Moja emigracja cz.3 – praca

Pierwszą pracą, którą podjęłam w Anglii była praca ekspedientki w pralni chemicznej.  Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, ale przypuszczam, że nie po przeprowadzce z Polski do Anglii ale wcześniej,  w czasie mojej pierwszej tam wizyty w 1970 roku. Była marnie płatna (ale nie o to chodziło) i trwała zaledwie kilka tygodni (z wyboru) i pracowałam najpierw w jednej placówce, w zamożnej dzielnicy Londynu Swiss Cottage, a potem w innej, już  „gorszej” dzielnicy.  Z całej tej pracy pozostały mi w pamięci dwa zdarzenia.   W Swiss Cottage, gdzie jedynym moim zadaniem było przyjmowanie ubrań do czyszczenia i ich wydawanie,  pewnego dnia pojawił się wysoki, przystojny mężczyzna z ubrudzonymi trawą białymi ubraniami od krykieta, który był zaskoczony, że, przy wypisywaniu kwitu nie wiedziałam jak się pisze jego nazwisko i poprosiłam, żeby przeliterował.   Po powrocie do domu dowiedziałam się od narzeczonego, że to był sławny zawodnik krykieta, którego każdy szanujący się Anglik znał i kochał.  Drugie wspomnienie, już z tej gorszej dzielnicy, gdzie zarządzałam placówką i byłam odpowiedzialna za kasę i za zamykanie przybytku na noc, dotyczy właśnie tego zamykania.   Zamknęłam drzwi o przepisowej godzinie  i  liczyłam kasę, kiedy pod drzwiami stanęła kobieta i, widząc mnie wewnątrz, domagała się wpuszczenia.  Nie otworzyłam drzwi, ale ona tam stała aż wyszłam  i wtedy mnie kopnęła w nogę.  Nie wiadomo, czym by się to skończyło, ale na szczęście mój narzeczony przyszedł po mnie i ona wtedy uciekła.

Następna praca, już po przeprowadzce z Polski do Anglii w 1973 roku, była podniecająca.  Mieszkaliśmy wtedy u teściowej w eleganckiej dzielnicy Swiss Cottage i pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie czarterowanego księgowego w tej właśnie dzielnicy, który poszukiwał pracowników.  W ogłoszeniu stało, że kandydaci na posadę powinni znać rachunkowość do poziomu Trial Balance (obroty i salda), więc, będąc przedsiębiorczą osobą, poszłam do księgarni  i zakupiłam książkę na temat.  Wydał mi się dziecinnie prosty, więc zgłosiłam swoją kandydaturę i powiedziałam jak jest:  wyższe wykształcenie owszem mam, ale w innym kierunku; kwalifikacji czy doświadczenia w księgowości  nie posiadam, ale jeżeli chodzi o to, co jest w tej książce, to potrafię to zrobić.  I na tej podstawie zostałam zatrudniona, za 1 funt na godzinę, co w owych czasach było OK.  Równocześnie ze mną została zatrudniona młodsza ode mnie dziewczyna, prosta Angielka po jakimś kursie księgowości, która mnie polubiła, mimo tego, że wydawałam się jej odrobinę dziwna.

W trakcie mojego zatrudnienia okazało się, że większość klientów mojego pracodawcy to artyści i zespoły muzyczne czyli ludzie niemający głowy do papierkowej roboty.  Przynosili kartony pełne paragonów i innych świstków, a naszym zadaniem było zrobienie z tego oficjalnych ksiąg rachunkowych. Uwielbiałam tę pracę, bo była jak zabawa w detektywa, swoje zadania spełniałam bez zarzutów, ale odznaczyłam się w niej głównie tym, że potrafiłam zjeść na lunch pół kilograma angielskiego „trifle” – mojego ulubionego deseru , który składał się z biszkoptowej podstawy polanej mocnym winem sherry , potem warstwy owoców w galaretce i następnie budyniu waniliowego, na koniec posypanego płatkami prażonych migdałów.  Pycha!

Moim zdaniem, sherry trifle jest jedną z najbardziej udanych potraw kuchni angielskiej.  Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje cieniutko krojona pieczeń wołowa w towarzystwie Yorkshire Pudding (nadmuchane, pieczone ciasto w rodzaju sufletu), pieczonych ziemniaków i jarzyn, np. pysznego pasternaku, który wygląda jak korzeń pietruszki, ale smakuje jak pietruszko-marchewka, oraz niezastąpionego sosu „gravy”, który, po zagęszczeniu, powstaje z soków pieczeni.

To była dygresja o angielskiej kuchni, ale wróćmy do tematu.

Pracowałam tam chyba ze dwa lata, równocześnie uczestnicząc w lingwistycznym studium podypplomowym na uniwersycie Reading, gdzie miałam zdobyć doktorat, ale nic z tego nie wyszło, bo znienawidziłam mojego profesora, sławnego z opublikowania jakiejś książki o gramatyce.  Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem i nie znaleźliśmy wspólnego punktu widzenia, więc po roku zrezygnowłam z tej zabawy.  Zresztą doszłam do wniosku, że kariera akademicka jest nie dla mnie, bo jest za bardzo odsunięta od realiów życia.  Rok wcześniej dostałam miejsce doktoranta na uniwersytecie Cambridge na podstawie mojej pracy magisterskiej z Poznania, ale studiów nie podjęłam, bo był wymóg mieszkania w akademiku na miejscu, a nasze jedyne środki do życia dostarczała posada męża w Londynie.  Po latach uznaliśmy, że można to było jakoś przeskoczyć, ale wtedy byliśmy bardzo młodzi i odrobinkę zastraszeni aurą tego światowo sławnego uniwersytetu. Przez rezygnację z tych studiów straciłam klucz do wielu drzwi, ale niekoniecznie tych, które chciałam otworzyć.

Dalsze dzieje mojej kariery opiszę w następnych wpisach.

Bielizna bez szwów – dress code

Jeżeli istnieje polski  odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam.  Chodzi mi o tę część umowy o pracę (lub też użyty w niej odnośnik do innego dokumentu), która określa jak pracownik powinien ubierać się do pracy. Przeczytałam ostatnio gdzieś w Internecie wiadomość, że prezenterom pewnej polskiej stacji TV wpisano do obowiązującego ich dress code’u  zalecenie, by nosili na wizji bieliznę bez szwów, żeby nie było jej widać pod obcisłymi ubraniami, bo nieestetyczny wygląd odciąga uwagę widza od treści przekazu.  Pod artykułem były niepochlebne komentarze kilku osób, z których jedna podawała  jako kontr-argument przykłady bardzo popularnych programów prowadzonych przez osoby otyłe, tym samym zresztą w podtekście definiując wygląd takich osób jako nieestetyczny, możliwe, że  nieświadomie.

Może nie jest to kwestia wielkiej wagi, ale akurat mam na ten temat swoje zdanie, więc piszę.  Nie mam wątpliwości co do tego, że wygląd prezentera czy prezenterki  jest w stanie skutecznie odwrócić uwagę oglądających od tego, co mówi.  Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, prognozę pogody prezentowaną przez elegancką panią w zgrabnej sukience bez rękawów, z której pod pachą zwisa harmonizująca kolorem, ale zupełnie w tej sytuacji niestosowna, tasiemka do wieszania na wieszaku.   Albo np. wiadomości czytane przez mądrze wyglądającego i na dodatek przystojnego prezentera, którego designerowski krawat przesunął się na bok, ujawniając w ten sposób brak któregoś guzika w koszuli.  I co, nie zauważylibyście tego na ekranie prawie całkowicie zajętym przez wizerunek prezentera?  Przykułoby to Wasz wzrok i uwagę, a jeżeli jakiś inny widz w tym momencie dzieliłby z Wami kanapę, to czy nie zakrzyknęlibyście „Popatrz, on nie ma guzika na brzuchu!”? Następnie zapewne rozkwitłaby rozmowa na ten temat, a słowa prezentera leciałyby sobie w tzw. niebieske zaświaty.

Powyższe szczególnie odnosi się do TV, polityków, nauczycieli, wykładowców, szkoleniowców oraz innych osób , które ich zawód stawia przed oczyma publiki, ale wszystkie dbające o swój publiczny wizerunek firmy muszą mieć dress code. Tu nie chodzi o to, żeby pracownicy, którzy mają styczność z klientami firmy, byli jak modele na wybiegu, ale o to, żeby ich wygląd spełniał oczekiwania klientów.  Np. w biurze klient spodziewa się ujrzeć rzeczowych urzędników, a nie roznegliżowane plażowiczki, w warsztacie naprawczym mechaników w roboczych drelichach a nie w garniturach, a w gabinecie zabiegowym medyków w fartuchach a nie dresach.

Dlatego uważam, że dress code jest ważny, a jeżeli komuś nie odpowiada, to przecież przymusu nie ma, można po prostu nie podpisać umowy o pracę.

Znowu w Polsce

Jestem, wróciłam dzisiaj późnym wieczorem, niemalże jutro.

Wrażenia z podróży?  Zadne!  Mogłabym była być w każdym innym kraju, bo cały czas zajęta byłam pracą, która wygląda tak samo gdziekolwiek się znajduję.  No, może jest pewna różnica: w Anglii pracuję bezpośrednio z ludźmi, a w Polsce tylko wirtualnie.

Było fajnie, bo oprócz zaplanowanych  spotkań z fachowcami i szkolenia, które pojechałam tam wykonać, załapałam się na obchody 20-to lecia naszej firmy: przepyszny, orientalny obiad w restauracji, podlany dowolną ilością alkoholu w postaci prostej (wino, piwo, etc.) lub podżyłowanej (wymyślne koktaile).  Osobiście preferuję tę pierwszą wersję, ale może to z powodu starszego wieku.  Niestety, nie byłam w stanie w pełni skorzystać z tej okazji, ponieważ to było dzisiaj i musiałam zachować na tyle przytomności, żeby mnie wpuścili do samolotu na powrót.

Obchody były miłe i przemyślane: pani dyrektor spisała nazwiska wszystkich osób, które kiedykolwiek były zatrudnione przez firmę i wyszukała w archiwach ich zdjęcia, które zostały pokazane na ekranach  naszych firmowych, elekronicznych tablic ogłoszeń oraz jako przerywniki na ogólnym zebraniu w postaci  pokazu slajdów.

W czasie zebrania była przerwa na tort.  Tort był wspaniały i w firmowych kolorach – pierwszy raz w życiu jadłam krwistoczerwone ciasto!

 

Dziwne

Dziwne, jak rzeczy martwe (lub fikcyjne) potrafią nagle zacząć żyć własnym życiem.

Podejrzewam, że każdy pisarz zna to zjawisko:  mając pomysł na jakąś postać, stwarza ją i bierze się do zarządzania jej życiem i losem, ale w miarę zadomowiania się w życiu autora i w jego dziele, ta postać  zaczyna stawiać wymagania, których jej twórca nie przewidział, skutkiem czego autor zwija swoje plany w troki i pisze, co  ona mu nakazuje (mam wrażenie, że  kiedyś gdzieś o tym czytałam, ale nie przypominam sobie dokładnie).

Nie, żebym śmiała porównywać siebie  do prawdziwych pisarzy, ale mnie się wydarzyło coś podobnego.  W grudniu ubiegłego roku zaczęłam pisać ten blog, żeby dać upust moim wrażeniom o Polsce po 39-ciu latach nieobecności.   No i owszem, kilka wrażeń opisałam i jeszcze kilka mam w zanadrzu, ale mój blog w którymś momencie zaczął własne życie i dyktuje mi tematy, o których nie miałam, w moich aroganckich i zdyscyplinowanych planach, zamiaru pisać.  Na przykład, teraz często mam ochotę pisać na blogu jak w pamiętniku, chociaż nigdy przedtem, nawet jako naiwna i sentymentalna nastolatka,  takiego nie prowadziłam.

Czy to wpływ czytanych przeze mnie blogów czy po prostu blogi mają taką naturę?

Mniejsza o to, jeżeli poddam się temu trendowi, to nic mi nie będzie, ostatecznie mogę pisać na moim blogu co mi na myśl przyjdzie, bo przecież nikogo nie zmuszam do czytania.

Zresztą ostatnio dużo  nie piszę, bo mam kupę pracy (na emeryturze!). Część tej pracy musi być wykonana w nocy lub w weekendy, więc nie zawsze w dzień jestem przytomna.

Dziś też jest akurat taki mało przytomny dzień, bo pracowałam do 3.30 rano i się nie wyspałam, ale bez pracy człowiek umiera!  Powszechnie uważa  się  (przynajmniej w Anglii), że nauczyciele czy dyrektorzy/dyrektorki szkół umierają wkrótce po przejściu na emeryturę, bo po prostu, po naładowanym adrenaliną życiu, nagle nie mają co robić. Moje całe pracujące życie też było naładowane adrenaliną, ale nie chcę, żeby to  mnie spotkało, więc staram się być intelektualnie aktywną i nadal trochę pracuję, a ostatnio nawet dość intensywnie.

A teraz już chyba muszę iść spać, oczywiste po tym jak rozwieszę pranie, położę psy do łóżeczek i wykonam kilka innych wieczornych czynności.

Wróciłam

Jestem znowu w Polsce, w miejskim mieszkaniu.  Wróciłam wczoraj późnym wieczorem, po kilku dniach intensywnej pracy w Londynie, i jeszcze do 3-ciej w nocy wykańczałam pilne sprawy, żeby je wysłać e-mailem do biura przed rozpoczęciem pracy w poniedziałek.  Nerwowa i intensywna praca przez weekend i po nocy to dla mnie nie nowość, ale może się trochę od tego odzwyczaiłam po przejściu na emeryturę, bo wróciłam okropnie zmęczona.  Niestety, „ nie ma letko”,  muszę dalej zasuwać, bo robota nie jest skończona.  Na dodatek tak mnie boli jeden krąg szyjny (bo mam kompletnie skopany kręgosłup w szyi), że chce mi się wyć!

A tu w ogródku wiosna się nagle zaczęła i chciałabym posprzątać jesienne pozostałości, nakarmić zadomowione roślinki i posadzić piękne, tryskające zdrowiem, nowe. Dziś na to zupełnie nie miałam czasu, ale powzięłam mocne postanowienie, że codziennie wygospodaruję godzinkę na ogródek, mimo, że praca nagli – ostatecznie, jestem na emeryturze, no nie?

A jeszcze jest ogród u Mamy, który też pilnie wymaga odgruzowania. Kiedy ja to wszystko zrobię?

Jestem w Anglii

Jestem w tej chwili w naszym mieszkaniu w Anglii i wracam w niedzielę.  Nie będę dużo pisać, bo mam kupę roboty z bazą danych naszej firmy.  W sobotę mam pracować z naszym ekspertem od programowania, który doskonale  wie jak programować, ale zupełnie nie zna naszych systemów MIS, czyli elektronicznego przechowywania i zarzadzania informacją. Na tym właśnie to ja się znam i wobec tego musimy  pracowac wspólnie nad nowym oprogramowaniem, które pozwoli naszej firmie wywiązać się z obligacji wynikających z naszego kontraktu z rządowym departamentem finansującym naszą działaność w szkoleniu osób dorosłych.

A tych obligacji jest sporo i, żeby było ciekawiej, zmieniają się one co najmniej raz na rok, jak nie częściej, a najgorsze jest to, że ostatnimi laty potrafią się zmieniać w tył, tzn. takie wprowadzone  w  maju mogą obowiązywać od poprzedzającego sierpnia. Narzekam na biurokrację w Polsce, ale w Anglii jest tak samo, kiedy korzysta się z funduszy państwowych.  Raz nawet zabrałam głos w tej sprawie na spotkaniu z ministrem oświaty.  Było na nim, razem z ministrem,  16 osób, przedstawicieli  państwowych i prywatnych instytucji  szkoleniowych oraz lokalnych zarządów oświaty,  i póltorej godziny czasu, więc każdy chętny miał szansę się wypowiedzieć. No więc się wypowiedziałam na temat tego, jak koszty takiej biurokracji pomniejszają środki dostępne na kształcenie, ale minister, metodą wszystkich polityków, zbył mnie odpowiedzią, że to sprawa dla księgowych i niech oni się tym zajmą.

Temat nie jest zbyt interesujący dla osób postronnych, więc nie będę się nad nim rozwodzić, mimo, że daje duże pole do popisu dla satyryków oraz osób trzeźwo myślących.  Za to powiem, że tu wiosna, może nie taka rozhukana jak zwykle bywało o tej porze roku, ale przecież wiosna.  Wzdłuż szos i miejskich ulic kwitną żonkile, sadzone i dzikie, i ozdobne odmiany śliw i czereśni, a na moim balkonie,  w donicach,  zimowe cyklameny, bratki i pierwiosnki, a róża ma już pełen zestaw nowych liści. Jest fajnie, bo czuję się zupełnie na miejscu, a poza tym objadam się na obiady, w przerwach w pracy, którą wykonuję głównie w domu z powodu niemożności palenia w biurze, pyszną faszerowaną kaczką, którą w zeszłym roku upiekłam i podałam gościom, ale której pół zostało w zamrażarce. Pychota!

Roztrojenie jaźni

Mam roztrojenie (nie mylić z rozstrojeniem) jaźni, ale nie jakieś genetyczne czy pourazowe:  gdyby takie było, to pewnie zostałabym fenomenem medycznym i opisywano by mój przypadek w bardzo mądrych publikacjach naukowych i wożonoby mnie po całym świecie, żebym mogła przedstawiać na uczonych seminariach symptomy mojej przypadłości. Nie, moje jest spowodowane, bardzo prozaicznie, nowym trybem życia, więc niestety żadnej sławy ani globtroterstwa z tego nie nie będzie.

Od czasu powrotu do Polski, jakieś półtora roku temu, zaistniałam w trzech wersjach, które na przemian przejmują moją osobowość w zależności od miejsca, w którym właśnie przebywam.  A mamy z mężem trzy mieszkania: jedno, małe, w centrum miasta, w którym (mieście, nie mieszkaniu) spędziłam młode lata i chodziłam do szkoły, drugie, odległe ok. 70 km od pierwszego i składające się z jednego dużego pomieszczenia na strychu nad oborą, pośród pól i lasów nieopodal maleńkiej popegeerowskiej wsi, dokąd wyprowadziła się Mama po przejściu na wczesną emeryturę, i trzecie, mikroskopijne, które kupiliśmy po sprzedaniu domu w Londynie jako miejsce, do którego możemy wracać.

W pierwszym zazwyczaj przebywamy trzy do czterech dni w tygodniu, spędzając resztę tygodnia w drugim.  W trzecim bywamy po kilka dni mniej więcej raz na miesiąc, ale rzadko razem, bo ktoś musi się zajmować psami, które przywiozłam ze sobą z Anglii. Ja jeżdżę tam częściej niż mąż, bo jestem nadal związana z moją byłą firmą, dla której pracuję, głównie na odległość, tak średnio trzy dni w miesiącu i mam tam również przyjaciół, a męża przyciągają tam jedynie stosunki towarzyskie. W każdym z tych trzech miejsc staję się właściwie inną osobą, albo przynajmniej inna strona mojej osobowości dochodzi do głosu.

W miejskim mieszkaniu zajmuję się, oprócz płacenia bieżących rachunków, urzędowymi sprawami naszej trójdzielnej Wspólnoty Mieszkaniowej, co wymaga cierpliwości i zaznajamiania się z przeróżnymi przepisami (dzieki Bogu za Internet!). Może czasem ubieram się na ulicę trochę bardziej elegancko  niż to robiłam w Londynie, gdzie nikt się nie interesował w czym kto chodzi, ale nie do przesady, bo lubię, nade wszystko, wygodę i wiele lat temu  przyzwyczaiłam się do chodzenia w spodniach i kurtce (najchętniej męskiej, bo te są bardziej w moim guście, no i  mają więcej kieszeni niż damskie, czyli można zrezygnować z torebki, co dla mnie jest dużym plusem!). Mam wrażenie, że tu większość pań w moim wieku stroji się na wyjście w kapelusze i najlepsze płaszcze, ale nie jestem gotowa do tego się posunąć, bo tak naprawdę, to nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie myślą, to ich sprawa, nie moja, więc nadal najczęściej chodzę w dżinsach i kurtce. Tu też jestem blogerką, bo z braku innego zajęcia napadła mnie chęć do pisania.  Ponieważ chcę odrestaurować mój zaniedbany język polski, a równocześnie podtrzymać angielski, piszę blogi w obu językach i coraz bardziej mi się blogowanie podoba. W tym miejskim mieszkaniu również pracuję zawodowo: mam swój (maleńki) gabinet, dwa komputery, drukarkę i nieodłączne dwa psy pod nogami , dokładnie jak w naszym domu w Anglii, oraz e-mail i zdalne połączenie z serwerem naszej firmy w Londynie.  Oprócz tego jest telefon, więc praca na odległość jest całkiem znośna.  W tym mieszkaniu jestem ogólnie przytomna i zaangażowana umysłowo i korzystam z wiedzy zgromadzonej  przez wiele lat pracy zawodowej.

W wiejskim mieszkaniu zupełnie inne rzeczy mnie zajmują i innych wymagają fakultetów.  Najważniejsza jest  kwestia przeżycia w nim w niskich temperaturach: trzeba w kozie umiejętnie palić i kontrolować temperaturę, żeby się nie upiec w ciągu dnia, ale żeby do rana starczyło na nie mniej niż 14 stopni, i bardzo uważać, żeby moje psy nie zetknęły sią przypadkiem z suką siostry, bo byłyby jatki.  Zamawiam ludzi do rąbania drewna, odśnieżania  czy przekopywania grządek, bo nikt z rodziny się do takiej pracy nie nadaje, z powodu podeszłego wieku lub różnych schorzeń.  Podaję Mamie, która większość czasu jest unieruchomiona w łóżku, śniadanie, obiad i kolację, co normalnie robi na okrągło  moja siostra, ale jak tam jestem, to staram się w to włączyć.  Gotuję posiłki, na bieżąco i na zaś, do zamrożenia, żeby w razie potrzeby było co jeść, no bo przy nagłych i obfitych opadach śniegu siostra nie byłaby w stanie wyjechać z obejścia na jakiekolwiek zakupy.  Hoduję jadalne i ozdobne roślinki na ile się da, ale podlewanie ich w lecie jest uciążliwe dla niepełnosprawnych osób, a mnie tam nie ma przez cztery dni w tygodniu, a czasami nawet dłużej.  Gram z siostrą w Scrabble; mamy naszą własną wersję, z planszą pieczołowicie narysowaną dawno temu, w momencie nagłej i nieprzepartej potrzeby zagrania w tę grę, na odwrocie planszy  jakiejś innej gry,  i z trochę rozszerzonym zasobem liter , bo wycięłyśmy z tektury dwa zestawy, polski i angielski, a potem do polskiego dodałyśmy kilka liter z angielskiego.  Zrobiłyśmy też stojaczki do liter dla dwóch graczy, z pudełka po jakiejś Biolecithine, którą poiłyśmy Tatę kiedy umierał na raka płuc (gdy człowiek czuje się bezsilny wobec choroby, takie działania przynajmniej dają mu poczucie, że coś robi, żeby pomóc, ale, niestety, pomaga to tylko tym działającym, a nie choremu).  Wracając do Scrabble po tej dygresji, ja mam dużo więcej szczęścia w losowaniu liter niż siostra, za to jej o wiele częściej zdarzają się 7-mio literowe wyrazy, ale nasze zmagania nie są całkiem konkurencyjne, gramy o najwyższy wspólny wynik, czyli sumę jej i moich punktów.  Rozwiązujemy też krzyżówki, w których siostra mnie bije na głowę, ale ja lubię też łamigłówki i sudoku, których ona nie uprawia.

W londyńskim mieszkaniu jestem osobą zawodową i w miarę niezależną od rodziny.  Mam tam osobny zestaw garderoby, poszczególne części którego trudno mi sobie przypomnieć na odległość, bo były nabyte już po przeprowadzce i rzadziej ich używam. Chodzę do biura firmy, żeby odświeżyć kontakty i kontynuować pracę, którą wykonuję dla firmy na odległość, internetowo; spotykam się z kilkoma przyjaciółmi na kolację czy drinki w pubie i latam po sklepach w poszukiwaniu rzeczy, do których się przyzwyczaiłam, a których  mi w Polsce brakuje.  Chodzę do lekarza, by odnowić  recepty, bo tam mam leki za darmo, co jest wynikiem tamtejszych praw i mojego płacenia składek ubezpieczeniowych przez 38 lat, i odwiedzam moją byłą sąsiadkę, która jest sparaliżowana po lewej stronie ciała po ciężkim wylewie. Niekoniecznie jest moją przyjaciółką z wyboru, bo połączyły nas tylko nasze psy, które się kiedyś poznały w pobliskim parku.  Ona miała wówczas dwuletniego, długowłosego i  przepięknego owczarka niemieckiego, a ja trochę skundlonego, 4-ro miesięcznego czarnego labradora.  Psy od pierwszego spotkania przypadły sobie do gustu, więc musiałyśmy się zaprzyjaźnić, nie było innego wyjścia. Co prawda, ta miłość im przeszła, kiedy mój osiągnął dojrzałość, ale to chyba normalne.

Z tego „roztrojonego” życia wynikają pewne trudności, zwłaszcza dla osoby po 60-tce, której pamięć nie dopisuje. Na przykład, przetrzepuję w pośpiechu szuflady w jednym mieszkaniu, szukając takiego małego siteczka, którego akurat bardzo potrzebuję i nie znajduję, bo owszem, takowe mam, ale w innym mieszkaniu. Albo robię śledzie i przychodzi czas przełożenia ich do octu, sięgam do szafki  po butelkę, a tam jej nie ma! Jak to nie ma, przecież widziałam ją nie dalej jak trzy dni temu! I faktycznie widziałam, ale nie w tym mieszkaniu! Albo koleżanka zaprasza mnie na koncert i bal, a ja wszystkie stosowne ubiory mam w innym mieszkaniu, a w tym tylko takie ewentualnie na disco, itd., itp.

Innego rodzaju trudność sprawia mi radio. Mąż rano włącza swoją ulubioną stację angielską, słucham jej pasywnie, mimochodem, podczas karmienia psów i przygotowywania śniadania.  Z drugiej strony, będąc u Mamy, często słyszę wiadomości w polskim radio czy TV, i kiedy chcę komuś opowiedzieć o jakimś usłyszanym zdarzeniu, to nigdy nie wiem, czy to było w Anglii czy w Polsce.

Nie jestem całkiem pewna, czy prowadzenie takiego, niemalże nomadycznego, życia jest wskazane w moim wieku: trochę mi to mąci w głowie, i a nuż to przyspieszy nadejście Alzheimera?

Nie było mnie parę dni

Nie pisałam przez parę dni (ten pierwszy dzisiejszy blog wrzuciłam „poza kolejką”, bo akurat był gotowy), ponieważ wyskoczyłam na tydzień do mojej drugiej ojczyzny, Anglii, żeby odświeżyć  swoje wiadomości o naszej firmie, zobaczyć się ze znajomymi  i pomieszkać w naszym londyńskim mieszkanku. Powodem były też dwa planowe spotkania firmy.

Pierwsze to doroczna firmowa impreza, na którą poszłam z mężem.  Kiedyś była to impreza bożonarodzeniowa w grudniu, ale już od kilku lat odbywa się ona w styczniu, bo łatwiej wtedy wynająć odpowiedni lokal.  W tym roku było jeszcze weselej niż zwykle, bo impreza była w osobnej, zarezerwowanej tylko dla nas, dwutorowej części kręgielni z barem w centrum Londynu.  Wszyscy się świetnie bawili, nawet tacy jak ja, co to nie potrafią niczym w nic trafić, ale chyba najbardziej zachwycona była 3-letnia córeczka dyrektorki, mimo, że nie korzystała z szczodrze płynących napojów wyskokowych.  Pod kierunkiem tatusia dźwigała kule tylko o połowę mniejsze niż ona sama i, zataczając się pod ich ciężarem, windowała je na coś w rodzaju rusztowania z pochylnią, z którego potem spychała je na tor.   Obserwując ich bieg, piszczała i podskakiwała z podniecenia, a kiedy potem czekała w kątku na swoją następną kolejkę, też nie traciła zainteresowania i klaskała entuzjastycznie innym zawodnikom, a bez wyjątku wszyscy obecni mieli wielką z niej uciechę.

Koszt imprezy jest całkowicie pokrywany przez firmę, co jest bardzo miłym (i kosztownym) gestem, udowadniającym, że firma ceni swych pracowników i w ten sposób dodatkowo ich wynagradza za lojalność i rzetelną pracę.  Jest to również świetna okazja do integracji pracowników (oraz ich współmałżonków i potomstwa), bo większość osób na codzień ma styczność  tylko z  członkami  własnych zespołów lub nawet tylko z klientami, u których akurat pracują.

Drugie to spotkanie wszystkich pracowników, odbywające się trzy razy w roku, na których dyrektorzy firmy przedstawiają obecny stan biznesu i prognozy na przyszłość, konsultują różne sprawy, słuchają opinii pracowników i przygotowują ich na nadchodzące wyzwania, takie jak, na przykład, jakaś inspekcja, kontrola finansowa czy konieczność przejścia ponownej,  okresowej, oceny w celu zachowania akredytacji firmy w „Investors in People”.  Jest to również okazja do doszkalania (poprzez prezentacje przygotowane przez pracowników lub  gości spoza firmy) w ogólnie ważnych kwestiach, no i oczywiście do dalszej integracji. Spotkanie trwa cały dzień i zawsze jest zapewniony gorący lunch oraz przekąski i napoje.  Dodać do tego rozsądne, pomocne  i nieagresywne zarządzanie i mamy firmę, w której ludzie chcą pracować.

Firma jest mała, zatrudnia ok. 20 osób i ma również ok. 20 dorywczych pracowników, zwanych współpracownikami, którzy równocześnie pracują w innych firmach albo dla siebie. W obecnych warunkach, to wydaje się być jedynym sposobem, w jaki mała firma może się utrzymać na rynku: dorywczych pracowników można po prostu nie używać, jeżeli brak zleceń.  Nasza działalność podlega pod departament oświaty (szkolenie młodych ludzi przez państwowo-fundowane tzw. programy czeladnicze oraz do-/przeszkalanie zatrudnionych dorosłych) i firma jest bardzo wysoko notowana w tej dziedzinie z powodu wybitnych osiągnięć szkolonych oraz jakości szkolenia.

P.S. Pisząc ten blog, zauważyłam, że nadal trudno mi pisać po polsku, zwłaszcza o mojej pracy w Anglii, ale nie tylko. Po pierwsze, w polskim praktycznie nie mam rejestru słownictwa związanego z pracą, bo nigdy tu nie pracowałam, a i inne rejestry też zubożały, a po drugie, nie wszystko co angielskie ma odpowiedniki w Polsce.   Co chwilę musiałam zaglądać do tłumacza Google, a i to często nie zdawało egzaminu. Poza tym, bardzo trudno jest uniknąć dosłownych tłumaczeń z angielskiego, bo są bezwiedne.  To samo zaczęło mi się teraz zdarzać, gdy piszę lub mówię po angielsku. Pewnie dojdzie do tego, że ani mój polski ani angielski nie będzie poprawny!!!

Praca – czym to się je?

Przeraża mnie podejście ludzi do pracy, ale może to tylko świadczy o tym, że jestem przestarzała?

Oto jeden przykład tego tematu.

W którymś numerze mojego ulubionego tygodnika przeczytałam artykuł z wypowiedziami kilku młodych osób pracujących w handlu. Jedna z nich, nazwijmy ją Ania, opowiadała o swoich doświadczeniach z pracy w sklepie z odzieżą damską (albo może i męską też, ale Ania mówiła o dziale damskim). Ania twierdziła, że ma bardzo trudną i nieprzyjemną pracę z powodu klientów sklepu.  Narzekała, że niektórzy są agresywni lub niekulturalni (w przymierzalni raz znalazła odchody w torebce plastikowej), i współczułam jej, bo to rzeczywiście paskudne.  Następnie Ania zaczęła narzekać na klientkę, która nie dość, że przymierzyła kilka sweterków (które potem biedna Ania musiała zapinać na guziczki i układać na półce), to jeszcze, o zgrozo, żądała, by Ania sprawdziła w magazynie, czy nie mają innych rozmiarów!  W domyśle: Co za bezczelność, żeby klientka w sklepie odzieżowym przymierzała ubrania i jeszcze szukała rozmiarów!  W głowie się nie mieści!

W tym momencie lektury zagotowało się we mnie.  Czy Ania, podejmując tę pracę, została dokładnie powiadomiona o jej obowiązkach?  A jeżeli nawet nie, to  czy nie można było się domyślić, na czym polega praca „ na sklepie”? Może wydawało jej się, że płacą jej, żeby po prostu tam stała i ładnie wyglądała, jak wystrojony manekin?  Może, kto to wie. Wina może tu leżeć po stronie pracodawcy albo pracownicy, i bez dalszych informacji tego nie dojdę.

A może Ania uważała, że za mało jej płacą na to, żeby miała się starać.  Rozumiem, że mogła mieć dużo wyższe ambicje niż praca w sklepie z odzieżą, ale skoro zdecydowała się wziąć tę pracę, to czyż nie powinna, choćby z szacunku dla samej siebie lub nawet ze zwykłych nudów, przyłożyć się do niej?

Napiszę jeszcze na ten bulwersujący temat, który podciąga się pod kilka z moich ulubionych bolączek.