Wybrednego smakosza przegląd sopockich restauracji

Uwielbiam jeść i zresztą gotować też, ale tak się składa, że co najmniej raz na tydzień jadam w restauracji.  W Sopocie jest ich zastraszająca ilość i wiele z nich przez ostatnie parę lat odwiedziłam, z różnym powodzeniem.  Poniżej opisuję moje wrażenia z nich, ale, żeby je w pełni zrozumieć, trzeba znać mój gust kulinarny.  Lubię potrawy wyraziste, dobrze przyprawione, nie unikam ostrych; uwielbiam kuchnię polską,  francuską, włoską, hinduską i chińską;  nierozgotowane warzywa swojskie i śródziemnomorskie, kiszonki, surówki i zielone sałatki z odpowiednim sosikiem oraz wszelkie zioła i czosnek. Lubię mięsa i sery, najświeższe ryby oraz krewetki, homary i raki (niestety na małżowate mam uczulenie) a także pierogi, naleśniki i kluski (oprócz śląskich, bo zbyt gumowate).  W poniższych opisach nie podaję dokłanych adresów, ale chętni mogą  je łatwo znaleźć w Internecie – wiele jest na głównym sopockim deptaku prowadzącym do mola, ul. Bohaterów Monte Cassino.

Bar Przystań – najpopularniejsza w Sopocie restauracja rybna i bodajże jedyna, która się w rybach specjalizuje. Znajduje się tuż przy plaży na gdańskim skraju Sopotu i zawsze jest zatłoczona.  Moim zdaniem jest mocno przereklamowana: ryby, owszem, świeże, ale te z pieca są wysuszone i słabo przyprawione, a dodatki miernej jakości. Można tam pójść, ale niekoniecznie.

Baroco – na rogu ulic Boh.Monte Cassino i Westerplatte, ze stolikami na zewnątrz.  Jedzenie jest wspaniałe i pięknie podane: befsztyki, pieczone i smażone ryby, sałatki oraz bardzo tanie i pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) w południe, ale obsługa i organizacja marniutka i łatwo się załamuje –  przypuszczalnie z powodu niedoświadczonego kierownika i niedoświadczonych, przepracowanych kelnerek.  Moje ulubione danie to pieczony łosoś z mozzarellą i suszonymi pomidorami na gotowanych warzywach (kalafior, brokuły, marchew, cukinia), ale jadłam tam też świetne flądry z pieca. Polecam cierpliwym gościom o stoickim usposobieniu.

Smakosz – mniej więcej w połowie ul. Boh.Monte Cassino. Reklamuje polskie dania i owszem, ma  je w menu, ale kiedy tam zawitaliśmy z naszymi litewskimi gośćmi, okazało się, że np. żadnych pierogów akurat nie ma. Mąż tam tydzień wcześniej jadł pyszny szpinak z masłem i czosnkiem, ale tego dnia nam się nie powiodło.  Ja zamówiłam smażonego łososia, którego podali wysmażonego do sucha,  w panierce – no toż to świętokradztwo! Towarzyszące surówki były znośne, ale nieciekawe.  Kolega jadł smutno i wątle wyglądające pieczone żeberka, a mąż polędwiczki wieprzowe z kurkami, które były bardzo smaczne.  Ogólnie więc nie polecam.

Cuda Wianki – przyjazna i tania naleśnikarnia na górze Monte Cassino. Pyszne naleśniki ze zwykłej mąki lub pełnoziarnistej albo ziemniaczane, z dużym wyborem farszu.  M.in. robią naleśnik z farszem jak do pierogów ruskich – niebo w gębie!  Jedyny mankament to mała ilość stolików, więc zwykle trzeba chwilę poczekać. Uwaga: nie podają piwa ani wina!  Zdecydowanie polecam.

Błękitny Pudel – na Monte Cassino, mniej więcej naprzeciw Krzywego Domku, ze stolikami  na zewnątrz.  Ceny przystępne, jedzenie bardzo dobre,  mają niezbyt szerokie menu zawierające  swojskie polskie potrawy (np. doskonałe pierogi ruskie, kaszanka, wątróbka) oraz różne bardziej wykwintne, ale co najmniej pół godziny się na nie czeka.  Polecam dla cierpliwych, zawsze można czas zabić herbatką czy piwem.

Mówisz i MASZ (do niedawna Image) – cenowo niezbyt droga jak na Sopot, bardzo dobra restauracja / pub na Grunwaldzkiej. Jako Image, jeszcze na początku tego roku, była moją ulubioną restauracją, bo miała ciekawy,  przytulny  i niecodzienny wystrój (m. in.  z rysunkami z Kamasutry na suficie) i oferowała  pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) za 20 zł, z których mąż zawsze korzystał, a w menu miała wykwintne dania, np. skwierczące krewetki w maśle z czosnkiem (moje ulubione) czy kotleciki z jagnięciny.  Obecny wystrój jest prosty i mniej przytulny, ale może bardziej atrakcyjny dla młodych?  Podejrzewam, że w nowej nazwie „i MASZ”   odzwierciedla polską wymowę francuskiego słowa „image”.  Menu nie zawiera już tanich zestawów obiadowych, chociaż może po sezonie do nich powrócą, ale nadal serwują te wspaniałe krewetki oraz codziennie wybór świeżutkich i dobrze przyrządzonych ryb.   Podczas ostatniej tam wizyty, dwa tygodnie temu, odrobinę się zawiodłam, bo przy zamawianiu wskazałam palcem na menu ciekawie brzmiący chłodnik z jogurtem, rzodkiewką i kalarepą, a przyniesiono mi  taki z botwinki, który widniał na tablicy przed restauracją, i na dodatek nie tak smaczny jak ten, który często sama robię.  Absolutnie nie był zły, ale uważam, że kelnerka  (jakaś nowa, bo nigdy przedtem jej tam nie widziałam) powinna była mnie poinformować  o tym przy zamawianiu. Pomimo tego,  polecam  gorąco.

Sanatorium – dwa kroki od Mówisz i MASZ, potrawy tańsze i bardzo pyszne. Najlepsze są makarony, które można wybrać do każdej potrawy.  Ja zwykle biorę moje ulubione farfalle w potrawie  Sanatorium – szparagi, czosnek, oliwa i boczek.  Polecam.

Pizza Tresoro – na górze Monte Cassino oraz przy Władysława łokietka w kierunku na Gdańsk. Ciasto doskonałe!  Moja ulubiona pizza to ta z pikantnym włoskim salami, ale wybór jest olbrzymi.  Polecam.

Dwie restauracje hinduskie, niedaleko od siebie na Grunwaldzkiej, jedna po tej stronie co Sanatorium, a druga po przeciwnej.  W pierwszej podają potrawy może i z hinduskich przepisów, ale chyba robione z polskich zastępczych składników, więc efekt w niczym nie przypomina mojej ukochanej kuchni hinduskiej.  W drugiej każde danie jest serwowane w takim samym pomidorowym sosie, co w ogóle nie ma odniesienia do prawdziwej kuchni hinduskiej, którą dobrze znam.  To jest skandal i obraza! Absolutnie odradzam!

Browar Sopocki – były  Złoty Ul  na górze Monciaka – od niepamiętnych czasów była to knajpa dla samotnych i spragnionych oraz dla chętnych na czarnorynkowe dolary, gdzie równie dobrze można było wypić kawę i zjeść ciastko jak się upić.  Od niedawna  jest tam elegancka restauracja, a w głębi prawdziwy i działający browar, produkujący najprzedziwniejsze piwa, które serwowane są w restauracji . Mają wspaniałe befsztyki, ale podają je z wielkimi i kompletnie nieporęcznymi  kuchennymi nożami zamiast noży do steków – może wydaje im się, że tak jest bardziej światowo, ale naprawdę trudno tym jeść.  Warto spróbować.

Ostatni zajazd na Litwie

Planując i przygotowując imprezę na 90-te urodziny Mamy nie mogłam się opędzić od podtytułu „Pana Tadeusza”.  Wbił mi się w mózg z kilku powodów, z których najważniejsze to zdrowotna równia pochyła, po której Mama coraz szybciej zjeżdża oraz postępujący niedobór energii u organizatorów, czyli  mnie i mojej siostry.

Na imprezę chciałyśmy zaprosić wszystkich przyjaciół domu oraz najbliższą rodzinę z Krakowa i Bielska-Białej i wyszło tego ok. 50-ciu osób, więc, pomimo tego, że Mamy urodziny wypadają w listopadzie, impreza musiała się odbyć w lecie, w ogrodzie, bo jej dwuizbowy wiejski domek takiej liczby gości nie byłby w stanie pomieścić, toż to prawie jak całkiem przyzwoite wesele!

Wyznaczyłyśmy termin na sobotę 25-go lipca i planowanie zaczęłyśmy miesiąc wcześniej, a zakupy niedługo potem. Menu było obszerne i urozmaicone: na początek barszcz z krokietami, których sporą ilość wyprodukowałyśmy dużo wcześniej i zamroziłyśmy na właśnie taką okazję; kilka wykwintnych potraw na zimno z pieczywem, żeby umilić czekanie na grill, a z grilla marynowane polędwiczki wieprzowe i kiełbaski z bardzo dobrej wędliniarni.  Na koniec jeszcze dodałam kilka filetów z łososia, żeby się nie zmarnowały, bo miałam przygotowane do usmażenia poprzedniego dnia dla gości z południa, ale nie wszystkie się zjadły, więc  na imprezie przyprawiłam je jednym z sosów przygotowanych do krewetek (sojowo-imbirowym),  ugrillowałam i miały wielkie powodzenie wśród kilku spóżnionych gości.

Potrawy na zimno składały się z mozzarelli z pomidorami, przyprawionej oregano i oliwą; olbrzymich krewetek z dwoma sosami, sojowo-imbirowym i majonezowym z harissą; wędzonego łososia w sosie śmietanowo-chrzanowym z kaparkami; sałatki z młodych ziemniaków i jajek w majonezie ze szczypiorem; kurczaka koronacyjnego (potrawa wymyślona na 50-tą rocznicę koronacji angielskiej królowej Elżbiety II); świeżutkich białych bułeczek; chrupiących ogórków zakiszonych tydzień wcześniej oraz pysznego smalcu i żytniego chleba.  Na wszelki wypadek był też półmisek porcjowanych pieczonych kurczaków do konsupmpcji na zimno lub z grilla, żeby, broń Boże, nikt nie wyszedł głodny, ale zostały prawie wszystkie, bo oczywiście, jak zwykle u mnie, wszystkiego było za dużo. Mam jakąś paranoję na ten temat: w czasie przygotowywania wpadam w panikę, że nie starczy tego dla wszystkich, a potem zawsze się okazuje, że jest na pułk wojska.

Na deser były dwa półmiski pokrojonych i pięknie przez kuzynkę i najbliższą przyjaciółkę zaprezentowanych owoców, trzy torty z naszej wypróbowanej cukierni Sowa (zupełnie niepowiązanej z tą od podsłuchów) oraz ciasta zakupione przez gości z południa. Całemu posiłkowi towarzyszyły woda, soki oraz galony wina i piwa, więc było co pić.

Gości przybyło na imprezę trochę mniej, ok. 35, bo nie wszyscy mogli, ale parking na trawniku wzdłuż wjazdu i tak okazał się niewystarczający, więc najpózniejsi goście zaparkowali już na szosie.  Kiedy najwcześniejsi przybysze chcieli wyjechać, trzeba było zrobić większe przemeblowanie. Skomplikowanymi manewrami samochodów bardzo sprawnie zawiadował brat – kapitan, który ma ku temu wybitne kwalifikacje, jako że jego obecna praca  obejmuje m.in. ształowanie trudnych ładunków na statkach.

Os, much i komarów na szczęście nie było z powodu deszczowej aury, ale przybył jeden nieproszony gość –  wielka i malownicza ćma, która całkiem możliwie mogła być jakimś paskudnym szkodnikiem drzew.

Mimo burzliwej i deszczowej pogody impreza była udana. Mama, która już nie wstaje z łóżka i jest bardzo słaba, kazała się wywieźć na wózku na ganek, gdzie przywitał ją tłum gości, intonując „Sto lat”,  co ją bardzo ucieszyło i podbudowało. Miała w ogóle bardzo zajęty dzień, bo każdy nowy przybysz wchodził do jej pokoju, żeby się przywitać, wręczyć kwiaty i pogadać. Mama, choć urodzona w Jaworznie, jest z natury góralką i harcerką, więc nic jej nie straszne. Wspominała to potem przez kilka dni, mimo, że pamięć już bardzo szwankuje. Bardzo dobrze też jej zrobiła obecność gości z dalekiego południa: córki jej zmarłego brata, siostry Taty z mężem i naszej najbliższej prrzyjaciółki, która od dziecka uważa ją za swoją drugą mamę, więc doceniam ich trud w pokonaniu ciężkiej drogi z jednego końca Polski na drugi.

Konstatuję wobec powyższego, że nasz wysiłek w przygotowaniu imprezy się opłacił z nadwyżką, zwłaszcza, że szczególnie dobrze wpłynęła ona na Mamę, która po niej odzyskała trochę chęci do życia.

Moja emigracja czyli właściwie skrócona historia 60% mego życia – cz.1.

Od powrotu z Anglii do Polski w 2011 roku nosiłam się z zamiarem opisania mojego 38-letniego doświadczenia emigrantki, ale za każdym razem kiedy chciałam się do tego zabrać rezygnowałam, bo temat prawie nie do ogarnięcia.  Najwidoczniej nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby temat podzielić na różne aspekty lub części chronologiczne i pisać o nich osobno, a nie od razu o całości.  Dopiero teraz to do mnie dotarło, więc może zmobilizuję się do systematycznej relacji. Póki co, chcę się odnieść do artykułu o Polkach na emigracji w magazynie Wysokie Obcasy, gdzie jakaś pani, spędziwszy 4,5 roku w Meksyku, wypunktowuje swoje lekcje życiowe płynące z tego doświadczenia, dając mi w ten sposób jakiś zaczep w tym nieogarniętym temacie.

W punkcie 3 ta pani pisze: „Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.”   Moje doświadczenie było zupełnie inne:  nie przywoziłam przysmaków z Polski, chociaż bardzo chętnie objadałam się nimi podczas częstych wizyt w kraju.  Pierwsza praca mojego małżonka jako nauczyciela matematyki w szkole średniej była marnie płatna, a ja studiowałam podyplomowo, więc nasze środki do życia były bardzo ograniczone i po zapłaceniu za mieszkanie niewiele zostawało, z czego dużo pochłaniały podróże do Polski na Boże Narodzenie, Wielkanoc i urlop letni, mimo, że ówczesne loty tzw. czarterowe były tańsze od biletu kolejowego do Szkocji.  Wobec tego starałam się gotować co się da, byle tanio i pożywnie, kupując najtańsze produkty w supermarkecie i wymyślając potrawy z nich, w czym czasem inspirowały mnie przepisy znalezione w czasopismach czy sklepowych ulotkach.  Np.  pamiętam takie danie, które bardzo przypadło nam do gustu, a powstało kiedy wakacyjnie koczowaliśmy pod namiotem w ogrodzie przyjaciół teściowej, gdzieś na zapadłej wsi w hrabstwie Kent.  Ponieważ do jakichkolwiek sklepów było bardzo daleko, dwa razy w tygodniu przyjeżdżał tam objazdowy sklep, czyli pan z furgonetką zapełnioną podstawowymi produktami spożywczymi, takimi jak chleb, mleko, sery, mięsa, konserwy i warzywa. Raz kupiłam puszkę pomidorów, wędzony boczek i ziemniaki i wyszedł z tego pyszny obiad, ugotowany na patelni na maciupciej kuchence campingowej.

Zresztą praktykę w gotowaniu tanich posiłków zaczęłam już wcześniej, kiedy to przez ostatnie 3 lata studiów mieszkałam z mężem w Poznaniu, w wynajętym pokoju ogrzewanym piecem węglowym i przylegającym do sypialni gospodyni, w której ta, za niespecjalnie dźwiękoszczelną ścianą, regularnie i głośno zabawiała się z sąsiadem podczas nieobecności męża.  Mieliśmy dostęp do lodowatej łazienki, w której okno musiało być cały czas otwarte, żeby uniknąć zatrucia czadem lub gazem oraz do bardzo podstawowej kuchni, a ponieważ miałam w posiadaniu duży garnek, przyrządzałam w nim pożywne i smaczne eintopfy, które, spożywane ze świeżym pieczywem, starczały nam na kilka obiadów.

W punkcie 4 artykułu stoi: „Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni. „   U mnie było inaczej, raczej starałam się poznawać tubylczą kuchnię, bo byłam nastawiona na integrację, a nie na odtwarzanie Polski w Anglii.  Uważałam, że skoro tam zamieszkałam na dobre, to powinnam zrobić wszystko, żeby stać się członkiem tamtego społeczeństwa i poczuć się w domu, bo inaczej cała moja egzystencja w Anglii byłaby na zasadzie wyobcowania, co na pewno nie byłoby psychicznie  komfortowe.  Zresztą w moim otoczeniu akurat żadnych Polaków nie było.  W tym pierwszym, trudnym okresie kiedy brakowało nam pieniędzy na życie, faktycznie chciałam gotować polskie zupy na bazie rosołu, bo wiedziałam, że są pożywne i tanie (a poza tym angielskie się do nich nie umywały) i z wielkim  zdziwieniem odkryłam, że korzenie pietruszki są tam nieznane i niedostępne, a jak tu ugotować rosół bez pietruszki?  W końcu zdecydowałam się na zastąpienie jej natką i też było dobrze.  Polskie potrawy zaczęłam gotować dopiero po wielu latach pobytu w Anglii, głównie w celu zaimponowania gościom zaproszonym na obiad, ale niestety bez większego powodzenia.  Anglicy z reguły uznają kwaśne rzeczy za zepsute, więc moje pyszne marynowane śledzie, zupa ogórkowa czy wspaniały barszcz nie zyskały poklasku, chociaż prawdziwa pomidorowa ze świeżych pomidorów się przyjęła i była kulinarnym sukcesem, może dlatego, że jest znana i lubiana w Anglii, ale według mnie ich wersja to nic innego niż podgrzany sok pomidorowy, który ja preferuję czysty na zimno albo z lodem, pieprzem i solą lub z kilkoma kroplami Angostury Bitter i wódką  jako cocktail Bloody Mary.

Punkt 6 brzmi: „Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.”  Właściwie, za wyjątkiem drugiego zdania,  to się zgadzam.  Nigdy nie osądzałam ludzi przed ich poznaniem, więc nigdy nie miałam w głowie wizerunków ludzi, z którymi mogłabym się nie dogadać.  Faktycznie, w Anglii  poznałam, głównie w pracy, osoby, z którymi nie nawiązałabym kontaktu w Polsce z tej prostej przyczyny, że takowych w ojczyźnie nie było. Praca i stosunki towarzyskie z przedstawicielami innych narodowości i ras niż moja własna bez wątpienia rozszerzyły moje poglądy, zrozumienie świata i tolerancję różnorodności, skutecznie eliminując moje, niezbyt zresztą  silne uprzedzenia, wynikające jedynie z braku zaznajomienia i uświadomienia.

Punkt 7 mówi: „Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!”  Mnie to akurat nie dotknęło, bo wychodząc za Anglika, władałam angielskim na tyle dobrze, że takie tłumaczenie wpadek by nie przeszło.

Punkt 14: „Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.”   Ja nie czekałam, tylko wzięłam się za zdobywanie swojego miejsca w angielskim świecie pracy. Owszem, tęskniłam, ale to się dało ogarnąć, bo często dzwoniłam do domu, raz na tydzień wymieniałam obszerne listy z siostrą i odwiedzałam rodzinę w Polsce trzy razy w roku, a w późniejszych latach nawet 5 razy. Przez pierwsze 2/3 mojej emigracji wcale nie zastanawialiśmy się nad powrotem do Polski; układ był korzystny dla obu stron, bo przebywanie w Anglii pozwalało nam zaopatrywać moją rodzinę w cukier do zapraw (w czasach kartkowych), lakiery do własnoręcznie konstruowanych mebli (bo innych nie dało się zdobyć) oraz materiał obiciowy do tychże; lakiery samochodowe, lekarstwa, używane zamrażarki, agregatory i Bóg wie co jeszcze. A w drugą stronę nie tęskniłam, dopóki nie wzięłam psa, który na czas naszych wyjazdów zostawał pod opieką  pani, która przez wiele lat pomagała mi w domu i zamieszkiwała w nim podczas naszej nieobecności.

Mogłabym ustosunkować się do każdego punktu artykułu, ale nie widzę takiej potrzeby – to co napisałam powyżej adekwatnie oddaje główne aspekty mojego doświadczena na emigracji.  W następnym odcinku tej sagi wyjaśnię dlaczego znalazłam się na obczyźnie.

Pyszny zimowy obiad po (nie całkiem) włosku

Ostatnio podałam gościom na stół obiad, który pozyskał ogólny poklask, mimo, że główne danie robiłam po raz pierwszy.   Często robię takie eksperymenty, ale tylko wtedy, kiedy wiem, że cokolwiek zrobione z tych składników nie może być niedobre. Zasada, moim zdaniem, jest ogólnie bezpieczna, chociaż wpadki spowodowane błędną techniką przygotowania też mi się zdarzały.

Główne danie zainspirowały niedawno oglądnięte przeze mnie  filmiki z kulinarnej podróży po Wloszech dwóch doskonałych szefów kuchni: Antoniego Carluccio i Gennaro Contaldo.  Carluccio kiedyś był mistrzem sztuki kulinarnej dla młodego Contalda, a Contaldo z kolei  szkolił tak bardzo dziś popularnego Jamiego Olivera.  Restauracje Carluccio znam z Londynu, często jadałam w nich śniadanie, kiedy na umówione spotkania z klientami przybywałam na miejsce dużo za wcześnie (żeby się nie spóźnić), więc oczekując  na wyznaczoną porę, dla zabicia czasu spożywałam różnorodne i wspaniałe wypieki chlebowe maczane w doskonałej oliwie, popijając kawą latte.  Bywałam też w jego restauracjach na obiady i kolacje, ale potrawy były trochę udziwnione jak na mój gust.

Natomiast jego uczeń, Gennaro Contaldo, ujął mnie prostotą przepisów,  ogromnym entuzjazmem i szczerą miłością do gotowania.  Jamie Oliver, z którego przepisów często korzystam, chyba to ma właśnie po nim.

Na pierwsze danie podałam zupę z soczewicy, którą robię z wędzoną słoninką – możliwie dlatego, że czytając za młodu  Sienkiewicza, napotkałam wzmiankę o potrawie z soczewicy ze słoniną, na myśl o której ślinka mi ciekła.  Przysiąc nie mogę, bo było to baaardzo dawno temu, ale tak mi się wydaje.

Drugie danie było z przepisu Gennaro Contaldo na włoskie Ragu (oni tak piszą „ragout”) alla Napoletana, dostosowanego do polskich produktów i oczywiście z dodatkiem czosnku od siebie, bo bez niego nie wyobrażam sobie mięsnych potraw.  Danie może mało wykwintne, ale za to bardzo smakowite, w sam raz na pyszny zimowy obiad dla przyjaciół lub rodziny.  Na oko mało jest w nim przypraw, ale to nie przyprawy lecz smaki wygotowane z mięs i pomidorów nadają tej potrawie cały charakter.

 

Ragout alla Napoletana – porcja na ok. 10 osób

0,5 kg niezbyt tłustych żeberek

0,5 kg taniej wołowiny z tłuszczem, np. szponder, mostek (ale nie pręga), jeżeli z kością to więcej

2 laski kiełbasy polskiej

2 średnie cebule

3 średnie ząbki czosnku

3 puszki krojonych pomidorów (część można zastąpić passatą)

1 puszeczka przecieru pomidorowego

1/3 butelki czerwonego wina

1 pęczek świeżej bazylii

Oliwa, sól i pieprz

0,5 kg makronu włoskiego fusili lub farfalle (chodzi o to, żeby nabierał sos)

Mięso umyć i pokroić: żeberka, jeżeli są długie, przerąbać na pół tasakiem i pokroić na pojedyncze, a wołowinę pociąć na grube paski.

Kiełbasę pokroić na spore kawałki, ok. 4 – 5 cm długości

W sporym garnku o grubym dnie, na dużym ogniu, mocno rozgrzać kilka łyżek oliwy i dorzucić pokrojone mięso z kiełbasą.  Mieszając je często, lekko zrumienić.

Posypać solą i pieprzem.

Dodać grubo pokrojoną cebulę i trochę zeszklić, a potem dorzucić rozgniecione ząbki czosnku na 30 sekund.

Wlać wino i odgotować  niemalże całe.

Rozbełtać przecier pomidorowy w małej ilości wody i wlać do garnka, a potem dodać krojone pomidory z puszek, ewentualnie passatę, i lekko zgnieciony pęczek bazylii.

Przykryć i dusić na bardzo małym ogniu przez co najmniej 3 godziny, aż mięso zacznie odchodzić od kości.

Ugotować makaron wg instrukcji na opakowaniu – jeżeli jest prawdziwie włoski, to na nasze można dodać kilka minut, powinien być jędrny, ale nie surowy w środku.  W tym daniu makaron można mieć gotowy nawet pół godziny wcześniej, co jest bardzo przydatne.  Po ugotowaniu do odpowiedniej miekkości, makaron przelać zimną wodą i pozostawić do kompletnego odcieknięcia.

Kiedy mięso będzie ugotowane, sprawdzić i ewentualnie poprawić sól i pieprz, potem łyżką cedzakową wyjąć mięso na półmisek, usuwając luźne kości, a do pozostałego sosu z drobinami rozgotowanego miesa dodać makaron i wymięszać.  Oba naczynia podać do stołu z odpowiednimi czerpakami: do makaronu w sosie łyżkę cedzakową, a do mięsa łyżkę i widelec i zaprosić gości do częstowania się wedle uznania.

Smak potrawy jest intensywny, więc może nie każdemu będzie odpowiadał, ale nam wszystkim  bardzo smakowała, mimo, że z powodu wczesnej pory i czekających obowiązków nie popijaliśmy jej czerwonym winem, o które aż się prosiła.

Dalszy ciąg wrażeń z powrotu do Polski

To już mój trzeci wpis dzisiaj, bo nadrabiam zaległości po tygodniu nieobecności.  Tym razem kulinarnie. Mieszkając przez 39 lat w Anglii, głównie w kosmopolitycznym Londynie,  poznałam smaki wielu egzotycznych dla mnie kuchni, m.in., hinduskiej, nepalskiej, chińskiej, taiwańskiej, greckiej, japońskiej, libańskiej i filipińskiej (tej ostatniej nie polecam!). Miałam też wiele okazji, aby zaznajomić się z kuchnią angielską, która w najlepszym wydaniu pochodzi z północy kraju, oraz z modnymi kuchniami wegetariańskimi.  Ponieważ bardzo lubię gotować, zaczęłam eksperymentować i w rezultacie potrafię przyrządzić całkiem jadalne curry (w wersji hinduskiej lub afrykańskej), grecką moussakę, chiński stir-fry oraz typową angielską pieczeń wołową lub jagnięcą z pieczonymi ziemniakami, pasternakiem i obowiązkowym, rzadkim sosem pieczeniowym.

W Anglii łatwo kupić warzywa i mięsa potrzebne do wszystkich tych potraw (nawet korzeń pietruszki i seler do polskiego rosołu, których Anglicy zwykle nie używają.  Seler od kilku lat jest dostępny w supermarketach, ale po pietruszkę trzeba pójść do polskich sklepów, których w Londynie jest sporo).

Po powrocie do Polski najbardziej odczułam brak jagnięciny w sklepach mięsnych. To jest moje smakowo ulubione mięso (na dodatek podobno z mniejszą zawartością cholesterolu niż inne), którego bardzo często używałam w Anglii, w postaci grillowanych kotlecików z kością, bardzo smacznej  pieczeni z łopatki lub duszonych giczy. Nie rozumiem, dlaczego tego w Polsce nie ma: owce hoduje się nagminnie na Podhalu, ale też i w inych częściach kraju, więc mięso powinno być.

Składniki do innych potraw z w/w kuchni są ogólnie dostępne w supermarketach.

Może trzeba założyć towarzystwo propagowania jagnięciny?