Życie z Kropką – cz.2.

Niedawno minął drugi, dla starszej osoby dość wyczerpujący, tydzień z Kropką.  Jest zwierzątkiem niewielkich rozmiarów, coś jak duży kot na wyższych nogach, ale energii ma tyle, co cały zastęp początkujących harcerzy, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie.  Bez cienia lęku usiłuje podbić otaczający ją nowy świat, uwielbia zabawy i przygody, wszystko ją okropnie ciekawi, ale koncentrację ma wyjątkowo krótką, góra 20 sekund, co sprawia, że każdy nowy bodziec zaraz ją nudzi i odczuwa potrzebę zajęcia się czymś innym.  Tych bodźców staram się jej dostarczać jak najwięcej, ale po prostu nie nadążam za jej niespożytym głodem wrażeń.

Jeden mój pomysł na zajęcie Kropki sprawdził się w 100%, przynosząc nam godziny ulgi od jej nadaktywności.  Pomyślałam sobie, że gdyby miała coś interesująco pachnącego i za dużego do zjedzenia, to miałaby zajęcie na dłuższy czas, i z tą myślą udałam się do pobliskiego sklepiku zoologicznego.  Jedyną dostępną rzeczą odpowiadającą mojej koncepcji okazała się być suszona tchawica wołowa, około 4 cm średnicy i 40 cm długości, więc ją zakupiłam za jedne 5 zł i bezzwłocznie przedstawiłam Kropce.  Ach, co to było za podniecające wydarzenie!  Rzuciłam to na podłogę, Kropka zbliżyła się jedynie na odległość półtora metra i zaczęła to groźnie obszczekiwać.  Najwyraźniej bała się tego – może dlatego, że wyglądało to trochę jak wąż, który prawdopodobnie jest zakodowany w genach mniejszych zwierząt jako śmiertelne zagrożenie.  Dopiero kiedy ja podeszłam do „węża” i go dotknęłam bez uszczerbku na zdrowiu, Kropka nabrała śmiałości i zbliżyła się, obwąchując z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, bo przecież nie wiadomo, co takiemu wężowi może przyjść do głowy.

Potem już było z górki. Kropka zawładnęła „wężem”, zaczęła go żuć i natychmiast stał się jej najcenniejszym skarbem. Po godzinnych zmaganiach z nową atrakcją, kiedy już się tym porządnie zmęczyła, zaczęła szukać miejsca, w którym dałoby się to schować na zaś.  Stawała przed drzwiami do ogrodu z tchawicą w pysku,  piszczała z podniecenia i domagała się wypuszczenia do ogródka, a potem gdzieś to tak sprytnie chowała, że nie mogłam tego znaleźć, pomimo, że ogródek jest wielkości chusteczki do nosa.  Ona czasami też nie mogła, ale po jakimś czasie jednak odnajdywała swój skarb i z wielką dumą przynosiła do domu.

Następnie zaczęła go zakopywać w domu – w swoim łóżeczku, pod poduszką na kanapie i w rogu kanapy pod podarowanym jej moim sweterkiem.   Porządnie to robiła, zagarniając jakikolwiek dostępny materiał nosem na skarb, ubijając na kupkę, a potem sprawdzając, czy nic nie wystaje.  W ciągu jednego dnia potrafiła trzy razy zmieniać kryjówkę na inną, która pewnie w tym momencie wydała się jej bezpieczniejsza.  Tchawica robiła się coraz krótsza, bo od czasu do czasu ją wygrzebywała i zawzięcie żuła, ale zawsze potem chowała ją na nowo.  Jej zachowanie tłumaczę sobie naturalną u wielu zwierząt potrzebą zapewnienia sobie pożywienia na później, bo inaczej zagrzebywałaby też inne zabawki.

cdn

Życie z Kropką – cz.1.

Trzeba zacząć pisać memoir o życiu z Kropką.  Decyzję te podjęłam nie bez pewnych oporów, bo wiem jak łatwo zanudzić innych opowiadaniem o tym, co właśnie zawładnęło Twoim życiem, jeżeli oni też przez to akurat nie przechodzą.  Jednak doszłam do wniosku, że skoro nikogo nie zmuszam do czytania, to mogę pisać tak po prostu dla siebie, żeby zapamiętać, a jeśli trafią się równolegle doświadczające osoby, to może powezmą z moich wpisów otuchę, że nie są sami w swoich zmaganiach.

Przy moich poprzednich psach tego nie zrobiłam i bardzo żałuję – tyle wspaniałych chwil zatraconych na zawsze w starczej niepamięci, które teraz może mogłabym przeżyć jeszcze raz.  A było co pamiętać: nastanie wielkiego, krnąbrnego, odważnego i wojowniczego szczeniaka, jego szczenięce ale bardzo skuteczne dewastowanie naszego domu, w tym obgryzanie ścian, przegryzanie kabli elektrycznych, niszczenie butów (oczywiście tylko po jednym z każdej pary) i tym podobne kosztowne, ale jakże słodkie wybryki.  Kiedy dołączyła do niego 2,5-roczna dominująca suka ze schroniska, przestał szaleć i skupił się całkowicie na podporządkowaniu się jej woli, bo na dzień dobry pocięła mu pysk jak żyletką.  Jednak po tym wszystkim bardzo się pokochały, przynajmniej on ją, bo ona sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała się go pozbyć.  Niemniej żyły w zgodzie przez bardzo długie lata i kiedy w 2013 roku ona odeszła tam, gdzie psy odchodzą po śmierci, on bardzo to przeżył i bardzo tęsknił za swoją nieodłączną towarzyszką od 11-tu lat.  Sam odszedł miesiąc temu, w sędziwym wieku 15-tu lat, co na nasze, z poprawkami na rozmiar psa, daje około100 lat.

Zatem będzie o Kropce.  Po spokojnie przespanej pierwszej nocy Kropka obudziła się w piątek zaprzyjaźniona z ze swoim nowym domem i z nami, i przepełniona energią życia, pod którym to delikatnym określeniem rozumiem daleko posunięte ADHD.

Większość dnia upłynęła na wyprowadzaniu Kropki do ogródka co godzinę, żeby się załatwiła, i sowitym chwaleniu za każde przypadkowe nasikanie czy kupkę na zewnątrz. Były przy tym pewne utrudnienia, bo okazało się, że jest na tyle mała, żeby przecisnąć się przez szczeble bramy wiaty czy ogrodzenie tarasu, z których to miejsc mogłaby przedostać się na ulicę, więc wyprowadzałam ją na smyczy i bez zwłoki zajęłam się uszczelnianiem ogrodzenia.  Dość szybko udało mi się ustawić prowizoryczne bariery ze znalezionych w piwnicy materiałów, ale niestety okazały się być nieodporne na wiatr, co moment trzeba było je stawiać na nowo, więc postanowiłam jak najszybciej zakupić siatkę i skonstruować porządne bariery, ale póki co trzeba było sobie jakoś radzić.

W wyniku moich usilnych starań, w drugi dzień pobytu Kropka ani raz nie załatwiła się w domu.  Następnej nocy to owszem, ale trudno, tylu godzin 3-miesięczny szczeniak nie da rady wytrzymać.

Następnego dnia musiałam jechać na wieś do Mamy i oczywiście ją wziąć ze sobą.  Używamy tam jako mieszkania odbudowanego po zawaleniu pod nawałem śniegu strychu w oborze, w której kiedyś na dole trzymało się świnie i kury, a teraz składuje się rowery, meble ogrodowe i wszelkie rupiecie, które jeszcze mogą się kiedyś przydać.. Na strych oczywiście wchodzi się po schodach i stojąc na samym dole, Kropka przeraziła się ich ogromem: każdy stopień był wyższy niż ona sama, a szczyt schodów sięgał prawie do nieba.  Musiałam ją wnieść po tych schodach, ale tam już ciekawość wzięła górę i suczka zaczęła dzielnie zwiedzać nowe miejsce. Przezornie zabrałam z domu poduszkę i zabawkę, z którymi była już zaznajomiona, i jak tylko włożyłam je do wypranego łóżeczka po moim staruszku, Kropka zaakceptowała je jako swoje.  Łóżeczko było około 10 rozmiarów za duże, ale po umieszczeniu w nim poduszki i okoleniu wałkiem z kocyka zrobiło się całkiem przytulne i chętnie w nim leżała i znosiła do niego swoje zabawki oraz inne zdobycze, np. moje kapcie, majtki męża, skarpetki, kawałki drewna i papieru z kosza na rozpałkę do kozy i w ogóle wszystko co udało się jej złapać w zęby.

Gorzej było z czystością, bo w nowym miejscu, do którego przybyła po zaledwie dwóch dniach pobytu u nas, malutka była bardzo zdezorientowana i całą naukę trzeba było zacząć od nowa.  To chyba jest trochę tak, jak uczenie 3 – 4-roletniego dziecka dwóch języków na raz: początkowo spowalnia to rozwój, ale po niedługim czasie dziecko sobie wszystko poukłada i da radę to ogarnąć, a nawet staje się przez to bystrzejsze.

Mam wrażenie, że suka jest pojętna, obserwuje mnie bardzo uważnie i wsłuchuje się w mój głos, ale na razie nie potrafi utrzymać koncentracji przez dłużej niż 10 sekund, co odrobinę utrudnia naukę.  Ja się jednak nie poddaję i cały czas próbuję.

Wzięłam tę młodziutką sunię, bo, po pierwsze, nie mogłam już znieść bólu po utracie mojego poprzedniego przyjaciela, po drugie podbiła ona moje zrozpaczone serce swoją bezradnością i łaknieniem człowieka, a po trzecie, przez te 15 lat odkąd miałam szczenię, zdążyłam zapomnieć jak to jest  z takim małym i ruchliwym stworzeniem w domu.  Niech ten wpis będzie przestrogą dla ludzi dobrego serca, którzy decydują się przygarnąć urocze i słodkie maleństwo: muszą się najpierw zastanowić, czy starczy im energii i cierpliwości, aby znieść co najmniej dwa – trzy miesiące ciężkiej aczkolwiek miłej sercu pracy wychowawczej.  Takie szczenię kocha się od pierwszego wejrzenia, ale trzeba się jeszcze urobić po łokcie zanim z tego będą ludzie.

Wycieczka do Grecji – cz.4

Dotarłszy , po stromej wspinaczce, do starego miasta czyli Ano Poli, odkryliśmy, że zostało z niego tylko trochę murów

 oraz baszta, zresztą zamknięta.

Nie wiem dokładnie, z jakiego okresu były  – rzymskie na pewno nie, może bizancyjskie albo ottomańskie.   Ja się na tym zupełnie nie znam, a żadnych oświecających napisów niestety nie było, więc oświecić się na miejscu nie dało.  Ten brak informacji dla niedouczonych lecz chętnych wiedzy turystów okazał się być normą, rzadko który zabytek był opisany, a było ich sporo. To sprawiło, że dwa dni później poczuliśmy, jak dla nas niezwykłą, potrzebę zwiedzania muzeów, ale o tym później.  Za to widoki  z góry na dolne miasto były nieocenione.

Otoczenie starych murów i baszty   stanowiły dużo późniejsze domy mieszkalne i restauracje nastawione głównie na turystów, w których, owszem, oferowano greckie dania, ale z frytkami i ketchupem.

Nastała pora obiadowa i kawałek niżej udało nam się znaleźć  restaurację, która wyglądała nieco mniej turystycznie niż te na samej górze.  Zjedliśmy bardzo przyzwoity obiad, złożony z souflaki,  sałatek i produktów ze świetnie przyprawionego mielonego mięsa, sprzedawanych jako kulki, ale uformowanych na kształt kiełbasek.  Tu należy zanotować, że dania opisane w angielskim menu jako sałatka mogą zaskakiwać:  np., zaliczają się do nich tzatziki – sos jogurtowo-ogórkowy, kromki sera Feta  czy skordalia – grecki sos czosnkowy z dodatkiem zmielonych ziemniaków.

Po obiadku zaczęliśmy schodzić w dół, wypatrując klasztoru, którego przedziwną fasadę zauważyliśmy w drodze na górę – wyglądała jak stara budowla nadbudowana betonem, takim z polskich lat 60-tych, i bardzo nas to zaciekawiło, ale wewnątrz już tego nie znaleźliśmy, więc ta nadbudowa musiała być na zewnętrznym murze.

Znaleźliśmy miejsce bez trudu i w nim kilka niespodzianek. Obiekt składał się z kilku bizancyjskich budynków

i kilku dużo późniejszych,   i nadal funkcjonował jako klasztor – nawet udało nam się zoczyć prawdziwego mnicha, udającego się pospiesznie w stronę jednego z nowszych budynków, ale najwyraźniej nikt już na modlitwy nie bił w dzwony, bo zostały one przerobione na lampy.

Pod murem jednego budynku wystawione były rzymskie wykopaliska, np. głowice kolumn lub  kawałki gzymsów.  Calość otoczona była starym murem, zza którego można było zerknąć tu i ówdzie, pomiędzy wysokimi krzewami, na panoramę miasta poniżej.  Mury nowszych budowli udekorowane były symbolami, których znaczenie nie do końca rozumiałam, ale i tak były estetycznie satysfakcjonujące.

Oprócz starych budynków, wykończonych różowawym tynkiem z wlepionymi poziomo i na płasko zielonymi kamieniami i czerwonymi cegłami, co zresztą napotkaliśmy w wielu starożytnych budowlach w Salonikach, była niespodzianka: olbrzymia klatka, czy raczej zagroda, z przepięknymi, bardzo dorodnymi,  pawiami.

Samców naliczyłam co najmniej 14, a były też liczne samice.  Był wśród nich również obcy: cietrzew, który zapewne dostał się tam przypadkowo z klatki cietrzewi, znajdującej się trochę poniżej na tym samym stoku.  Od czasu do czasu jakiś samiec miał do niego pretensje, ale ogólnie pawie go ignorowały, co było dla niego zbawienne, bo był dużo od nich mniejszy i nie miałby żadnych szans w jakimkolwiek agresywnym starciu.  Zastanawiałam się nawet, czy o jego obecności  w pawiej zagrodzie nie donieść obsłudze, ale doszłam do wniosku, że sami to zauważą, choćby podczas karmienia.

Po wizycie w klasztorze zaczęliśmy schodzić w dół, w stronę morza i naszego hotelu.  Uliczki były wąskie i bardzo kręte, otoczone domostwami z piękną, śródziemnomorską roślinością na balkonach i tarasach.  Od czasu do czasu napotykaliśmy strome schody, które stanowiły skrót do uliczki poniżej.  Skrót oczywiście tylko pieszy, chociaż kto wie, w jakimś bardzo sławnym filmie amerykańskim, którego tytuł mi zupełnie umknął, gonili się samochodami po schodach. Po drodze odkryliśmy, że górne miasto jest pełne dziko żyjących kotów i psów. 

Mieszkańcy najwyraźniej nie mieli do nich żadnych wstrętów, bo dowody ich dokarmiania były powszechne.

 Odniosłam wrażenie, że w górnym mieście było więcej kotów, a w dolnym psów, ale głowy nie dam.  To jest cała Grecja: w sterylnej Anglii coś takiego nie mogłoby zaistnieć, bo natychmiast odezwałyby się silne protesty na temat higieny i zdrowia;  tam nawet dokarmianie miejskich gołębi jest źle widziane, bo one mogą roznosić choroby.

Schodziło się fajnie, bo co chwilę trafiało się na jakiś uroczy zaułek albo na niespodziewaną panoramę miasta, ale nie polecałabym tego w butach na obcasach, bo stromo.  Zdumiewał mnie fakt, że na niektórych uliczkach był przystanek autobusowy – nie mam pojęcia, jak one sobie tam dają radę.

Schodząc coraz niżej natrafiliśmy na kilka mniej lub więcej zaniebanych świątyń, a wśród nich na ottomański kościół w bardzo nieciekawym stanie, otoczony ściśle blokami mieszkalnymi z lat 50-tych do 70-tych, tak, że jego nagłe pojawienie się przed naszymi oczami było zaskoczeniem.  Taka sytuacja jest nagminna w Salonikach i może trudno się dziwić, bo pozostałości z 3000-letniej cywilizacji są na każdym kroku i gdyby je wydzielać w osobne skanseny, to nie byłoby gdzie budować mieszkań.  Przeznaczenie całego obszaru miasta na muzeum też by nic nie dało, bo przypuszczam, że cały region jest taki, więc oznaczałoby to kompletną rezygnację z zamieszkania tych stron. W tym temacie chyba najbardziej zaszokował mnie widok bizantyjskiego lub może ottomańskiego budynku, do którego po obu stronach przyklejono nowoczesne budynki – czegoś podobnego na pewno w Anglii, a może też i w Polsce, nie uświadczysz.

Po tym pełnym kulturowych wrażeń dniu, przed spoczęciem w hotelu, odwiedziliśmy mały bar na pobliskiej, niespecjalnie urokliwej ale całkowicie tubylczej ulicy, wybrany z powodu niepokaźnego i niekrępującego  wyglądu. Miał dwa stoliki na zewnątrz, więc, ponieważ było ciepło i słonecznie, usiedliśmy przy jednym z nich i zamówiliśmy piwo.  Po chwili mąż uznał, że ciekawiej może być wewnątrz, więc zdecydowaliśmy się tam przenieść.  Na drzwiach wejściowych widniał obowiązujący w UE zakaz palenia, ale zauważyłam wewnątrz palących  i popielniczki.  Na wszelki wypadek grzecznie zapytałam młodą i piękną kelnerkę (chyba Greczynkę), czy w środku można palić.  Jej odpowiedź brzmiała:  „Ależ oczywiście, przecież jesteśmy w Grecji!”  To potwierdziło moje domysły, sprowokowane wcześniejszymi i późniejszymi spostrzeżeniami, że w Grecji Unia rządzi, ale tylko jeżeli to rządzenie nie wchodzi w drogę utartym zwyczajom. W ogóle podejrzewam, że panuje tam bardzo bezstresowa filizofia laissez-faire – niestety nie znam odpowiednika w języku greckim i nawet nie wiem czy takowy istnieje, ale francuski oddaje to świetnie.

Wystrój wnętrza baru był bardzo kolorowy i, delikatnie mówiąc, raczej eklektyczny, czyli na chłopski rozum pomieszanie z pomyleniem, ale efekt ogólny był ciepły i przyjazny.  Na jednej ścianie widniało coś na kształt dużego okna zabudowanego cegłą, na pozostałych były obrazki różnych prowenansji.  Jeden z nich, wiszący obok naszego stolika, przykuł moją uwagę, reprezentował on bowiem przedziwne połączenie kulturowych symboli.  Był  na nim wizerunek mojego ukochanego Citroena 2CV6, symbolu francuskiej inwencji, który pozował przed barem nazwanym Murphys Pub, czyli tak irlandzkim jak to możliwe.  Na dodatek obok zdjęcia, trochę je przesłaniając,  była upięta zasłona ze  szkockim tartanem. Przypuszczam, że ten ciekawy efekt był zamierzony.

Po przeciwnej stronie uliczki było coś, co wyglądało na zamknięty sklep z intrygującym szyldem:  Ciekawe co tam sprzedawano, żałuję, że nie wróciłam to sprawdzić.

Requiem dla mojej suki – część II, Zycie

Suka miała ciężkie życie, chociaż mam nadzieję, że ostatnie 11 lat u nas jej to trochę wynagrodziło.  Przyszła na świat jako jedna z miotu 9-ciu szczeniąt w wyniku mezanliansu matki, rodowodowego wilczura, z jakimś przygodnym collie.  Szczenięta zostały uratowane od zagłady przez właścicielkę przytułka dla psów, panią psychlog od psów,  która zresztą zatrzymała sobie dwa z nich, stopniowo  rozparcelowując pozostałe i profesjonalnie wytrenowane szczeniaki do indywidualnych domów.

Moja suka nie miała szczęścia: najpierw trafiła do domu gdzie, mimo wyraźnych instrukcji, karmiono ją nieprawiodłowo.  Kiedy zaczęła mieć rozwolnienie i brudzić w domu, wygnano ją do ogrodu.  Suka bardzo cierpiała z tego powodu, bo potrzebowała być blisko ludzi.  Pani psycholog w końcu zabrała ją z tego domu i suka wróciła do przytułka.

Jej następnym domem był pub (rzecz dzieje sie w Anglii), w którym rezydowały już dwa spaniele.  Wszystko było dobrze, dopóki do domu nie sprowadziła się matka właściciela z 14-to letnią suką, foksterierem.  Suki się natychmiast serdecznie znienawidziły i, kiedy właściciele bezmyślnie zostawili wszyskie psy razem w ogrodzie i wyjechali na 5 godzin, po powrocie zastali trupa foksterierki, najoczywiściej zagryzionej przez psa.  Sprawczynią najprawdopodobniej była suka.

Wróciła więc do przytułka i jego klatek (w których chyba musiała gryźć cement lub metalowe kraty, bo przednie zęby miała starte).  W momencie kiedy jej zdjęcie znalazłam w Internecie, w trakcie poszukiwań towarzyszki dla mojego bardzo młodego labradora, którego zapotrzebowanie na osobistą uwagę przerastało moje możliwości, przytułek się likwidował z powodu braku środków i suka była ostatnim psem do wydania.  Napisałam do przytułka, następnie porozmawiałam szczerze z panią psycholog przez telefon  i zostałam zaproszona na próbę.  Próba wypadła świetnie:  mój 7-mio miesięczny labrador czytał sukę jak książkę i dostosowywał się do jej dominacji, a suka go tolerowała.

No więc zdecydowałam się ją wziąć.  Miała 2 lata i była kompletnie skopana psychicznie.  Z natury spięta, dozgonnie wierna i bojaźliwa (wilczurze cechy), wiele ucierpiała przez przykre doświadczenia w poprzednich domach i powroty do przytułka, a jeszcze na dodatek metoda zastosowana do jej szkolenia spowodowała, że suka histerycznie reagowała na metaliczne kliknięcia, np. takie, jak przy zatrzaskiwaniu kółek segregatora oraz na wysokie tony, takie jak np. odgłos korka wyciąganego z butelki wina.  Po kilku latach te problemy w końcu minęły.

Wzięłam ją wraz z całą listą instrukcji:

1) po przywiezieniu do domu, wpuścić ją pierwszą;

2) przez pierwszy miesiąc nie dawać zabawek obu psom na raz, bo ona za zabawkę może psa pogryźć;

3) karmić wyłącznie suchą karmą dobrej jakości (pani psycholog zaaprobowała IAMS);

4) nie pozwalać na kontakt z 2 – 3 letnimi maluchami, bo ich piski mogą sprowokować ją do ataku;

5) przez pierwszy miesiąc nie spuszczać ze smyczy na spacerze, żeby nie uciekła.

Trochę to wszystko brzmiało przerażająco, ale po przedyskutowaniu szczegółów z panią psycholog doszłyśmy do wniosku, że adopcja się uda i nie myliłyśmy się.  Wzięłam ją do samochodu i posadziłam na przednim siedzeniu pasażera, a mąż siedział z tyłu z młodym, który przez całą  drogę usiłował sprawdzić, co suka robi z przodu, podczas gdy ona go kompletnie ignorowała. Już na pierwszym postoju okazało się, że suka uznała samochód za swoje terytorium i zaciekłym szczekaniem broniła go przed potencjalnymi intruzami, którymi mogli byli się okazać ludzie przechodzący obok.  Po dotarciu na miejsce, instrukcji punkt 1 wykonałam, ale i tak na początek trochę pocięła psu pysk, tak profilaktycznie, żeby nie miał wątpliwości, kto tu rządzi. I nie miał: przez pierwszy tydzień nie miałam z nim kontaktu, liczyła się tylko ona, ale potem treningiem odzyskałam kontrolę nad nim.

Punkty 2 i 3 zastosowałam dokładnie, a punkt 4 nie sprawił trudności, bo ani w rodzinie ani wśród bliskich znajomych akurat takich maluchów nie było.  Na wszelki wypadek od samego początku zastosowałam aparthaid: zakupiłam bramki dla psów (takie jak dla maluchów, tylko większe) i wprowadziłam system rozdzielania ich na noc i na każdą naszą nieobecność.  Młody zostawał bezpiecznie za bramką w tylnej części kuchni, a suka w przedniej, żeby nie mogły się pogryźć, bo nigdy nie miałam do niej pełnego zaufania pod tym względem.

Co do punktu 5, to nie było takiej potrzeby.  Suka nie miała najmniejszego zamiaru uciekać, trzymała się mnie jak rzep psiego ogona i nie odchodziła dalej niż na metr. Co więcej, nie chciała sama wychodzić do ogrodu, ze strachu, że zamknę drzwi i już jej więcej nie wpuszczę do domu – minął chyba rok, zanim jej to przeszło.

Na początek musiałam ją wysterylizować, bo pies był jeszcze wtedy kompletny.  Myślałam, że się na mnie za to obrazi, ale nic podobnego.  Mijały lata i suka powoli zaczęła wierzyć, że ma stabilny dom i kochającą rodzinę.  Zrobiła się weselsza i zaczęła się bawić z psem, czasami nawet zalotnie.  Miło było patrzeć na jej radość z nowego życia i na powrót pewności siebie, które sowicie wynagrodziły wszelkie początkowe trudności.

Jeżeli chodzi o inteligencję, to uważam, że suka miała jej mniej niż pies.  Była świetna w obserwacji, ale mechaniczna w działaniach, podczas gdy pies był powolny, ale myślący. Znała wszystkie nasze rutyny, np. gdy szła ze mną do klozetu, to wychodziła w momencie kiedy brałam do ręki papier toaletowy, bo wiedziała, że to koniec tej procedury.

Zawsze leżała na wejściu do mojego gabinetu, bo uważała, że musi mnie pilnować.  Pies, który wolał być bliżej mnie i kładł się pod moim biurkiem, często miał kłopoty z wyjściem z pokoju, bo ona nieustępliwie zagradzała mu drogę, i musiałam ją prosić, żeby go przepuściła, bo gdyby sam próbował ją przeskoczyć, to dostałby po ryju.

Nigdy nie upominała się o jedzenie, nie jak pies, który dokładnie o 9-tej rano i 5-tej po południu (pory karmienia) napadał mnie przy komputerze, drapiąc łapami i ogólnie się naprzykrzając.  Suka miała swoje zasady.

Najgorsza dla niej była rozłąka. Nie potrzebowała mnie dotykać, ale musiała mnie widzieć.

Pod koniec życia miała kłopoty z żołądkiem, ale najbardziej z biodrami i tylnymi nogami, co jest typowe dla wilczurów.  Coraz gorzej chodziła, nie dawała rady wskakiwać do samochodu i w żaden sposób nie chciała używać trapu, pieczołowicie  skonstruowanego dla niej przez naszego przyjaciela.  Ze schodami dawała sobie jeszcze jakoś radę, ale do samochodu trzeba było ją wsadzać, co, zważając na cotygodniowe podróże, zaczęło być problemem, bo my też nie młodzi.  Coraz gorzej było też z jedzeniem.  Najpierw przestała jeść suchą karmę, więc zaczęłam gotować zupy z kury i jarzyn, które przez kilka miesięcy chętnie konsumowała, ale potem jej przeszło. Normalne suche też jej przestało smakować, więc kupowałam wszelkie inne, ale też na nic.  Po którymś epizodzie rozwolnienia zaczęłam jej gotować ryż z kurczakiem, ale to też na niewiele się zdało, bo po prostu nie chciała jeść.  Wychodziłam z siebie, żeby jej jakoś pomóc, ale natura robiła swoje i 13-letnia suka po prostu się kończyła.

W końcu nadszedł kryzys (opisany w części I) i koniec.

Moja suka

Biedna moja suka, staruszka, ma już 13 lat, a na ludzkie to jest razy 7, czyli 91.   Ma się jeszcze względnie dobrze, ale wysiadają jej tylne nogi, co pewnie odziedziczyła po matce,  owczarku niemieckim z rodowodem.

Wzięłam ją ostatnio do psiego fryzjera, bo miała straszne kołtuny  pod brzuchem, między tylnymi nogami i na zadzie, i, sądząc po widocznych oznakach, zaczynało być niehigienicznie. Fryzjerka wycięła jej wszystkie kołtuny i wyczesała, co tylko się dało, ale niestety tył trzeba było ogolić.  Suka wygląda teraz jak Smart car – bez tyłu!

Refleklsja: fajnie jest mieć psy, ale ich starość nadchodzi szybko i jest uciążliwa i trzeba o tym wiedzieć.  Już niejednego psa żegnałam, kiedy był tak  schorowany, że jedynym wyjściem było uśpienie w celu zaoszczędzenia cierpienia, czyli eutanazja.  Z psami na szczęście  tak można, ale z ludźmi niestety nie.

Mam nadzieję, że suce jeszcze do tego daleko, ale jak na prawdę będzie trzeba, to ją dam uśpić bez żadnych wstrętów.

Pieskie życie

Taka scenka:

Właśnie podałam psom śniadanie i siedzę sobie na kibelku, jak co rano,  tym razem w wiejskim miejscu zamieszkania.  Drzwi otwarte, bo po co się zamykać przed psami.

I obserwuję taką scenkę:  pies, jak zwykle, zjadł szybciej i teraz czyha na jedzenie suki, ale musi czekać, aż ona odejdzie od miski.  Ona je powoli; wypadły jej z miski dwa krokieciki, jeden pod lewą przednią łapę, a drugi po prawą tylną.   On w niesamowitym napięciu krokieciki obserwuje, ale nie śmie ich porwać, bo ona może go za to pogryźć, więc czeka.  Stoi tuż za nią, obwąchuje jej grzbiet, ale udaje, że krokiecików wcale nie zauważył.

Ojej, odkryła krokiecik pod lewą przednią łapą i skonsumowała! No to przepadł, ale jeszcze jest szansa na ten drugi, więc warto wytrwać na posterunku.  Tak, opłaciło się!  Odeszła i zostawiła, marzenie spełnione i krokiecik połknięty!

Pieske życie.

Frustrujacy dzień

Drogi pamiętniku!

Może nic wielkiego się dzisiaj nie stało, ale jakoś czuję się przygnębiona i bezradna, i brak efektywności w podjętych zadaniach  kompletnie mnie zfrustował (sfustrował?) Boże, jaki ten polski język jest trudny!  Niniejszym oficjalnie udzielam mężowi wybaczenia za to, że przez 50 lat nie może się go porządnie nauczyć, zwłaszcza, że najprawdopodobniej cierpi na jakiś rodzaj dysleksjii.

Kiedyś prowadziłam zajęcia z tematu zwanego w Anglii „Remedial English” , czyli zaradczy lub naprawczy angielski, z grupką 4 studentów studiujących technologię zwierząt.  Dwoje było, skądinnąd bardzo uzdolnionymi, dyslektykami, dla których angielski był językiem macierzystym, a pozostali  dwaj byli przedstawicielami  małego państewka w Afryce, którzy po prostu nie znali angielskiego na tyle, żeby podołać na studiach. Przygotowując się bardzo sumiennie do tej pracy  pobieżnie przestudiowałam dysleksję, ale nie do tego stopnia, żeby odróżniać jej odmiany, a do nauczania angielskiego jako języka obcego nie musiałam sią specjalnie przygotowywać, bo miałam to na studiach.  Muszę się pochwalić, że osiągnęłam sukces z tym dwojgiem dyslektyków, którzy zdali egzaminy na koniec roku dużo lepiej niż uprzednio,o czym poinformowała mnie ich wykładowczyni.  Nie wiem jak poszło Afrykanom – pewnie nie najlepiej; chyba nie zdołałam ich nauczyć dość angielskiego przez dwa semestry, bo braki były zastraszające.  Ale dysleksji męża i tak nie potrafię zdiagnozować!

Wracając do tematu, dziś rano  o 9.30 zadzwonił mój angielski telefon, ale nie słyszałam, bo twardo spałam po długim posiedzeniu poprzedniego wieczora (praca oczywiście).  Był to telefon od obsługi technicznej naszej bazy danych, gdzie zgłosiłam wczoraj późnym wieczorem problem z ich aplikacją, który nie pozwolił mi pracować poprzedniego dnia.  Trzy razy oddzwaniałam do nich dzisiaj, z Polski do Anglii, ale mój konsultant albo był nieobecny albo akurat rozmawiał z innym klientem.  Mimo zostawionych przeze mnie trzech wiadomości, konsultant nie zadzwonił, więc dalej nie mogę pracować!  Sprawa jest pilna, bo od tej mojej pracy zależy bardzo wiele rzeczy, które mają wpływ na finanse naszej firmy, więc frustracja! Pracować na bazie danych mogę tylko, kiedy nikt jej w biurze nie używa, więc wieczorami lub w weekendy, a brak odpowiedzi dzisiaj oznacza, że będzie to możliwe dopiero w przyszłym tygodniu, a tu ziemia mi się pali pod nogami!  Czekanie na ważny telefon jest okropnie paraliżujące i tego właśnie dzisiaj doznawałam.

Potem zadzwoniła z obcych krajów moja sąsiadka na  pół etatu, z zupełnie nieuzasadnionymi zastrzeżeniami do czegoś tam, więc musiałam się, niezasłużenie, przed nią tłumaczyć, co nie miało zbyt dobrego wpływu na moje samopoczucie.

Następnie zmobilizowałam się do wykonania telefonu,od którego w żaden sposób nie mogłam się wykręcić i, zgodnie z moimi przewidywaniami, był on długi i rozciągły .

Miłą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Gdy wyszłam na zewnątrz, przed furtką stał bardzo poirytowany  facet, w wieku ok. 40 – 45 lat, który, niemalże ze łzami w oczach,  zaczął na mnie wrzeszczeć, że moje psy za dużo i za głośno  szczekają, że on ma umysłowo chore dziecko, które na odgłosy psów nerwowo reaguje i krewnego, co to musi wstawać do pracy o 3-ciej rano na potem śpi w ciągu dnia.  Fakt, wycie dziecka słyszałam często i nie potrafiłam rozpoznać, czy to zwierz czy człek  (ale nie będę z tego powodu narzekać, choć wycie jest strasznie bulwersujące).  Udało mi się go uspokoić, mówiąc, że skoro teraz wiem o co chodzi, to postaram się powstrzymywać psy  od nadmiernego szczekania. N.B. Inna sąsiadka w tym samym  domu co ten sąsiad cieszy się ze szczekania moich psów, bo uważa, że to odstrasza potencjalnych włamywaczy.   Ona też ma psa, ale maciupciego i starego, którego szczekania prawie nie słychać.

A na koniec tego pięknego dnia dobiła mnie pogoda. Po wczorajszym 27-mio stopniowym upale zrobiło się znowu zimno i, kiedy chciałam się zrelaksować po tych wszystkich frustracjach i wyszłam do ogródka, żeby dalej w nim działać, bo czas nagli, to po 15-tu minutach wygnał mnie stamtąd paskudny ziąb, taki, że mi paluszki martwiały (co prawda, one martwieją pod byle pozorem, bo krążenie mam fatalne).

Nie ma „letko”!

Zima na wsi

Nie pisałam, bo od soboty jestem na wsi, gdzie na laptopie nie mam polskich liter i jeżeli takowych chcę używac, to muszę okupowac komputer siostrze, powstrzymując ją tym od zaliczania pasjansów (w czym jest bardzo dobra) i wymieniania na bieżąco uwag przez Gadu-Gadu z naszą wspólną przyjaciółką, którą los rzucił o dobre 600 km od nas. Nie pisałam też z powodu innych zajęc, w tym przedświątecznych zakupów i pichcenia potraw z wyprzedzeniem, np. pasztetu ardeńskiego czy nadziewanych piersi kurczaka do podania w plasterkach na zimno , żeby je potem zamrozic i w odpowiednim momencie wyjąc do  konsumpcji.  Całych tych świątecznych przygotowań możnaby swobodnie dokonac,  zaczynając od zakupów w czwartek, ale zauważam, że im jestem starsza, tym bardziej potrzebuję być gotowa „na zaś”.

A na wsi śnieg sobie dalej zalega, nie bacząc na silne słońce, które od kilku dni z nim walczy. Biedne są powracające z zimowisk ptaki, takie jak np. żurawie, których przeloty nad lasem o zachodzie słońca obserwuję już od trzech dni , bo co one będą jeść, jak wszystko jeszcze pod śniegiem?  Biedne też sarny i jelenie; przemierzają o zmierzchu okoliczne pola po rzepaku w poszukiwaniu jadalnej zieleniny, ale trudno im ją znaleźć po grubą pokrywą śniegu, i, mimo regularnego dokarmiania przez leśniczego, co zimę słabsze sztuki padają z głodu, tak jak ta sarenka, która dotarłszy pod bramę sąsiada zeszłej zimy, zakończyła pod nią walkę o byt z powodu braku sił.  Nasz zaprzyjaźniony leśniczy dostarczył nam siano i kukurydzę dla saren, ale na razie nie znalazły tego, co przedwczoraj  im wyniosłam na pole, co nie było łatwe w tym kopnym śniegu.  Od kilku dni widuję w pobliżu stadko sarenek, a dziś widziałam chyba koziołka (bo był sam i trochę większy), który długo chodził i grzebał kopytem w śniegu, zanim znalazł coś do zjedzenia.

Wczoraj, jak zwykle,  około piątej po południu nakarmiłam mojego psa i sukę i potem wypuściłam je na zewnątrz.  Jak tylko wystrzeliły z impetem z obory, w której z nimi tutaj mieszkam, pies zoczył stadko saren i, ponieważ niczego takiego w życiu przedtem nie doświadczył (bo w Londynie nie było), zaczął je obszczekiwac, czym one, oczywiście, zupełnie się nie przejęły. Szybko zmęczyło mnie to szczekanie, więc otworzyłam okno i kazałam mu przestac.  Owszem, przestał i przeniósł się do sadu.  Odetchnęłam z ulgą, ale nie na długo, bo zaraz z sadu doszło mnie znowu jego szczekanie i po tonie jego głosu wiedziałam od razu, że to na zwierzęta.  Wyglądnęłam przez okno po przeciwległej stronie obory, a tam, na polu po drugiej stronie szosy, piękne stadko jeleni, może 12 – 13 sztuk, i to o nie właśnie mu chodziło. Tym razem wyszłam do niego, żeby go uspokoic i udało się, ale od razu wrócił ze mną do obory, więc nie jestem pewna, czy przez tę dziką zwierzynę zdążył załatwic co trzeba – chyba jednak zdążył, bo potem w mieszkaniu nie  było żadnych niepożądanych wydarzeń.  A suka przez cały ten czas chodziła sobie po obejściu jak zwykle,  nie bacząc na jego histerię – może jest zwyczajna jego dziecińskiego zachowania, albo ma po prostu słabszy wzrok?

Nie chciałam mieć dzieci, ale chciałam mieć psy

Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale zawsze chciałam mieć psy.

Nie wszyscy pojmują, że można nie chcieć. Np. taksówkarz rodem z Afganistanu, który ostatnio wiózł mnie z Londynu na lotnisko w Luton, zapytał czy mam dzieci, a jak się dowiedział, że nie, to się zmarwił i założył, że nie miałam, bo nie mogłam, i pytał, czy nie dało się adoptować.

Nie chciałam, bo nigdy nie odkryłam sensownego powodu, żeby je mieć.  Uważałam, że trzeba mieć świadomy powód, a takiego nie miałam. Nie to, żebym nie miała uczuć macierzyńskich: mam je, tak jak inne kobiety, ale w pełni zaspokaja je mój mąż, który jest niedopieszczonym dzieckiem, stale wymagającym matczynej opieki, więc nigdy nie odczułam braku potomstwa.  Czy to takie naganne?

Zawsze chciałam mieć psy. Wychowałam się w domu gdzie zawsze był pies (właściwie kilka psów po kolei, bo jedne odchodziły, a następne zajmowały ich miejsce) i chwilami też koty.  Zwierzęta te stanowiły ważną część rodziny, bo kochaliśmy je jak rodzeństwo i dawały nam wiele bardzo szczęśliwych chwil, nie mówiąc już o ich terapeutycznym i edukacyjnym wpływie na nasze (dzieci) wychowanie.  Pamiętam, jak w szkole podstawowej oddałam kiedyś do oceny wypracowanie z ogromnym kleksem na środku pierwszej strony, spowodowanym przez kota, który mi się akurat na zeszycie położył, rozlewając atrament.  Niestety pani nauczycielka nie uznała takiej wymówki i dostałam stopień niedostateczny, ale to nic, dla kota trzeba było to przeboleć.

Przez długie lata pacy zawodowej w Anglii nie brałam psa, bo musiałby biedny całymi dniami siedzieć sam w domu.  Wyjeżdżałam do pracy o 7-mej rano i wracałam ok. 6-tej lub 7-mej wieczorem, więc co to za życie dla potrzebującego towarzystwa psa? Kiedy w końcu przeszłam na pracę w domu, przenosząc się z instytucji państwowej do prywatnej firmy, która w pełni doceniła moją obowiązkowość i uczciwość  i nie miała żadnych wątpliwości co do tego, czy rzetelnie dla niej pracuję, postanowiłam wziąć mojego pierwszego, własnego psa.

Los tak chciał, że został nim lekko skundlony labrador, który był rezultatem przygody miłosnej bardzo szlachetnej matki z rodowodem z jakimś szalonym collie.  Znalazłam szczeniaka przez Internet i pojechałam do jego siedziby, żeby go zobaczyć.  Siedzibą była farma w północnej Anglii, z końmi i hodowlą czarnych labradorów.  Na dzień-dobry spotkałam jego matkę, niesamowicie przyjazną sukę z wszystkimi cechami rasowych labradorów.  Zaraz potem spotkałam mojego: był ostatnim niekupionym z czwórki szczeniąt i, według zeznań hodowcy, największym, bo inne zabrano wcześniej, a on potem sam wyssał resztę matczynego mleka.  Od razu mi się spodobał, to był pies z charakterem.  Weszłam tam w długim do ziemi sztucznym futrze i on, zamiast się go panicznie bać (jak to wcześniej robiły inne psy)  natychmiast uczepił się rogu mego płaszcza i zaczął nim targać.  To mi się spodobało, widać było, że pies ma jaja.

Kupiłam go od razu, a na odchodnym pani hodowczyni miała okazję pokazać mi jego ojca, który właśnie przebiegał szalonym pędem przez podwórko: był to okazały collie, choć trudno było go dokładnie ocenić w takim tempie.

Wzięłam szczeniaka do domu, co oznaczało prawie 5-cio godzinną podróż samochodem.  Cały czas zachowywał się idealnie, nie płakał, nie bał się, tylko spokojnie spał na przednim siedzeniu, a na postoju trochę pobiegał wokół samochodu na smyczy i chętnie wsiadł z powrotem.  Kompletnie bezstresowy pies!

I tak nastał Wooster.  Imię jest dwojakiego pochodzenia: pies pochodził z okolic miasta Worcester (wymawianego „łuster”), a nazwaliśmy go nazwiskiem postaci Bertie Woostera (też wymawianej „łuster”) z książek jednego z naszych ulubionych pisarzy, P.G. Wodehouse. 

Napiszę jeszcze o nim, bo to jest niesamowity pies: nigdy nie doświadczyłam takiej bezgranicznej i bezkrytycznej (choć czasem upierdliwej) miłości od żadngo żywego stworzenia, ani żadne nie dało mi tylu radosnych chwil!

Z cyklu „Nasze Psy”: Toffi

Toffi, o którego smutnej śmierci pisałam niedawno,  był jednym z najszlachetniejszych  psów w naszej rodzinie, bo był czystym owczarkiem niemieckim, o przepięknej, bardzo rasowej budowie ciała i ubarwieniu, od którego zresztą pochodziło jego imię, bo był czarny od góry i podpalany od dołu. Był pięknym psem, tak pięknym, że zwracał uwagę weterynarzy i  rozkochał mojego bratanka w wilczurach, co spowodowało, że  też sobie podobnego sprawił.

Moja siostra kupiła go  jako 8-mio tygodniowego  szczeniaka od miejscowego hodowcy w małym miasteczku nieopodal zapadłej wsi, na której już od lat mieszka z naszą Mamą.  Pojechałyśmy tam razem i przedstawiono nam kilka szczeniąt przebywających w zagrodzie na zewnątrz. Gdy tylko tam weszłyśmy, wszystkie szczenięta rzuciły sie do nas, oprócz niego – on siedział w kącie i bał się podejść bliżej.  Był ciemniej ubarwiony niż jego rodzeństwo i miał piękne, łagodne, ciemne oczy, w odróżnieniu do pozostałych, które miały źle wróżące żółte.  Od  razu się nam spodobał.  Właścicielka poinformowała nas, że odda go taniej, bo jest niewydarzony i urodził się półtora dnia po całym miocie. Wiedziała, co robi, ale my niedokładnie, jak się potem okazało.

Dokonałyśmy transakcji , wzięłyśmy psa i wsadziłyśmy do samochodu.  Siostra siedziała za kierownicą,  ja obok z Toffim. Był przerażony: objął mnie przednimi łapami za szyję i natychmiast się na mnie posikał.

W domu były już dwa psy Mamy: wielki, skundlony wilczur imieniem Misiek i mała, pudelkowata suczka Zuzia.  Przyjęły go do rodziny bez najmniejszych problemów.

Pierwszym jego doświadczeniem  po przyjeździe do domu była miska z jedzeniem.  Zupełnie nie wiedział, co z tym zrobić i bardzo go to rozśmieszyło, wygłądało na to, że nigdy miski nie widział, więc najpierw trzeba go było karmić z ręki, ale w końcu zorientował się, że z miski też się da zjeść.

Następnie okazało się, że że panicznie boi się smyczy i zupełnie nie da się go do niej przyzwyczaić. Gdy usiłowałyśmy mu  ją założyć, zamierał w bezruchu i sikał pod siebie. Wzięłyśmy go do pani weterynarz, która poradziła zakładanie na początek króciutkiej smyczy, takiego zwisającego z obroży paseczka, a jak już się z nią oswoi, to potem normalnej.  Niestety nie poskutkowało, efekt krótkiej  smyczy bardzo podobny: przy pierwszej próbie uciekł pod drzwi do garażu i tam siedzial w bezruchu parę godzin, aż mu ją zdjęłyśmy.  Moja siostra w końcu uznała, że Toffi jest „dzieckiem specjalnej troski” i chyba miała rację.  Nawet z luźną obrożą miał ciężkie przejścia:  na początku sikał pod siebie kiedy się jej dotknęło, co mu, na szczczęście, potem przeszło, ale nadal wpadał w przerażenie,  kiedy gubił ją w ogrodzie na skutek drapania się, bo wiedział, że będzie się mu ją zakładać na nowo.  Przychodził wtedy do domu z podkulonym ogonem i chował się po kątach.  Toffi zawsze był smutny i przestraszony, nie bawił się zabawkami czy patykami jak inne młode psy i nie szalał po podwórku w napadzie niczym nieuzasadnionej euforii, której doświadczają inne psy, np. jeden z moich.

Pamiętam, jakie miał trudności ze swoimi wielkimi, wilczymi uszami jako szczeniak.  Najpierw próbował układać je na jeden bok lub drugi, albo jedno w przód, drugie w tył, potem składał je w stożek nad głową  albo rozkładał na boki.  W końcu pojął, że uszy mają stać wzwyż na głowie, osobno i elegancko, jak przystało na wilczura. To było słodkie!

Toffi sypiał na strychu,  koło łóżka mojej siostry, dokąd prowadziły strome schody.  Najpierw oczywiście trzeba było go wnosić, bo był za mały, żeby je pokonać, ale nawet jak już uzyskał wystarczające rozmiary, to nadal nie można go było namówić, żeby na nie wszedł, więc siostra go tam wnosiła wieczorem i znosiła każdego dnia rano, aż w końcu zrobił się na to za ciężki i trzeba było coś wymyślić.  Doszłyśmy do wniosku, że boi się prześwitów między stopniami; zakryłyśmy schody jakimś chodnikem i na szczęście to poskutkowało, w końcu się nauczył.

Był psem bardzo kochanym przez domowników oraz gości.  Jeden z naszych przyjaciół nazwał go „studentem”, bo widać było, że pies jest pojętny i stara się zrozumieć otaczający go świat – to było widać po jego inteligentnych oczach i skupionej uwadze i przekręcaniu głowy to w lewo to w prawo, kiedy się do niego mówiło.  Najwięcej jednak uczył się nie od ludzi, ale od Miśka.  Ten kilka razy wyprowadził Toffiego w pole (dosłownie), pewnie za sukami, potem najczęściej sam wracał do domu, zostawiając go gdzieś w okolicznych lasach.  Jednego  lata Toffi zginął w ten sposób dwa razy.  Za pierwszym razem, przyjaciel jadący do nas na obiad zauważył parę wielkich uszu  wystających z leśnego poszycia w pobliskim lesie.  Siostra zaraz pojechała z nim na poszukiwania i znaleźli Toffiego, który z radości, że się odnalazł,  skoczył na nią i  przewrócił ją na szosie.

Druga ucieczka, tego samego lata, zdarzyła się w dniu naszej tradycyjnej, dorocznej  imprezy ogrodowej, na którą zazwyczaj  przybywają nasi najbiżsi przyjaciele z miasta.  Toffi poszedł znowu w świat  z Miśkiem, który  wrócił po kilku godzinach, zostawiając towarzysza tej eskapady na pastwę losu  i  Toffi nie zdołał znaleźć drogi do domu.  Mój mąż wsiadł na rower i zaczął objeżdżać najbliższe lasy.  Wrócił po jakichś dwóch godzinach, cały usmarowany błotem, ale z Toffim!  Okazało się, że Toffiego znalazł w lesie, zawołał i pies do niego przyszedł, taki ucieszony z ze spotkania ze znajomą duszą,  że go obskoczył i usmarował.  Byłam dumna z mojego męża!

Najdłuższe zaginięcie zdarzyło się następnego roku na Wielkanoc.  Misiek i Toffi wybyły w Wielki Czwartek i następnego dnia Misiek wrócił, ale bez Toffiego.  Smutne to były święta, bo cała rodzina, która zjechała do nas na pierwsze święto  myślała tylko o nim. Siostra i ja bezskutecznie samochodem przemierzyłyśmy wszystkie okoliczne polne drogi, wołając go przez otwarte okno.  Na szczęście znalazł się w drugi dzień świąt.   Potem już rzadziej uciekał,  może dlatego , że i Misiek z ucieczek  zrezygnował na starość.

Toffi zawsze cierpiał na jakieś niezidentyfikowane alergie, które powodowały swędzenie skóry, i których żadne zmiany diety nie leczyły.  Nigdy nie lubił dotykania czy głaskania, ale w ostatnim roku życia polubił drapanie pod uchem.  Był coraz bardziej schorowany, na łokciach i pomiędzy palcami na na łapach zaczęło mu wyrastać dzikie mięso, więc osiągnęły niesamowite wymiary.  W końcu jego stopy zrobiły się takie wielkie, jak średnia ludzka dłoń bez palców, co spowodowało rozczapierzenie palców i trudności z chodzeniem.  Przez ostani rok życia Toffi był prawie kompletnie głuchy i ślepy, robił się coraz słabszy i coraz gorzej chodził; pod koniec często się przewracał albo spadał ze shodka na ganku, ale zachował węch i ochotę do jedzenia, czyli miał coś jeszcze z życia.  Gdy przchodziła pora karmienia, stawiał się w kuchni i szczekaniem domagał się obiadu.  Co prawda, czasem już myliły mu się godziny, ale dalej wiedział, co się mu  należy.  I tak było do ostatnich trzech dni przed śmiercią (patrz: Toffi – nekrolog).