętam z dzieciństwa. 

Po drodze do górnego miasta nabyłam parasol za 3 euro, bo popadywało, i był doskonale dobrany przez sprzedawcę do mojego ubioru,  co zaoszczędziło mi zastanawiania się nad kolorem.   Mąż co prawda przywiózł parasol w bagażu, ale nie brał go ze sobą, bo nie chciało mu się go nosić (to po co go w ogóle wozi?), więc korzystał z mojego.

Zdeterminowani, pięliśmy się w górę dość sprawnie.  Po drodze natrafiliśmy na bardzo kolorowe skutery, wystawione na wysepce  pomiędzy dwiema nitkami ulicy – wyglądąły fantazyjnie pośród nieciekawych budynków i ożywiały tę równie nieciekawą ulicę.  Jestem prawie pewna, że to była  Olybiados, ale głowy nie dam, bo mogła być jakaś równoległa.

Wycieczka do górnego miasta dostarczyła tyle wrażeń, że opiszę je w następnej części, żeby niczego nie uronić.

Wycieczka do Grecji – część 2.

Pierwszy dzień (a raczej popołudnie i wieczór) w prawdziwej, starożytnej i mitycznej Grecji!  Za młodu zafascynowana byłam mitologią grecką, a były to takie czasy, że nawet w najśmielszych marzeniach nie dopuszczałam możliwości, że kiedyś noga moja na tej antycznej ziemi postanie.  Później, kiedy już mieszkałam w Anglii i miałam brytyjskie obywatelstwo, takie marzenie stało się bardziej wykonalne i jakieś wieki temu zarezerwowaliśmy sobie wycieczkę na Corfu, ale niestety nic  z tego nie wyszło, bo miesiąc przed nią powaliła mnie okropnie ciężka grypa, po której zupełnie nie mogłam dojść do siebie. Przez wiele tygodni czułam się bardzo słaba i absolutnie niezdolna do wypadów w gorące kraje, więc poszłam do naszego lekarza domowego, który natychmiast wypisał odpowiednie zaświadczenia, umożliwiające nam odzyskanie wszystkich pieniędzy wpłaconych na tę wycieczkę, no i nie pojechaliśmy.

Nawiasem mówiąc, nasz lekarz był wspaniały.  Pochodził z Iranu i kiedy zgłosiłam się do niego po raz pierwszy,  nie bardzo go mogłam zrozumieć, bo mówił po angielsku z mocnym obcym akcentem, ale ta początkowa trudność szybko ustąpiła i okazało się, że to bardzo mądry człowiek.  Traktował pacjenta jako istotę rozumną (czego nie można było powiedzieć o siedemdziesięciokilku letniej angielskej lekarce mojej teściowej, u której miałam nieszczęście raz się konsultować) i  podchodził do każdego schorzenia holistycznie, rozpatrując przedstawiane mu objawy w kontekście ogółu stanu zdrowia pacjenta. Miał taki miły i bardzo terapeutyczny trik:  jak mu się powiedziało o jakiejś dolegliwości, to natychmiast mówił „wiem, ja to mam od lat”. Jak kiedyś zgłosiłam się do niego z przewlekłym stanem podgorączkowym, to po prostu zalecił mi nie mierzyć temperatury, i fakt, przeszło mi.  Ale nie tylko gadkę miał dobrą: ten lekarz wyleczył mnie raz z poważnego schorzenia.

Nie jestem pewna, jakie powodzenie miałby ten wspaniały lekarz w Polsce: odnoszę wrażenie, że w Polsce panuje rasizm – może nie jest całkiem świadomy ani agresywny, raczej wynikający z braku styczności z innymi nacjami i uświadomienia, ale spotykam go na każdym kroku.  Na przykład, kilka dni temu usłyszałam od przygodnego znajomego taki tekst: córka wróciła z Anglii do Polski, żeby urodzić, bo nie chciała, żeby jakiś Hindus jej asystował.

Powyżej była dość długa (nawet jak na mnie) dygresja, ale wracam do tematu.  Lot z Modlina do Salonik odbył się bez przygód i planowo, chociaż w którymś momencie natrafiliśmy na silne turbulencje, które trwały może tylko 10 – 15 minut, ale które osobom o bardziej nerwowej dyspozycji  na pewno mogły nasunąć myśli o potrzebie przygotowania się do życia wiecznego.

Do naszego 3-gwiazdkowego hotelu, zlokalizowanego w centrum miasta, dotarliśmy około drugiej po południu, biorąc taksówkę z lotniska za ok. 20 euro.  Taksówkarz niezbyt biegle władał angielskim, a my ani me ani be po grecku, ale mąż zagadnął go o futbol i w ten sposób nawiązaliśmy kontakt, który zaowocował tym, że miły Grek po drodze zaczął nam opowiadać o mijanych zabytkach oraz innych interesujących miejscach.

Moja nieznajomość greckiego bardzo mnie żenowała i męczyła, z klasycznych języków znam tylko łacinę.  Nie zdążyliśmy przed  wyjazdem zaopatrzyć się w „Rozmówki greckie” i bardzo nad tym ubolewałam, bo znałam tylko jedno słowo, „dziękuję”, więc czułam się zupełnie nie przygotowana. Alfabet grecki ściągnęliśmy na drugi dzień z Internetu i od razu zaczęłam go ćwiczyć, a nieco sfatygowane i wyblakłe „Rozmówki” zdobyliśmy, za ciężkie pieniądze (8 euro), dopiero trzeciego dnia – angielskich nie było, wzięliśmy polskie.  Oczywiście, niektóre litery znałam z matematyki i logiki, ale niestety nie wystarczały one do odcyfrowywania nazw ulic czy napisów nad sklepami, więc zdani byliśmy na porozumiewanie się za pomocą gestów i mimiki.

Hotel nosił oznaki dawnej świetności, budynek był okazały i pięknie zdobiony,  i z daleka nie było widać, że to się wszystko sypie. Nasz pokój był wygodny i czysty , jeżeli nie liczyć miniaturowych mrówek, które biegały czasem po podłodze – no ale nie jestem mrówkofobem,  mrówki też ludzie i niech se pożyją, wadzić im nie będę, jeżeli mi nie będą wadzić.     Łazienka była, oględnie mówiąc, raczej podstawowa,  a z okna mieliśmy widok na fitness club w kamienicy na przeciw, gdzie na noc wykładano na zewnętrzny parapet rękawice bokserskie, itp, żeby się przewietrzyły.  Na parterze był mały sklepik z bardzo nieciekawą odzieżą, z którego dwoje starszych Greków co rano wystawiało na ulicę reling z ubraniami, ale tylko raz widziałam tam klientów, którzy zresztą żadnego zakupu nie dokonali.

W ten pierwszy dzień było w miarę ciepło i pochmurno, deszcz wisiał w powietrzu, ale uznaliśmy, że od razu po rozlokowaniu się w pokoju  należy wyruszyć w miasto, żeby jak najlepiej wykorzystać nasz krótki pobyt.  Nie uszliśmy 50 metrów od hotelu, kiedy poczuliśmy nieodpartą chęć wypicia chłodnego piwa, wobec czego zatrzymaliśmy się w najbliższej knajpce, na tej samej ulicy.  Nie wyglądała ciekawie, ale piwo (chyba Amstel), podane do stolika na ulicy, było zimne i dobre i niczego nie można było mu zarzucić.   W ten sposób usatysfakcjonowani,  wyruszyliśmy na rekonesans  wzdłuż głównej ulicy Egnatia, ale daleko nie zaszliśmy.  Po około 100 metrach natrafiliśmy na podwójny pasaż pomiędzy dwiema ulicami, którego środek w większości zajmowała restauracja czy może raczej duży bar z wieloma stolikami.  Po kilka przynależnych stolików stało też po obu stronach pasażu, ale tylko jeden był zajęty, więc  pan stojący za obszernym kuchnio-barem troszkę się nudził. 

Po jednej stronie  pasażu było również kilka, już zamkniętych, sklepików.  Dwie trzecie drugiej strony zajmowła autentyczna grecka tawerna (oprócz tych paru stolików, które należały do kuchnio-baru)   autentyczna dlatego, że była pełna pijących, zakąszających i dyskutujących Greków, czego nie widać na zdjęciach robionych w ostatni dzień, kiedy akurat była zamknięta. 

Była już pora na jedzenie, więc wybraliśmy tę właśnie. Nie wchodziliśmy do środka, gdzie nikogo nie było, usiedliśmy przy jednym z przepięknie kaflowanych stolików na zewnątrz  zaraz przy wejściu, tam, gdzie siedzieli tubylcy, chociaż przy najodleglejszym stoliku mogli być turyści, bo była z nimi młoda kobieta.

  

Przy pozostałych stolikach siedzieli  wyłącznie meżczyźni.  Na życzenie, (przypuszczalny, bo truno było poznać) kelner przyniósł nam angielskie, lecz marnie przetłumaczone menu, z którego udało nam się wybrać kilka, jak się okazało, pysznych potraw. Zamówiliśmy białe wino, sałatkę z Fety (dwie grube kromki sera z przyprawami), sałatkę z pieczonych bakłażanów z suszonymi pomidorami, smażone  kulki z mięsa i suflaki (grill) z kurczaka. Wszystko było przepyszne, świeżo ugotowane i podane z sosem wg. potrzeby (np. suflaki z sosem musztardowym).   Wino podawane było w metalowych, cylindrycznych miarkach po pół litra i chyba ze cztery wypiliśmy. 

Przy sąsiednim stoliku, po drugiej stronie wejścia, siedzieli prawdopodobni właściciele knajpki i ich przyjaciele, gawędzili, jedli i pili bez przystanku.  Raz dołączyła do nich na chwilę ufarbowana na rudo kobieta, pewnie ta pracująca za kulisami. Nasz początkowy kelner, ubrany na czarno, był niewysoki, ok. 60-tki i miał mocno posiwiałe, kręcone włosy.  Później dołączył do niego młodszy facet, podobny w rysach, więc może syn, który wydawał się mieć autorytet głównego zarządzającego.  Ten co chwilę donosił nam jakieś dodatkowe smakołyki, które były głównie przeznaczone dla mnie, jako jedynej kobiety wśród klienteli.  Najpierw przyniósł mi  duży kieliszek mocnego wina, coś jak porto. Potem dał mnie i mężowi nabite na widelce kawałki pysznego, chyba koziego, sera.  A na koniec dostałam kawałek doskonałej ryby, przypominająej anchois, ale większej.

Byliśmy tam chyba ze trzy godziny, jedząc, pijąc, paląc i obserwując otoczenie.  Może wyszlibyśmy wcześniej, ale w międzyczasie zdarzyła się ogromna ulewa, którą musieliśmy przeczekać.  Przy sąsiednim stoliku po drugiej naszej stronie siedzieli Grecy,  jedli i pili właściwie to samo co my i co chwilę jakiś wracający z pracy znajomy dołączał do nich na jednego drinka i pogaduszkę, a potem odchodził.

 

Bardzo nam się tam podobało i mam wrażenie, że w tym miejscu doświadczyliśmy prawdziwej Grecji.  Wyglądało na to, że Grecy tradycyjnie jedzą podobnie do mieszkańców Libanu, czyli  „mezze” lub „meze”: kilka małych półmisków różnych potraw zamiast jednego, solidnego dania obiadowego. To doświadczenie potwierdziło się w ciągu reszty naszego pobytu. Pycha!

Kiedy opuszczaliśmy tawernę, mąż zapytał o treść kartek wywieszonych licznie w oknach knajpki oraz na dużej tablicy:

Czy to menu? Kelner odrzekł: Nie, filozofia.