Zaobserwowane

Dzisiaj w kościele na wieczornej mszy zaobserwowałam taką scenkę: aktywny, szczęśliwy i głośny maluch, płeć nieokreślona (ale chyba chłopak), prawdopodobnie około dwuletni (chociaż głowy nie dam, bo na dzieciach niespecjalnie się znam) podszedł do bocznych drzwi wyjściowych z oczywistym zamiarem opuszczenia lokalu.  Na to oboje rodzice, siedzący w ławce przy tym wyjściu, pokręcili głowami na „nie”, najpierw tatuś, a potem mama. Maluch, widząc tę negatywną reakcję, zamarł na sekundę z przerażeniem w oczach, a następnie, zaczął wyć i tonąć we łzach rozpaczy. Nasunęło mi to pewne wnioski co do psychologii takich młodocianych dzieci: 1) ponieważ jeszcze nie potrafią wyrażać się w słowach ani je rozumieć, kierują się mimiką i gestami, 2) bardzo potrzebują aprobaty.  Jestem przekonana, że moje spostrzeżenia nie są odkrywcze, pewnie już na ich temat zostało napisane wiele prac naukowych, ale dzielę się nimi, bo dziś  do mnie dotarły.

Podobne zdarzenie zaobserwowałam w czasie kolacji w restauracji w towarzystwie znajomych z 3-letnim chłopczykiem.  Coś zaczął rozrabiać przy stole, a w momencie, kiedy mama powiedziała mu, że jest na niego zła, zrobił oczy w słup i natychmiast zaczął wyć z rozpaczy.

A tak nawiasem mówiąc, zaobserwowałam też jeszcze coś innego w czasie tej mszy: ci rodzice postawili wózek dziecka w poprzek przejścia, nie bacząc na wygodę innych uczestników mszy.  Kiedy nadszedł moment komunii i z tym związanego zmierzania kongregacji w stronę ołtarza, to najpierw tamtędy akrobatycznie przecisnął się ok. 10-cio letni chłopak, uważając, by nie dotknąć wózka,  potem jakiś mężczyzna, który też tego dokonał, a potem nadeszła kobieta, która wzięła sprawę w swoje ręce i przestawiła wózek tak, żeby dało się swobodnie przejść obok.  Czy to Wam daje coś do myślenia?

To jest mój pierwszy wpis od jakiegoś czasu.  Nareszcie wychyliłam głowę nad lustro wody kryzysu w mojej firmie i cieszę się, że znowu jestem z Wami.

Konie (i krowy)

Na rok 2013 kupiłam sobie kalendarz ścienny z pięknymi zdjęciami koni.  To dla mnie nowość, bo od lat miałam albo czarne labradory albo malarstwo (impresjoniści, Vetriano, ew. plakaty, np. Muchy).  Kocham konie, mimo, że nie jeżdżę konno (może raz siedziałam na koniu jako małe dziecko), ale jest w nich coś czarownego i urzekającego.  Te tajemnicze, wielkie, często zatrwożone oczy; olbrzymie i pięknie umięśnione ciało, z którego emanuje potężna siła fizyczna; długie, zgrabne nogi; imponujące grzywy i ogony, i uszy, których mowa jest znana tylko wtajemniczonym.

Dlaczego kocham konie? Nie wiem, miałam z nimi styczność (choć rzadką) od bardzo młodego wieku, ale może głównie przyczyniła się do tego powieść „Gulliver’s Travels”,  jednego z moich ulubinych autorów,  Jonathana Swifta, w której konie są istotami rozumnymi. Jonathan Swift był niezwykle mądrym człowiekiem; o ile się nie mylę, to właśnie on napisał bardzo trafną listę zachowań, których pragnął się wystrzegać w starszym wieku.

Niedawno, jadąc samochodem, ujrzałam piękny widok na pastwisku, na którym był siwy koń i krowa: krowa lizała konia po szyi, a koń sprawiał wrażenie, jakby mu się to podobało!

Krowy też uwielbiam, bo mają jeszcze większe oczy i, sądząc z moich obserwacji, filozoficzne podejście do życia.  Jeżeli po śmierci powraca się na ten świat w innej postaci, to chciałabym powrócić jako krowa (ale mleczna, nie mięsna!).