Neapol – zobaczyć i umrzeć, cz.1

Dawno nie pisałam, bo zawładnęła mną bez reszty polityka, a o tym nie chciałam, żeby nie ściągnąć na siebie fali hejtu.  Teraz nadarzył mi się bezpieczniejszy temat, więc znowu piszę.

Neapol – miasto historii, piękna i tętniącego życia w chaosie, biedne, zaniedbane i kompletnie nieprzewidywalne.  To nie Rzym czy Mediolan, nawet nie Palermo (choć to już „cieplej”), więc wybierając się tam, nie wolno mieć oczekiwań wyrobionych na podstawie wizyt w innych miastach.  Trzeba nastawić się na wszystko i brać Neapol takim, jakim się go znajduje, bo jedynie takie podejście gwarantuje pełną satysfakcję.  Wybrałam się tam z mężem na zaledwie cztery noce, ale ile wrażeń!  Opisać się nie da, trzeba to osobiście przeżyć, ale tu spróbuję choć trochę odzwierciedlić moje odczucia.

Przylecieliśmy bez problemów bezpośrednim lotem z Gdańska w czwartek wieczorem i wzięliśmy taksówkę z lotniska do odległego o ok. 4 km historycznego centrum Neapolu, gdzie znajdował się nasz wcześniej zamówiony, prywatny apartament.  Nota bene, nie polecam tej podróży kobietom  w zaawansowanej ciąży, droga jest tak wyboista, że można poronić, albo zgubić zęby, jeżeli ma się sztuczną szczękę.  Kierowca nie bardzo wiedział, gdzie jest podany przez nas adres, podpowiadałam mu najbliższe główne ulice, szperał w telefonie, w końcu wysadził nas w ślepym zaułku pod szerokimi schodami, pokazał, że mamy iść na górę, wziął 25 euro i odjechał.  Niezupełnie byliśmy przekonani, że to nasza ulica, nie było nazwy, a numeru 8 też nie było i po schodach w górę numery rosły.  Pytaliśmy o naszą ulicę najpierw jedną, potem drugą osobę, które akurat wychynęły z czeluści otaczających budynków, ale żadna nie kojarzyła tej nazwy.  Zaczęło być trochę straszno:  ciemna noc, obce miasto, nie wiadomo gdzie jesteśmy i czy to w ogóle jest właściwa dzielnica.

Łapiemy za telefon i dzwonimy do właściciela apartamentu:  pomocy, zgubiliśmy się! Podajemy nasze namiary i po dwóch minutach pojawia się nasz gospodarz, Niki, okazuje się, że taksówkarz wiedział, co robi, do tego miejsca są dwie drogi, obie przez schody, a on nam wskazał jedną z nich, tylko za wcześnie zwątpiliśmy.  Niki prowadzi nas do apartamentu, gdzie serdecznie wita nas również Pepe, jego przyjaciel mieszkający w tym samym domu.  Nie dając nam ochłonąć po podróżnych wrażeniach, Niki oprowadza nas po apartamencie a potem zaczyna opowiadać o Neapolu i jego historii, pokazując na planie miasta najciekawsze miejsca i widoki – widać, że dużo wie i zależy mu, żebyśmy byli zadowoleni i dużo zobaczyli. Nawet chce z nami wyjść i coś pokazać, ale odmawiamy, bo jesteśmy zmęczeni, więc zostawia nas w spokoju.

Apartament nazywa się Casa San Marcellino, jest czysty i dobrze wyposażony, i chociaż śniadania nie są wliczone w cenę, Niki zostawił nam w lodowce mleko i sok pomarańczowy oraz cztery brioszki z czymś pysznym w środku.  Zaraz przy wejściu jest łazienka z prysznicem, umywalką, klozetem i bidetem; dalej jest duży pokój z częścią kuchenną, stołem i krzesłami i kanapą , a potem duża sypialnia z podwójnym łóżkiem i obszernymi szafami, z której wychodzi się na wąski balkon, bardzo dla mnie ważny z powodu palenia.  Wszystko wygląda świeżo i funkcjonalnie, a nawet przestronnie.  Najbardziej fascynują mnie kafelki w kuchni, bo kafelki kolekcjonuję   – tu na ścianie jest 20 różnych wzorów, policzyłam!  Mieszkać tu wygodnie mogą cztery osoby, bo kanapa w dużym pokoju jest rozkładana.

Niki ma jeszcze drugi apartament w innej dzielnicy, ale nasz jest nowy, jesteśmy dopiero 5-tą partią gości, więc może odrobinę ryzykowałam, zamawiając go przez booking.com, ale absolutnie nie żałuję tego wyboru.  Znajduje się w historycznym centrum Neapolu (centro storico), na ulicy Rampe San Marcellino, skąd wszędzie jest blisko.  Dom stoi na górce a balkon wychodzi na dziedziniec pomiędzy wysokimi, nierzadko odrapanymi kamienicami.   Z niego obserwowałam codzienne, zwykłe i prawdziwe życie lokalnych mieszkańców oraz ich wypraną bieliznę własną i pościelową, wywieszoną na balkonach lub na przesuwanych sznurkach pod oknami .  Właściwie to nie chciałam podglądać, ale spędzając tyle czasu na balkonie (w sprawie palenia)   musiałam to i owo zauważyć, np. ten wyglądający na całkiem opuszczony budynek naprzeciwko, z pustymi lub zabitymi deskami dziurami po oknach i niewielkim, poszarpanym otworem na samym dole.  Jedno okno na piętrze miało firankę i jednak ktoś tam mieszkał; dziura na dole okazała się mieć drzwi, przez które, zamykając je za sobą, wszedł jakiś człowiek, a później zapaliło się światło w tym oknie.

Po wyjściu Niki doszliśmy do wniosku, że coś trzeba wypić i zjeść, więc poszliśmy na odległą o najwyżej 100 m główną ulicę, Corso Umberto I (bo sklepy, które Niki nam pokazał po drodze do apartamentu już się zamknęły).  Trafiliśmy zaraz na Cafe Universita, obiekt, który wydawał się sprzedawać jedynie ciastka i lody, ale w desperacji zajrzeliśmy tam.  Piwo było (co prawda Heineken, a nie włoskie),  zamówiliśmy i mój mąż zaczął wypytywać o jakiekolwiek jedzenie poza ciastkami.  Młody kelner nie bardzo się orientował, mówił coś o kanapkach, ale w tym momencie weszła zawinięta w chustę starsza pani i najwidoczniej coś zarządziła, bo po chwili przybyła  młodsza kobieta i okazało się, że możemy dostać ciepłe pizze. Zamówiliśmy po jednej i przenieśliśmy się na zewnątrz, bo tam też były stoliki.  Pizze były pyszne, zjedliśmy po pół, a resztę zabraliśmy ze sobą w pudełkach chętnie dostarczonych przez obsługę i zjedliśmy je na zimno w piątek na śniadanie, bowiem pizza na zimno jest świetna, o ile nie włoży się jej do lodówki.

Następnego dnia, w piątek, najpierw udałam się do najbliższego sklepu,  który znajdował się na placyku poniżej, po prowiant na śniadania i kolacje, bo główne posiłki zamierzaliśmy jeść w restauracjach.  Nie było to proste, bo w momencie wejścia do sklepu opuściły mnie te moje 50 czy 100 włoskich słów, ale wszyscy byli bardzo cierpliwi i pomocni, więc udało mi się kupić pyszne małe pomidorki, doskonały chleb, riccottę, duże zielone oliwki przyprawione chilli, fileciki maleńkich białych rybek w oleju, serek w woskowym woreczku zamiast skórki (prawdopodobnie owczy), pyszne salami Napoli i serek Bel Paese, tylko dlatego, że pamiętałam go z Anglii.  Jak się okazało przy konsumpcji, to było cos zupełnie innego, tyle że tak samo opakowane:  ten był biały i bardzo delikatny, a tamten angielski smakiem i kolorem  bardziej przypominał serek topiony.  Do tego wzięłam chamski 3l plastikowy pojemnik lokalnego czerwonego wina za 5 € plus chrupiące maślane ciasteczka z ciasta francuskiego.  Zaraz po otwarciu wino wydało mi się kwaśne i się trochę przeraziłam, ale po kilku minutach na powietrzu okazało się wybitnie pitne, więc piliśmy je codziennie do końca pobytu.  Już za naszym pierwszym pobycie we Włoszech, wiele lat temu, przekonaliśmy się do taniego lokalnego wina i tym razem też nas nie zawiodło.

Po niespiesznym śniadanku w naszym apartamencie wybraliśmy się na chyba najważniejszą dla mas atrakcję Neapolu:  Spacca.  Jest to bardzo długa , wąska i prosta ulica przecinająca historyczne centrum miasta na pół, więc otoczona zabytkowymi budowlami, w wielu wypadkach bardzo „zmęczonymi”.    Mieszczą się na niej niezliczone stragany oferujące niezliczonym turystom straszne badziewie, ale również antykwariaty i warsztaty artystów.   Najwięcej było plastikowych czerwonych papryczek chilli w formie breloczków, wisiorków, itp., w rozmiarach od 2 do 20 cm, były na każdym straganie w zastraszających ilościach.  Głowiłam się nad tym, dopóki nie zobaczyłam plakietki z taką papryczką i podkową i modlitwą o szczęście, doszłam wtedy do wniosku, że to ichni amulet, ekwiwalent naszej podkowy.

Oprócz tego na straganach dominowały domki: małe, drewniane, pokroju miejskiego, pozlepiane po dwa czy trzy albo też średnie i duże modele staro wyglądających domostw/dworków z zapalonymi światłami w komnatach, rozpalonymi kominkami lub fontannami na dziedzińcu. W większości był to straszny kicz, ale niektóre były niezaprzeczalnymi dziełami sztuki.

Było też dużo małych makiet ruchomych scenek, np. kucharz wsadzający chleb lub pizzę do pieca, tryskające fontanny czy inne podobne. Chodziliśmy tam około godziny, ale ani raz nie zauważyłam, żeby ktoś coś kupował, a przechodziły tamtędy całe stada turystów.

Potem zgłodnieliśmy, więc ruszyliśmy w stronę domu, po drodze natykając się na rogu Corso Umberto i jakiejś mniejszej uliczki na Restaurację Bistro (chyba tak się zwała, ale głowy nie dam), która od frontu wyglądała zupełnie nieciekawie: dwa stoliczki na zewnątrz, nakryte ciemnoczerwonymi, papierowymi obrusami i szklane drzwi do środka, urządzonego jak najzwyklejszy tani bar, z metalowymi stolikami i krzesłami.  Już chciałam ją ominąć, ale mąż zauważył przed nią tablicę, oferującą dwa interesująco brzmiące zestawy obiadowe po 12 €, jeden pod tytułem Menu Terra (ziemia) a drugi Menu Mare (morze),więc zdecydowaliśmy się spróbować i warto było.  Mąż zamówił Terra, ja miałam ochotę na Mare, ale trochę się obawiałam, że może zawierać ukryte małże, na które jestem tak uczulona, że pewnie gdy następny raz je zjem, to mnie zabiją, bo za każdym razem reakcja jest silniejsza, więc wzięłam tylko penne z cukinią i krewetkami, co zresztą smakowało znakomicie: cukinia i krewetki pokrojone były w kostkę i podane w aromatycznym sosie serowym.  Menu Terra okazało się obfite i pyszne: najpierw podali chrupiącą bruschette z ziołami, paprykami i ogórkiem w kosteczkę, potem Zeppeline – kulki z brokuła czy cukini w cieście, potem talerz gnocchi (malutkie ziemniaczano-mączne kulki) w smacznym sosie pomidorowym, następnie mały, cienki befsztyk z frytkami, a na koniec kawę. Do tego bez specjalnego wysiłku wypiliśmy butelkę lekkiego, dość taniego, ale dobrego czerwonego wina.

Po takim obżarstwie udaliśmy się, wzorem mieszkańców krajów śródziemnomorskich,  do domu na bardzo zasłużoną popołudniową drzemkę, po której ponownie wyruszyliśmy w Neapol, o czym napiszę w następnym odcinku.

Chorwacja

We wrześniu na parę dni odwiedziliśmy Chorwację, która natychmiast sprawiła mi problem językowy.   Jeżeli ma się na myśli region, to byłam na Chorwacji, a jeżeli państwo, to w Chorwacji, i jak tu wszystkich zadowolić?  Tak samo jest z Ukrainą i Słowacją.   „Na” używa się do regionów i wysp, a „w” do państw, ale co jest poprawne, kiedy i państwo i region mają tę samą nazwę? Zabójczy jest ten polski język!  Odstawiając ten problem na boczny tor, postaram się w poniższym wpisie oddać moje wrażenia z tego wypadu.

Podróż była, delikatnie mówiąc, upierdliwa, bo bezpośrednich lotów do Splitu nie było ani z Gdańska ani z Warszawy ani nawet z Berlina czy Frankfurtu,  więc musieliśmy lecieć przez Londyn, czyli bardzo okrężną drogą. No ale dotarliśmy na miejsce.  Po tylu godzinach spędzonych na lotniskach, w samolotach a potem w autobusie, który dowiózł nas do miasta, pragnęłam tylko kilku zastrzyków nikotyny oraz bardzo zimnego piwa, co, na szczęście,  udało mi się zrealizować w podłej kafejce tuż przy stacji autobusowej.

Tymczasem gospodarz zamówionego wcześniej apartamentu już czekał na miejscu i niecierpliwił się naszym opóżnieniem.  Telefonicznie doradził nam dojście do apartamentu piechotą wzdłuż nabrzeża, bo taksówka i tak dojechałaby tylko na najbliższą przecznicę od naszej ulicy. Nie było daleko i mieliśmy jedynie lekki bagaż podręczny, ale poza płaskim paskiem nabrzeża droga wiodła dość stromo pod górę, więc osoby z większym bagażem miałyby ciężko, i, pomimo, że uprzednio dokładnie przestudiowałam lokalizację na  booking.com, takich wiadomości nie uzyskałam.

Jednak nie mogę narzekać:  długa podróż i, w dużo mniejszym stopniu,  pieszy dostęp do kwatery  były jedynymi  mankamentami  tej wyprawy (to drugie okazało się być dużym problemem dla pary Izraelczyków, którzy dobili do naszej kwatery jednego wieczora wyrażnie w stanie wyczerpania fizycznego i psychicznego).  Wszystko inne było zachwycające! Widoki, jedzenie, klimat, zapachy, morze i bardzo serdeczni tubylcy. Nawet język mi się spodobał, bo nie był aż tak różny od naszego. Niektóre wyrazy były bardzo podobne lub wręcz takie same, np. kontrola, potpis, pivo, a wielu znaczeń można się było domyślić przy odrobinie chęci i wyobrażni, np. ljekarnia – apteka, otkup – skup, pekarna / pekarnica – piekarnia.   Nad innymi trzeba się było dużo bardziej zastanowić, ale we własnym kontekście nabierały oczywistego znaczenia, np. blagalnja w banku to kasa, mesnica jako sklep to sklep mięsny, a namaz na plastikowym pudełku w sklepie spożywczym to smarowidło do chleba.  Spotkałam też słowa rosyjskie, np. czaj – herbata czy bolnica – szpital. A najszybciej nauczyliśmy się wyrazu hvala czyli dziękuję, bo zupełnie jak polskie chwała.

Moim najsilniejszym wrażeniem ze Splitu jednak pozostaną ryby. Każda szanująca się restauracja (a było ich mnóstwo) brała sobie za punkt honoru podawanie najświeższych ryb z porannego połowu.  Wobec tego w ich menu pozycje takie jak filet z dorady, itp., były bardzo nieliczne, natomiast na  samym czele widniały: ryba klasy I, ze świeżego morskiego połowu – 430 kuna za kilogram, ryba klasy II,  świeża ale z hodowli  – 310 kuna (1 kuna to 56 groszy, więc orientacyjnie można było ceny dzielić na pół).  Jeżeli to się zamówiło, to przynosili wielki półmiskek świeżych ryb i kazali sobie wybrać sztukę, a potem ważyli i odpowiednio kasowali.  A nawet jak się zamówiło danie, które opiewało na filet, to dostawało się całą rybę, ale małą.  Podawali je otoczone w pachnące zioła i z grilla, nie elektrycznego, ale prawdziwego z węglem drzewnym i to było niebo w gębie.  Niezdecydowani mogli też zamówić  półmisek ryb na dwoje, co raz uczyniliśmy i bardzo nam smakowało, bo  to był cały okoń morski oraz steki z tuńczyka i dwóch innych, mięsnych ryb w towarzystwie langust i krewetek, które niestety na poniższym zdjęciu nie figurują, bo wcześniej  zdążyłam je skonsumować.  

Po raz pierwszy w życiu jadłam dość płaską i paskudnie wyglądającą rybę z wielką głową i grożnymi kolcami na grzbiecie i płetwach, która po angielsku zwie się John Dory albo Peter’s Fish, a po polsku piotrosz.  Nazwa John Dory była mi znajoma, musiałam się chyba z nią zetknąć w angielskiej literaturze, bo na pewno nie w żadnym supermarkecie, a w Anglii ta ryba była znana i ceniona już w drugiej połowie 19-go wieku.  W Splicie po raz pierwszy spotkałam ją „na żywo”  (no może niekoniecznie na żywo z punktu widzenia tej sztuki, ale w każdym razie oko w oko).  Polecił mi ją kelner, któremu zaznaczyłam, że półtorakilogramowej ryby nie zjem, więc proszę o mniejszą.  Ugrillowana była doskonała, bardzo delikatna, trochę jak sola, ale bardziej mięsista.  Wspaniałość!  Absolutnie nie jestem  zagorzałą miłośniczką ryb (pewnie głównie z powodu ignorancji), zwłaszcza że kilka razy się porządnie rybą zatrułam, ale w Splicie rzuciłam uprzedzenia na wiatr i sobie nie odmawiałam, jadłam je codziennie i nie żałuję. Jeżeli jeszcze raz zdecyduję się wybrać na Chorwację, to powodem będą te ryby.

Nasza kwatera była fajna, kompletnie adekwatnie wyposażony apartamencik (bo malutki) na wysokim parterze pięknego domku, z dostępem na ganek, z którego schodki prowadziły na ulicę. Na ganku stał stoliczek z dwoma krzesłami i tam właśnie jadaliśmy śniadania złożone z miejscowych produktów: wspaniałego chleba, pysznego sera, pomidorów  i suchej kiełbasy w rodzaju salami, które dostępne były w malutkim sklepiku spożywczym położonym  ok. 150 metrów od naszej kwatery.  Do tego jeszcze była miseczka świeżo ususzonych fig, które kupiliśmy na targu – sprzedawano je w torebkach plastikowych ze świeżymi  listkami laurowymi.  Nie miałam pojęcia, że te liście tak pięknie pachną jak są świeże, podejrzewałam, że może to są liście granatów i nawet zerwałam jeden z czyjegoś ogródka, żeby powąchać , ale jednak okazało się, że te nie pachną, więc to jednak liście laurowe.

Targi nas trochę ominęły, albo raczej my je, bo odbywały się rano, a nam, jak zwykle od czasu przejścia na emeryturę, nie udawało się ruszyć z pieleszy przed 12-tą.  Szkoda, bo to, co po nich pozostało wyglądało ciekawie.   Na targu rybnym w południe zostało już tylko jedno stoisko, na które ktoś akurat dowoził przed naszymi oczami skrzynkę świeżych  sardynek, a na targu zielonym było jeszcze kilka niemrawych stoisk z pomidorami, cukiniami i paprykami oraz ze dwa z wędlinami i serami. Nawet coś tam kupiłam, kilka pomidorów na śniadanie, a potem jeszcze jakiś dobry ser i salami, ale po mocno zawyżonych cenach, bo cwaniak sprzedawca zoczył frajera.  Ja często dobrowolnie daję się oszukiwać, bo zważywszy koszty emocjonalne i monetarne, dochodzę do wniosku, że tak będzie najlepiej. Ale nie zrozumcie mnie żle, jeżeli na czymś mi szczególnie zależy albo w rachubę wchodzi zasada, to nie pozwolę nikomu dmuchać w moją kaszę i się postawię!

Nie uda mi się tutaj opisać wszystkich moich wrażeń z Chorwacji, bo musiałabym chyba książkę napisać, więc na zakończenie chyba najstosowniejsza będzie skrócona chronologia. W dzień przylotu dotarliśmy do kwatery około 7-mej wieczorem, po powyżej wspomnianym postoju w kafejce na stacji autobusowej, i natychmiast udałam się do pobliskiego sklepiku w celu zabezpieczenia wiktuałów na śniadanie. Zaraz potem poszliśmy na kolację do najbliższej restauracji pod tytułem Głęboki Cień (tyle, że po chorwacku) i tam zjedliśmy cielęce steki z grilla, bo jeszcze nie ośmieliłam się do ryb.  Następnego dnia, po całkiem miłym śniadanku na ganku wyruszyłam sama na pobliskie wzgórze Marjan, podczas gdy mąż, oderwawszy się w końcu od obsługi swoich gadżetów, poszedł się umyć i ubrać. Po wspinaniu się po naszej uliczce przez tylko 10 minut, w ciągu których doświadczyłam  pięknego, kwiatowo-ziołowego aromatu chorwackich sosen oraz odgłosów tysięcy cykad, dotarłam na (prawie) szczyt i oszołomiły mnie wspaniałe  widoki na port  i miasto, z których żyła usytuowana tam restauracja.  Można jeszcze było iść wyżej, ale nie miałam ani czasu ani sił w tym upale.

Poszliśmy potem do banku w mieście, żeby wymienić pieniądze, bo gdzieś wyczytaliśmy, że na miejscu lepiej niż w obcych krajach.  Potem kupiłam sobie na jakimś  stoisku szal, którego używałam przez cały pobyt, a to jako osłonę przed słońcem czy wieczornym chłodkiem, a to jako spódniczkę przyzwoitkę kiedy byłam w szortach, a to znowu jako wyściółkę na twarde siedzenie na promie.  Odwiedziliśmy też te dwa targi, których już nie było i  zwiedziliśmy pałac, który jakiś wielki władca przygotował dla siebie, ale z którego nigdy nie skorzystał, pałac  już teraz wtopiony w okoliczne budynki , ale nadal imponujący.

Następnego dnia wybraliśmy się promem na najbliższą z tysiąca chorwackich wysp i jedną z pięciu zamieszkałych, Brać (Bracz), do jej głównego miasta Supetar.  Warto było, bo widoki po drodze były zachwycające, a sama wyspa też piękna, z kamienistymi plażami naokoło.  Zjadłszy tam jakiś niespecjalny, ale dobry lekki lunch, udaliśmy się na plażę, bo byłam zdeterminowana umoczyć stopy w Adriatyku.  Jednak stąpanie po kamyczkach bez wodnego obuwia przerosło moje granice bólu (chociaż widziałam, jak dwójka rozbrykanych dzieciaków bawiła się w wodzie bez problemów) i celu dopięłam dopiero powoli przesuwając się na własnym sprzęcie (siedzeniu)  do brzegu oceanu.  Podbudowana tym osiągnięciem wyciągnęłam mojego obolałego (od kręgosłupa) męża na spacer do najbliższego końca wyspy i było pięknie. Wróciliśmy na stały ląd tym samym promem i wtedy właśnie skonsumowałam tego piotrosza na kolację.

W końcu, przewidywalnie,  nadszedł ostatni dzień pobytu.  Samolot mieliśmy póżnym popołudniem, więc jeszcze zdążyliśmy odbyć śniadanko na ganku oraz zjeść pyszny obiad w restauracji:  ja doskonałego okonia morskiego, a mąż befsztyk. Powrotna droga mnie mocno wymęczyła:  dwa loty po dwie i dwie i pół godziny, szwendanie się po lotniskach i brak nikotyny sprawiły, że dotarłam na lotnisko w Gdańsku w bardzo zestresowanym stanie.  Już chyba nigdy nie zdecyduję się na taką długą podróż, chyba, że własnym samochodem gdzie mogę palić i odpoczywać kiedy chcę.

Ale Chorwację polecam bez zastrzeżeń!

Wizyta w Paryżu – cz.2

O Paryżu możnaby oczywiście pisać bez końca, ale spróbuję tu zmieścić resztę naszych najważniejszych wrażeń z tych trzech dni pobytu, z których jeden, niedzielę,  spędziliśmy prawie całkowicie pijąc i jedząc w barach i restauracjach, bo lało jak z cebra. Za to połaziliśmy sobie po mieście do woli i w sobotę, kiedy było ciepło i słonecznie, i w poniedziałek, też słoneczny ale zimny z powodu bardzo silnego wiatru.

W sobotę trafiliśmy na dwa małe targowiska żywnościowe, które we Francji są zawsze wyjątkowo piękne i ciekawe: piękne z powodu natchnionej aranżacji barwnych produktów na stoiskach, a ciekawe z powodu różnorodności towaru oraz dobrze poinformowanych, czasem ekscentrycznych, pomocnych sprzedawców, najwyraźniej kochających to co oferują publice.  Pierwsze odkryłam paląc przedśniadaniowego papierosa na balkonie, na placyku tuż przy naszym hotelu, więc tamże udaliśmy się zaraz po śniadaniu. Było tylko 6 czy 8 stoisk, z warzywami i owocami, serami, rybami,   wędlinami i może jeszcze jakieś inne,   ale nie pamiętam, bo natychmiast zaabsorbowały mnie sery i wędliny.  Najpierw obejrzałam sery, które na jednym stoisku wyglądały o wiele bardziej autentycznie niż na drugim.  Ażeby dać sobie czas do namysłu, poszłam potem do wędlin, gdzie od rozmaitości suchych kiełbas w rodzaju salami (saucisson sec) kręciło się w głowie.     Długo myślałam i oglądałam, spróbowałam jednej z osła i była bardzo dobra, ale w końcu kupiłam dwie bardziej tradycyjne, wieprzowe i przepyszne.  Później jeszcze wróciłam na to stoisko i poprosiłam, żeby mi pokrojono po kilka plasterków z każdej, włożyłam je do torebki i podjadaliśmy je przez cały dzień.  Potem udałam się po sery i kupiłam dojrzały kozi w czarnej posypce i jakiś inny, bardzo pachnący i tłusty.  Zjadłabym to wszystko na raz, ale na szczęście rozsądek wziął górę, odnieśliśmy je do hotelu i wyruszyliśmy w Paryż.

Następny rynek był trochę większy i ruchliwszy i najbardziej zaciekawiło mnie jedno stoisko z serami, któremu prezydował chyba ciut podpity właściciel w prawie napoleońskim kapeluszu.   Niektóre sery były imponujących rozmiarów, w życiu nie widziałam tak olbrzymich jak bardzo stary Cantal (dość łagodny, ale szlachetny i doskonały) i trochę młodszy Comte, którego nienapoczętych kół używano jako stołu do krojenia. 

Na inne, bardzo sławne, targowisko natknęliśmy się w poniedziałek, kiedy niestety było nieczynne: Marche des Enfants Rouges (Targ Czerwonych Dzieci) w 3-ciej dzielnicy, Rue de Bretagne.  Jest to najstarszy zadaszony targ w Paryżu, a jego nazwa pochodzi od sierocińca, który znajdował się w pobliżu i w którym dzieci nosiły czerwone mundurki czy może fartuszki. Bardzo żałowałam, że to był poniedziałek – zły dzień dla turystów we Francji, bo wiele interesujących miejsc jest zamknięte, np. wszystkie muzea.   Na dodatek okazało się też, że zamknięta jest piekarnia koło hotelu, której prężne działanie zaobserwowałam z balkonu w niedzielę i w której planowałam w poniedziałek zakupić świeże bagietki do naszych serów i kiełbas, żeby uczynić z nich kanapki na drogę powrotną.

Paryż ma swoistą architekturę, np. te typowe kamienice z balkonami i mansardami  czy te osławione, przepiękne, chyba bardziej fin-de-siecle niż art deco, stacje metra.   Tu nie ma małych budowli, wszystko jest z rozmachem, np. budynek domu towarowego Samaritaine (który stoi pusty, ale jest możliwość, że znowu ożyje)

    czy chyba 40-metrowej wysokości  pomnik na placu Bastille.    

W niedzielę chciałam iść na mszę do Notre Dame, co już raz kiedyś zrobiłam, ale dla pewności w sobotę poszłam sprawdzić, kiedy są msze i jak się tam dostać.  Oczywiście była spora kolejka do wejścia, ale stał przy nim znak, który kierował zwiedzających do wejścia po prawej, a kongregację mszalną do wejścia po lewej, więc większość kolejki szła w prawo.  Kiedy dotarłam tam w niedzielę rano, okazało się, że kolejka miała ok. kilometr długości (nie przesadzam), a znak ktoś odwrócił tyłem, tak, że wszyscy pchali się do wejścia mszalnego po lewej.  W katedrze jest ruch jednokierunkowy i przy wyjściu stał strażnik, ale dlaczego nikogo nie było przy wejściu, zwłaszcza w niedzielę?  Wobec takiego bałaganu zrezygnowałam z walki i ruszyłam w stronę hotelu.  Po drodze napotkałam kościół St. Gervais, w którym właśnie odbywała się msza, więc tam weszłam.  Trochę późno, bo już zbliżało się podniesienie, ale trudno, nie miałam wyboru.  Kościół był, jak wszystko w Paryżu, olbrzymi, i należał do jakiegoś zakonnego bractwa.  Bardzo uroczystą i długą mszę odprawiali bracia zakonni, a towarzyszyły im zakonnice zebrane przed ołtarzem.  Zamiast ławek były drewniane stołki i ludzie nie klękali, bo klęczników nie było, ale we właściwych momentach wstawali.  Msza była piękna, w akompaniamencie chóru zakonnic, ale najbardziej zachwyciło mnie zachowanie wiernych.  Wszyscy bez wyjątku zachowywali się bardzo nabożnie, poruszali się z namaszczeniem i cicho,  w ich postawach widać było ogromny szacunek i nie było wrzeszczących i biegających dzieci.  Dla mnie to było niezwykłe, bo w Anglii, we Włoszech i w Polsce na mszach jest hałas i rozgardiasz i takich rozmodlonych ludzi się nie widuje.

Podczas naszej poniedziałkowej wędrówki trafiliśmy na Pont de L’Archeveche, na którym od wielu lat odwiedzający Paryż wieszają kłódki z różnymi napisami upamiętniającymi ich wizytę.   Ogólny widok jest imponujący, ale zaczyna brakować miejsca do podczepiania kłódek, więc tworzą się z nich zwisające winogrona.   Szkoda, że byliśmy tam tak przelotnie, bo jestem pewna, że niektóre stare kłódki miałyby ciekawą historię do opowiedzenia.

Najzupełniej zgadzam się ze słowami znanej piosenki  „I love Paris in the springtime” – w mieście kwitła już wisteria   i niezwykłe, duże,  niebieskie kwiecie na drzewach, których nazwy niestety nie znam, a po drodze z lotniska Beauvais, ok. 90 km od Paryża, widziałam też pola kwitnącego rzepaku.

Jeszcze na koniec dwie ciekawostki, które zwróciły moją uwagę: artystyczne, trochę art deco,  wszechobecne miejskie kosze na śmieci   oraz apetyczne stoisko z owocami morza przy jakiejś restauracji. 

Wizyta w Paryżu (z dygresjami) – cz.1

Tydzień temu, w poniedziałek w nocy, wróciliśmy z weekendowego wypadu do Paryża, mojego ulubionego europejskiego miasta, w którym bywałam już z mężem wiele razy.  Mąż odwiedzał Paryż od najmłodszych lat dziecięcych, ponieważ tam właśnie mieszkali jego francuscy dziadkowie ze strony matki, ale pierwszy raz byliśmy tam razem w podróży „przedślubnej” w 1971 roku, kiedy to na dwa tygodnie przed wstąpieniem w związek małżeński uciekliśmy tam na tydzień, samolubnie i beztrosko pozostawiając wszelkie przygotowania do wesela, łącznie z listą gości i dopilnowaniem szycia mojej sukni, w rękach mojej Mamy oraz jej najbliższej przyjaciółki, w czym spisały się na medal. Przesunęły też termin ślubu na tydzień wcześniej, bo tak akurat pasowało najbliższej rodzinie z drugiego końca Polski, ale my nie ingerowaliśmy, byliśmy po prostu wdzięczni, że ktoś ma to wszystko pod kontrolą i my nie musimy sobie tym zaprzątać głów bujających w obłokach młodości i miłości.  Może właśnie dlatego nigdy potem nie mogłam zrozumieć dziewczyn, które przez rok przed ślubem pochłonięte były planowaniem wesela w najdrobniejszych nawet  szczegółach,  ale istnieje też możliwość, że wynikało to z mojego kompletnego braku romantyzmu.

Ostatni raz byliśmy w Paryżu ładne parę lat temu, ale, zapewne z powodu starczej demencji, ani mąż ani ja nie możemy sobie przypomnieć, kiedy to było. Mniejsza o to, ważne, że znowu nas tam zagnało i znowu odczuliśmy specyficzny czar tej metropolii.  Mimo wielu zmian i unowocześnień, Paryż to Paryż i nadal zachwyca atmosferą, architekturą i francuskością.

Nasz hotel był ok. 200 m od imponująco masywnego budynku merostwa Paryża,  w bardzo dostojnej  4-tej dzielnicy stanowiącej główną część rejonu Le Marais, obejmującego również partie 3-ciej dzielnicy.  Długo zastanawiałam się nad jego wyborem  (przez sprawdzony portal booking.com),  bo szukałam pokoju z balkonem, na którym mogłbym spokojnie palić.  W końcu trafiłam na Hotel de Nice na Rue de Rivoli, który, co prawda, w opisie zarzekał się, że wszystkie pokoje są dla niepalących, ale miał balkony.  Na miejscu okazało się, że w publicznych pomieszczeniach się nie paliło, ale w pokojach nie było to zabronione.  Dotarliśmy tam późno w piątek, więc przed zamknięciem lokali starczyło czasu jedynie na zaspokojenie pragnienia w jednym z siedmiu okalających hotel barów/bistro.  Pokój był maciupci  ale czysty, okna z podwójnymi szybami, które skutecznie izolowały od hałasu z zewnątrz,  łóżka wygodne, łazienka z dobrym ciśnieniem wody i bez tak częstych we Francji nieprzyjemnych zapachów czy odgłosów.   Na ścianach oraz większych panelach drzwi była niesamowicie kolorowa tapeta, przedstawiająca wielkie papugi na kwitnących gałązkach    – może w domu bym sobie takiej nie sprawiła, ale tu w jakiś sposób nie zgrzytała i pasowała do reszty.  Cały wystrój hotelu był intensywnie kolorowy, np. lustra na schodach zdobione trochę rażącym turkusem, ale w jadalni i holu przed recepcją kolory te pochodziły z przepięknych afgańskich czy perskich dywaników oraz ze stylowo i kolorystycznie z nimi zgodnymi, powłóczystych obrusów.  Wszystkie ściany w jadalni zawieszone były starymi  obrazami w ramach, a jedną prawie całkowicie zajmował wyglądający na oryginał portet eleganckiej kobiety w czarnej sukni, z małym pieskiem i kotem u stóp.  Do tego wszystkiego fantazyjnym ubiorem pasowała Madame, która pojawiła się w recepcji w poniedziałek, w beżowym szyfonowym szalu owiniętym na głowie, z którego na czubku  wystawał kok włosów, i w zwiewnej czarnej bluzce do bladoróżowych pantalonów.

Hotel zwał się Hotel de Nice i polecam go bez zastrzeżeń, nie tylko z powodu lokalizacji czy bogatego francuskiego wystroju z przełomu XIX / XX wieku, ale także z powodu przepysznego, typowo francuskiego śniadania za 8 €, co w porównaniu z 5 – 6 € za kawę w pobliskich barach jest bardzo przyzwoitą ceną.  Podawano kawę i ciepłe mleko, sok pomarańczowy, paczuszki prawdziwego masła i różnych dżemów,  a do tego duży kawałek świeżutkiej i chrupiącej bagietki oraz rozpływającego się w ustach croissanta. W jadalni słyszeliśmy krytyczne głosy angielskich gości,  a to że za mało, a to że bagietka zbyt chrupiąca i zębów szkoda, ale wytłumaczyliśmy je sobie ich nieznajomością francuskich zwyczajów.  Pamiętam, jak za którymś naszym pobytem w Paryżu zamówiliśmy śniadanie do pokoju, ale powiedziano nam, że skończyły się bagietki.  Mąż zrobił awanturę przez telefon, niezbyt gramatyczną francuszczyzną ale z właściwą intonacją, że to skandal, że jak tak można, i za 10 minut dostaliśmy śniadanie z bagietkami, które ktoś z personelu przyniósł z pobliskiej piekarni.  Dowód to niezbity, że francuskie śniadanie to instytucja, no i czy wypada na to narzekać?  Nie wiem jak reagują na nie Niemcy, którzy bez kilku rodzajów wędlin i sera żółtego oraz gotowanych jajek w towarzystwie rozmaitego pieczywa śniadania nie uznają, a Anglicy pewnie oczekiwaliby jajecznicy lub jajek na bekonie i tostów albo ewentualnie (ci bardziej o zdrowie dbający) płatków śniadaniowych z mlekiem i jogurtów, ale uważam, że francuskie śniadanie jest nieodłączną częścią narodowej tradycji i, zwłaszcza kiedy pieczywo jest takie doskonałe, należy to docenić.

Kontynuując temat jedzenia, tym razem jakoś nie trafiliśmy na zjawiskowo dobre potrawy, może dlatego, że jadaliśmy w dzielnicy Marais a nie np. we wcześniej nam znanych i kochanych okolicach Montmartre, a może dlatego, że Paryż się za bardzo skomercjalizował, ale i tak zjadłam pyszne ślimaki, niezwyczajnie przyprawione rozmarynem, dobry pasztet z kaczki z ziołami oraz znakomicie przyprawioną sałatkę z z chrupiącą sałatą Romaine, awokado, kurczakiem z grilla i serem pleśniowym.

I mąż i ja zaobserwowaliśmy wiele zmian od naszego poprzedniego pobytu, np.:

- nowocześniejsze  wagony i perony metro

- brak ofert „vin de table” (najtańsze wino stołowe) i mniejszą ilość tanich zestawów menu w baro-restauracjach

- wprowadzenie w barach, na modłę angielską, Happy Hours, czyli godzin, kiedy wszelkiego rodzaju napoje alkoholowe kosztują mniej niż zwykle

- wszechobecność „service compris”,  czyli napiwku zawartego w cenie serwowanego napoju czy dania

- zwiększoną ilość żebraków (spotykało się ich dosłownie co dwieście metrów) i wykorzystywanie przez nich psów, kotów i małych dzieci do wzbudzenia litości przechodniów.  Byli też inni, młodzi ludzie, niewyglądający na bezdomnych i zaniedbanych, którzy  stawiali przed sobą tabliczkę z napisem „Jestem głodny/a”, jakich przedtem w Paryżu nigdy nie widywałam.

I jeszcze jedno, co nie jest zmianą, a wręcz atawizmem: kawiarniane toalety nad którymi trzeba kucać, bo są po prostu pokrytą ceramiką dziurą w ziemi.

Co do bezdomnych,  to udało mi się poczynić trochę obserwacji, ponieważ, nie chcąc zaśmierdzać pokoju, często wychodziłam na balkon, żeby wypalić papierosa i to właśnie dało mi okazję do uzyskania odrobiny wglądu w ich życie.   Moja działalność przywodziła mi na myśl Georga Orwella, który prawie wiek wcześniej obserwował takich wyrzutków społeczeństwa („Down and Out in Paris” czyli „Na dnie w Paryżu”), jednak jego wyrzutkowie z 1929 1930 roku byli raczej nieporównywalni z moimi, bo z zupełnie innych powodów takimi się stali.  Ci na skwerze pod hotelem byli z nowszej generacji i tworzyli dobrze zorganizowaną grupę. W sobotę o 9-tej rano zauważyłam czterech mężczyzn, siedzących na ławce na końcu skweru.  Każdy miał zarost, czapkę, ciepłą kurtkę i troszkę zdezelowną walizkę na kółkach z całym ziemskim dobytkiem.  Palili papierosy, pili piwo i cydr i zabawiali się rozmową, której oczywiście nie słyszałam.  Wieczorem już ich tam nie było.  W niedzielę rano znowu się tam pojawili z tymi swoimi walizkami, siadając na tej ławce jeden po drugim.  Jeden odszedł na chwilę i powrócił z puszkami piwa i zakorkowanymi butelkami cydru, z których jedną inny z nich przelał do plastikowej zakręcanej butelki.  Drugi w międzyczasie pozbierał niedopałki ze skweru i tytoń z nich zawijał w gazetę, a potem to palili jako papierosy.  Któryś przyniósł radio, przy muzyce z którego tańczyli naokoło ławki, najwyraźniej  ciesząc się życiem.  W poniedziałek rano było zupełnie inaczej.  Spotkali się jak zwykle, ale był jakiś popęd, nikt się nie obijał.  Jeden jeszcze przed 9-tą wziął swą torbę i szybkim krokiem się oddalił, co chyba oznaczało, że poszedł do pracy.  Drugi też odszedł, ale wrócił po chwili z rozpłaszczonym kartonem, z którego, pożyczywszy nóż od kolegi, wyciął zgrabną samostojącą tabliczkę, na której potem coś mozolnie pisał. Później widziałam jednego z nich siedzącego pod murem merostwa.  Miał przed sobą tę tabliczkę, nie przeczytałam jej,  ale można śmiało przyjąć, że widniał na niej powód żebrania.  Nie wiem, gdzie ci ludzie sypiali, ale może w przytułku dla bezdomnych, który znajdował się w pobliżu. Najbardziej w ich zachowaniu zadziwiło mnie to, że śmieci, własne lub leżące w ich pobliżu, skrupulatnie wrzucali do pobliskiego miejskiego kosza  – toć to większa kultura niż np. wśród londyńskich przechodniów, którzy rzucają śmieci wszędzie, dokładnie tak, jak nieświadome ptaszęta odchody.

Tekst się zrobił długi, więc resztę opiszę w następnym odcinku.

Malta cz.5 – Vittoriosa i Birgu

Trochę mnie już znużyło pisanie o naszej krótkiej maltańskiej wycieczce, tak, jak potrafi mnie znużyć  jedzenie tej samej potrawy na obiad przez trzy kolejne dni, więc skończę tym odcinkiem, który zresztą opisuje ostatni dzień naszego tam pobytu.

Samolot mieliśmy dopiero późnym wieczorem, więc jeszcze nam został cały dzień na zwiedzanie.  Spakowawszy się po śniadaniu, zostawiliśmy bagaż w przechowalni hoteliku (czytaj: w służbowej ubikacji), zamówiliśmy hotelowy transport na lotnisko na 17.30 i wyruszyliśmy na sąsiadujący z naszym półwyspem następny paluszek lądu, malowniczo wytknięty w morze, na którym znajdowało się miasteczko Vittoriosa z urokliwą, portową dzielnicą zwaną Il Birgu.  Pojechaliśmy tam autobusem, ale równie dobrze możnaby było pójść piechotą, bo podnóże półwyspu było zaledwie drugim przystankiem, więc bliziutko.

Od razu po przybyciu zorientowaliśmy się, że coś się dzieje, bo główna ulica była zabarykadowana i pełno policji naokoło.  Chwilę później okazało się, że akurat odbywa się przemarsz jakiejś, po kostiumach sądząc, nadwornej gwardii, ku uciesze dzieci w wieku szkolnym oraz ogólnej gawiedzi. Przemarsz skończył się na jakimś placyku, uwieńczony ceremonią całowania flag.  Nie całkiem pojęłam o co chodziło, ale wyglądało to na celebrowanie wielojęzyczności i mieszaniny kulturowej Malty, chociaż możliwe, że to był po prostu chwyt na nieobeznanych turystów, takich jak my.  Po jednej stronie placu stali rycerze z różnymi sztandarami, a po drugiej mistrz ceremonii w płaszczu z krzyżem Rycerzy Maltańskich.  Po środku placu rosły rycerz trzymał czerwoną flagę z symetrycznym białym krzyżem, której nie udało mi się zidentyfikować, ale na pewno nie była to duńska.  Mistrz wywoływał nazwy takie jak „La lingua jakaś tam”, np. katalońska, angielska, niemiecka,  i na każde zawołanie z przeciwstawnego szeregu wychodził jakiś rycerz ze sztandarem, krzyżował go z tym czerwonobiałym, a stróżujący przy nim pomocniczy rycerz stykał obie flagi i je całował. Po zakończeniu ceremonii rycerze z chęcią udzielali się widzom, a zwłaszcza tym najmłodszym, odpowiadając na pytania i pozując do pamiątkowych zdjęć.

Po zakończonej uroczystości skierowaliśmy nasze kroki w górę, na koniec półwyspu gdzie, rzecz jasna, napotkaliśmy olbrzymi miejski mur obronny.   Przespacerowaliśmy się wzdłuż niego w dół, w stronę Il Birgu, choć było niezbyt komfortowo z powodu braku cienia w środku upalnego dnia.  Poniżej muru napotykaliśmy częste oznaki zwykłego miejskiego bytowania  oraz ślady panowania brytyjskiego. 

W portowej dzielnicy zwanej Il Birgu napawaliśmy oczy widokami na przeurocze porciki,  podziwiając je również z restauracji, w której zatrzymaliśmy się na niewielki obiad, zamawiając butelkę białego wina w towarzystwie dwóch półmisków różnych maltańskich specyjałów, z których najbardziej smakowała nam aromatyczna kiełbasa na gorąco oraz marynowane białe sery, wcześniej nam już znane z kolacyjnego prowiantu nabytego w sklepiku w Kalkarze.  Były też odnóża ośmiornic, których nie tknęłam, bo nie lubię i coś w rodzaju tapenady, ale tak rozwodnionej, że trudno było ją zidentyfikować. Podejrzewam, że gdybyśmy byli wybrali restaurację w mniej turystycznym miejscu jedzenie byłoby bardziej autentyczne, może mniej wykwintnie podane,  ale za to smaczniejsze.

Po obiedzie powędrowaliśmy dalej w dół i na nadmorskim placyku natrafiliśmy na grupkę rzeźb, chyba z bronzu, przedstawiającą jakieś ważne wydarzenie polityczne, jak np. przekazanie władzy, ale niestety nie było żadnej tablicy informacyjnej, któraby nam wyjaśniła znaczenie tego pomnika.  

Ale to nie koniec atrakcji.  Okazało się, że miasteczko gorączkowo przygotowuje się do festynu, który miał nastąpić nazajutrz, w sobotę, i który najwyraźniej miał polegać na ogólnej zabawie przy muzyce na żywo i ulicznym pożywianiu się z niezliczonych straganów oferujących grillowane mięso, pizze, kiełbaski, pieczywo i zastraszające ilości słodyczy. 

Kulminacją festynu miało być wygaszenie wszelkich świateł w miasteczku, tak, żeby oświetlały je tylko świeczkowe lampiony uprzednio porozwieszane na wszystkich budynkach.  Dowiedzieliśmy się o tym wszystkim od dwóch miłych pań, które akurat roznosiły te lampiony po mieście oraz od irlandzkiej z pochodzenia kelnerki w barku, gdzie zatrzymaliśmy się na jakiś napitek dla ochłody. Lampiony były wszędzie, na każdym calu dostępnego muru wzdłuż wszystkich uliczek, zwisały też z okien i balkonów większych budynków, a ich różnorodna konstrukcja świadczyła o pomysłowości mieszkańców.

Bardzo żałowaliśmy, że nie mogliśmy tego festynu zobaczyć, no ale zamówiony lot czekał i trzeba było wracać do domu.

Spacerując po Vittoriosie zauważyliśmy, tak jak w innych miastach Malty, że wiele domów mieszkalnych nosi na frontowej ścianie wizerunki świętych lub scenek z Biblii, czasem z odpowiednimi napisami.  Pierwsze zdjęcie poniżej jest z Vittoriosy, a następne z Mdiny. 

Z  Vittoriosy do Kalkary wróciliśmy za 10 euro taksówką wodną, czyli małą łódeczką  przypominającą gondolę.  Przewoźnik po drodze opowiadał nam o swoim życiu, długostażowym związku małżeńskim (bił nas na głowę!) i o mijanych, wielkich i luksusowych jachtach, z których jeden należał do 21-letniego milionera, który zrobił fortunę na informatyce.  Ciekawa jestem, jak taki młody i niedojrzały człowiek (bo 21 lat dla faceta to jeszcze dzieciństwo) radzi sobie z takim ogromnym bogactwem: czy stara się postawić to w perspektywie, czy po prostu bezplanowo używa aż do wyczerpania środków. Ale łódeczka przewoźnika też była piękna, choć uboga. 

Na lotnisko dotarliśmy z dużym zapasem czasu, więc dla jego zabicia skonsumowaliśmy wcześniej przygotowane przeze mnie kanapki z marynowanym białym serem i pysznym pieczywem z naszego podręcznego sklepiku, popijając ciepłym maltańskim piwem, które, o dziwo, przeszło mi gładko przez gardło, mimo, że normalnie ciepłego piwa nie jestem w stanie wypić.  Zdążyliśmy się również przebrać w długie spodnie, co okazało się zupełnie zbyteczne, bo w Gdańsku było nadzwyczaj ciepło jak na październik.

I tak zakończyła się nasza maltańska przygoda, którą jeszcze długo będę ciepło wspominać.

Malta cz.4 – Mdina

Zanim Rycerze Maltańscy zbudowali miasto La Valletta, stolicą Malty była Mdina, więc do niej wybraliśmy się po zastrzyk historii, oczywiście znowu autobusem. Mdina leży w południowej części wyspy, ale z Valletty łatwo tam dotrzeć.  Po drodze przejeżdża się przez miejscowość Attard, o której mogę powiedzieć tylko tyle, że dała nazwisko wielu maltańskim rodzinom.  Oprócz niej mijaliśmy urokliwe poletka uprawne, ale trudno było dociec co na nich uprawiano, bo było już po zbiorach. 

Mdina to niewielkie ale imponujące miasto, z dobrze zachowanymi śladami dawnej świetności, jak np. ten nobliwy przybytek, na przeciw którego wysiedliśmy z autobusu. 

Jak wszystkie bardzo stare miasta, Mdina jest pełna wąskich uliczek i ciasnych zaułków pośród budynków skonstruowanych oczywiście z domorosłego kamienia wapiennego w łagodnym kolorze piasku.  

Z murów otaczających stare miasto był widok na pola i jakąś odległą o kilka kilometrów miejscowość, możliwe, że Dingli, ale moja słaba orientacja na mapie i w terenie nie uprawnia mnie do definitywnego stwierdzenia faktu.  

Nadszedł czas na obiad i z wielu dostępnych restauracji wybraliśmy taką, która miała spokojny i zacieniony ogródek otoczony murami, z niewielkim drzewkiem i kilkoma donicami z zielenią. 

Siedziała tam już jedna para konsumentów, wyraźnie zainteresowana jedynie własnymi osobami oraz 6-cio osobowa grupa pań i panów w wieku od 45 do 65 lat, anglojęzyczna, ale raczej nie Anglicy.  Podczas naszej tam obecności doszły też dwie bardzo rozgadane kobiety w nieokreślonym wieku, zajmując stolik nieopodal tej grupy, a potem jeszcze grupka mówiąca po niemiecku, której przywódca przed zajęciem stolika dokładnie przepytał obsługę na okoliczność nasłonecznienia.

Zupełnie nie pamiętam, co tam jedliśmy (ale na pewno było to dobre i włoskie), bo tak byłam zajęta obserwowaniem innych gości.  Zakochana para zakończyła imprezę wkrótce po naszym przybyciu, więc nie mam materiału do opisania.  Niemieckojęzyczna grupka też mi żadnych socjologicznych ni psychologicznych wrażeń nie dostarczyła, bo szybko skonsumowali coś małego i się zmyli. Natomiast anglojęzyczna grupka mnie zainteresowła.  Rej w niej wodził mężczyzna w średnim wieku, który na starcie wyjął na stół buteleczkę z dezynfekującym żelem do rąk, takim, jaki w Anglii panował podczas ataku świńskiej grypy, i oczyścił sobie nim ręce przed posiłkiem.  Nic w tym złego, miał prawo, ja też, jak zresztą wiele innych osób, które chciały uniknąć zarażenia, tak w czasie tej epidemii w robiłam w Londynie, chociaż mniej ostentacyjnie (co prawda, mnie ta świńska grypa wtedy i tak dopadła, ale wyleczyli).  Na tym jednak higieniczność i ostentacyjność  tego pana się nie kończyły:  w momencie, kiedy jedna z tych nieokreślonych wiekowo pań siedzących obok zapaliła po jedzeniu papierosa, ten pan, któtry akurat siedział najbliżej ich stolika, wachlując nerwowo twarz głośno oznajmił, że on tam nie może pozostać i przesiadł się na drugi koniec stołu, mimo, że to wszystko było na otwartym powietrzu.  Nieokreślone panie tak były zajęte rozmową, że wcale nie zauważyły tej reakcji, ale trochę mnie dziwiło, że towarzystwo tego pana, najwyraźniej liczące się z każdym jego słowem, nie podjęło solidarnych protestów.

Wchodząc do restauracji z głównej ulicy przechodziliśmy przez bar i ciemnawą salę, 

natomiast  wyszliśmy z niej prosto z ogródka na wąziutką boczną uliczkę starymi drewnianymi drzwiami, nad którymi wisiał na zewnątrz napis obwieszczający stary grecki burdel – ciekawe, czy faktycznie tam kiedyś był.  

Po obiadku jeszcze trochę połaziliśmy, mijając po drodze witrynę jakiejś restauracji, której wnętrze przywiodło mi na myśl egzotyczną roślinność w w gorących i wilgotnych cieplarniach ogrodu botanicznego Kew Gardens w Londynie, często przez nas  w młodości odwiedzanego w celu podejmowania filozoficznych rozważań oraz dyskusji o ważnych decyzjach życiowych.  

Spacerując po ulicach Mdiny podziwialiśmy miejscową architekturę, m.in. imponujący i wzniosły budynek Muzeum Katedralnego

i groźne armaty przed Muzeum Marynarki Wojennej. 

Zwiedziliśmy też dwa kościoły, oba z ociekającymi złotem ołtarzami i ciekawymi posadzkami zdobionymi inkrustacjami, które, jak mniemam, zaznaczały podziemne groby ważnych osób tam pogrzebanych, ale to tylko moje przypuszczenie.  Chyba będę musiała na ten temat poczytać, bo czuję się wybitnie upośledzoną brakiem wiedzy.

Po powrocie do Kalkary w centralnym punkcie miejscowości natknęliśmy się na objazdowy stragan warzywno-owocowy na pace małej ciężarówki, gdzie zakupiliśmy pyszne, dojrzałe pomidory i  winogrona  po czym udaliśmy się do naszego hoteliku, by odpocząć po naszych wędrówkach, spożyć małe co nieco na kolację przy akompaniamencie maltańskiego wina i podziwiać z okna niezaprzeczalne piękno i odstresowujący spokój portu jachtowego nocą.

Malta cz.3 – Gozo

Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się promem na drugą co do wielkości z trzech zamieszkałych wysp, Gozo, i byłam zdziwiona kiedy okazało się, że z Valletty takie promy nie kursują.  Trzeba było autobusem pojechać na drugi koniec wyspy, do Cirkewwy, skąd, fakt, płynęło się tylko 15 minut, ale za to podróż autobusem (klimatyzowanym, jak wszystkie na Malcie) z Valletty zabrała, jak się okazało po dotarciu na miejsce,  półtorej godziny. Nie był to jednak czas stracony, bo czego się naoglądaliśmy po drodze, to nasze. Mąż robił zdjęcia, które się jako tako udały tylko dlatego, że siedzieliśmy po prawej – szyby po lewej były tak mocno zakurzone, że byłoby trudno cokolwiek przez nie sfotografować.

Trasa prowadziła przez miejscowość Birkirkara gdzie zabudowa była typowo maltańska, z charakterystycznymi balkono-werandami. 

Miejscowość była chyba niezbyt zasobna, bo budynki były zaniedbane i wiele z tych leżących wzdłuż głównej drogi było na sprzedaż, pewnie za psie pieniądze.

Natomiast następna miejscowość, Mosta, wyglądała na dużo zamożniejszą, nawet szczyciła się okazałymi budowlami, w których mogły się mieścić wysokie urzędy czy obiekty kultury. 

Po jej opuszczeniu ujrzeliśmy, po raz pierwszy od przyjazdu na Maltę, tereny niezabudowane i pola uprawne.  Były to prostokątne skrawki ziemi, tarasy wycięte z górskich stoków i otoczone niskimi murami ułożonymi na sucho z kamienia, tak, jak to jest w zwyczaju na północy Anglii, np. w Derbyshire.  Wiele wyglądało na nieużytki, wiele innych było już zaorane po zbiorach, tylko na niektórych widać jeszcze było jakieś uprawy, chyba kapusty. Większość pól uprawnych znajduje się w południowej części wyspy i tam bywają większe, co zobaczyłam tylko na mapach satelitarnych Google, bo tam nie dotarliśmy.  Myślę, że fajnie by było odwiedzić tamte strony np. w kwietniu, żeby zobaczyć co i jak tam rośnie – może się kiedyś wybierzemy. Ale po drodze była gratka: po raz pierwszy w życiu zobaczyłam granaty na drzewach.  Najpierw myślałam, że to jabłka, ale wydały mi się trochę podejrzane z powodu wystających od dołu szypułek, i po bliższej inspekcji okazało się, że i liście są zupełnie inne niż jabłoni, takie bardziej na kształt liści oliwki, więc zdiagnozowałam granaty.  

Potem przejeżdżaliśmy nad St Pauls Bay, piękną i dużą zatoką, na której są dwie maciupeńkie wysepki, gdzie, jak głosi legenda, w roku A.D.70 rozbił się statek Swiętego Pawła kiedy ów podążał do Rzymu na swoją rozprawę w sądzie.  Wykorzystał ten przypadek losu, żeby wprowadzić na Malcie chrześcijaństwo i za to został ogłoszony patronem państwa.

Następnym mijanym miastem była położona nad tą zatoką Mellieha, w której nie byliśmy, ale która podobno jest bardzo nastawiona na turystykę. Tam właśnie zobaczyliśmy pierwszą piaszczytą plażę, których na Malcie za wiele nie ma, bo większość brzegów jest skalista.

Dotarłszy w końcu do Cirkewwy wsiedliśmy na prom, który chodził chyba co 20 minut i płynął do portu Mgarr na Gozo.  Prom jak prom, nic specjalnego, miał salon, bary i ławki na pokładach dla preferujących świeże powietrze, ale widoki z niego były wspaniałe. Mijał małą wysepkę Comino, trzecią i ostatnią z zamieszkałych wysp Malty i po stronie widocznej z promu był oczywiście fort obronny oraz liczne, urokliwe i tajemnicze groty, wyrzeźbione przez morze w skale wapiennej.

  I tak sobie pomyślałam, że jeżeli to morze będzie nadal tak rzeźbić (a nie widzę dlaczego miałoby nagle zaprzestać tej działalności), to w którymś momencie skała się skończy i wyspy znikną. Według mapy po drugiej stronie Comino są jakieś ośrodki turystyczne, ale z naszej perspektywy  nie było ich widać.

Port Mgarr, do którego zawinął nasz prom, był tak samo piękny jak reszta Malty.Szczególną uwagę zwróciłam  na śmiesznie przycięte drzewa z grubymi pniami i niewspółmiernie małymi koronami ukształtowanymi na okrągło, tak, że wyglądały jak pompony na grubych kijach.   Zupełnie mi się to nie podobało, ich proporcje obrażały mój sens estetyki, no ale ostatecznie żaden gust nie jest prawem i innym mogły się podobać.  Ten sam skwer był okolony żółtymi  jeżówkami, które też zauważyłam w nasadzeniach miejskiej zieleni w Vallettcie – ani w Polsce ani w Anglii z tym się nie spotkałam, nie wiem dlaczego, bo są efektowne i nawet w naszych klimatach kwitną bardzo długo.

Stolica Gozo, Victoria, leży trochę poniżej środka wyspy, ok. 2 km od portu, ale na piechotę się nie dało z powodu grubo ponad 30-to stopniowego upału.  Pojechaliśmy więc autobusem, na który trzeba było wykupić nowy bilet, bo te z komunikacji miejskej na wyspie Malta tu nie działały.  Mogliśmy też tam dojechać jedną z wielu patrolujących tę okolicę taksówek za 8 euro, ale nie skorzystaliśmy, bo przecież się nam nie spieszyło, a w autobusie jest ciekawiej i więcej widać.

Victoria dorównuje pięknością i charakterem reszcie Malty, ale, po krótkim spacerku doszliśmy do wniosku, że trzeba się posilić, bo my nie z takich, co to o suchym pysku mogą łazić cały dzień. Znaleźliśmy stosowną knajpkę na placyku, na którym właśnie, z powodu późnej popołudniowej godziny, zwijał się targ. Już nie pamiętam co tam jadłam, pewnie coś z krewetkami i po włosku, ale było dobre.  

Ja mam problem z owocami morza: uwielbiam ich smak, ale nie wszystkie się ze mną zgadzają, a np. małże wręcz zagrażają memu życiu, bo, jak się kiedyś okazało, jestem na nie uczulona i to bardzo. Przez wiele lat nie miałam odwagi ich spróbować, aż kiedyś, w czasie krótkiego pobytu w Brukseli, po wypiciu butelki wina zrobiłam to bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu.  Po następnych dwóch razach miałam przykrości, ale dało się przeżyć, lecz po czwartym razie już nie było wątpliwości i omalże nie przypłaciłam tego życiem, więc teraz już jestem ostrożna i z tych rzeczy jem właściwie tylko krewetki, raki i homary i jeszcze pytam kucharza, czy nie leżały obok małży.  To jest zdecydowana upierdliwość losu, bo przecież jak coś lubię i mi smakuje, to powinno być dla mnie dobre, no nie?  Zastanawiam się też, czy kiedykolwiek będę mogła bezkarnie powrócić do morskiej restauracji przy Gare de Lyon w Paryżu, gdzie parę razy zajadałam się ostrygami, langustami  i innymi morskimi smakołykami.  Według StaregoTestamentu w ogóle takich rzeczy nie powinniśmy jeść, więc może to kara boska?  Chociaż czasy i Kościół się zmieniają, jak dowodzi choćby niedawny synod watykański w sprawie rodziny.

Troszkę się rozpędziłam w dywagacjach mających niewiele  wspólnego z Maltą (no może oprócz religii), więc czas wrócić do tematu. Malta jest bardzo pobożnym krajem, co krok napotyka się święte figury, a kościołów przypada na jednego mieszkańca znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej.  Nawet napotkaliśmy stację benzynową nazwaną imieniem świętego! 

Możliwe, że na Gozo, tak jak w Grecji , żyją i prosperują bezdomne koty, ale pewności nie mam.  Jeden, odpoczywający na dachu zaparkowanego samochodu wyglądał trochę bezdomnie, ale inne trzy, które zaobserwowaliśmy w jednej okolicy kierujące się w to samo miejsce w parku, wszystkie były czyste, piękne i dorodne.  Najpierw pomyślałam, że będą się bić, ale okazało się, że miały jakiś układ.

(cdn)

Malta cz.2 – La Valletta

Malta jest, z różnych względów,  bardzo ciekawym państwem.  Po pierwsze, położona jest na archipelagu wysepek, z których tylko Malta, Gozo i Comino są zamieszkałe.  Po drugie, ma dwa oficjalne języki, angielski i maltański, ale starsi mieszkańcy raczej angielskim nie władają płynnie.  Po trzecie, jest fascynującym zlepkiem wielu kultur, przyniesionych na wyspy przez wielu kolejnych zaborców.

Maltański jest językiem semickim, jedynym, który używa tego samego alfabetu co my i jedynym językiem semickim zakwalifkowanym jako jeden z oficjalnych języków EU.  Przez cztery dni pobytu nie miałam większych szans go ogarnąć, ale zauważyłam, że ma wyraźne wpływy włoskiego, choć brzmi twardziej.  Jakieś okruszki złapałam, choćby z wyświetlaczy w autobusach, które podawały wiadomości po maltańsku i po angielsku.  Np. „Il waqfa il jmiss „ znaczyło „następny przystanek”, a „dziękuję” było jak po włosku, „grazie”. Dla mnie, jako lingwistki, było to objawieniem, ponieważ nigdy przedtem z żadnym językiem semickim nie miałm kontaktu.

O historii Malty nie bardzo mogę się wypowiadać, bo moje wiadomości zaczynają i kończą się na notatkch przeczytanych na mapie turystycznej, ale wiem, że olbrzymi wpływ mieli tu Rycerze Maltańscy, którzy, wysiedleni przez Turków z Rhodes, osiedlili się na Malcie w w roku 1530.  Znani również jako Hospitallers of St John of Jerusalem, odparli następny atak Turków i zbudowali wiele fortyfikacji oraz obecną stolicę, miasto La Valletta.

Do tejże Valletty udaliśmy się w pierwszy dzień naszego pobytu. Stolica była właściwie tylko o kilometr od Kalkary, ale przez wodę.  

Wpław nie bardzo wypadało, bo przecież po stolicy w mokrych majtkach paradować nie będziemy,  nie mówiąc o tym, że ja i tak nie nie umiem pływać (nad czym bardzo ubolewam, bo w takie piękne, gorące dnie woda przyciąga jak magnes).  Pojechaliśmy więc naokoło zatoki  autobusem, który w pół godziny dostarczył nas na dworzec autobusowy położony  przy samym wejściu do miasta, które prowadziło przez wielki, murowany most nad otaczającym je głebokim wykopem, niechybnie pozostałością po fosie.

Było to około południa i żar lał się z nieba na potęgę, więc w pierwszym rzędzie zakupiliśmy na jednym z pobliskich straganów odpowiednie nakrycie głowy dla małżonka, a w drugim podążyliśmy żwawo (żeby jak najszybciej znaleźć cień) za średniej wielkości tłumkiem innych turystów w stronę głównej ulicy miasta, gdzie oczekiwało nas kilka niespodzianek.

Pierwsza z nich to wspaniała rzeźba wielce urodziwego konia z bronzu, stojąca na kamiennym cokole zaraz za mostem, autorstwa Austina Camilleri.  Widziałam już wiele rzeźb koni, ale ta zaskakiwała jednym szczegółem: zamiast lewej przedniej nogi, ten koń miał kikut! 

Pomyślałam, że to może jakiś hołd dla walczących w niezliczonych maltańskich wojnach, ale po zbadaniu tematu w Internecie okazało się, że symbolizm tej rzeźby jest wieloznaczny, np. może wyrażać utratę potęgi czy władzy. Komplikuje zrozumienie fakt, że rzeźbę postawiono bardzo niedawno, w sierpniu 2014.

Drugą niespodzianką była wszechobecność angielskich sklepów odzieżowych i jubilerskich i banku HSBC, w którym mamy konto.  Gdyby nie ten klimat oraz charakterystyczna architektura, to mogłabym pomyśleć, że znajduję się na głównej ulicy w którejkolwiek dzielnicy Londynu.  Wrażenie dla mnie szokujące, bo chociaż takie sklepy nie zaskakują mnie np. w Polsce czy we Francji, to tutaj zupełnie nie byłam na nie przygotowana, zapewne z powodu kompletnego braku wiadomości na temat Malty.  Ale właściwie dlaczego nie miałoby tak być, skoro Malta była częścią imperium brytyjskiego od 1814 do 1964 roku.  Historycznych pozostałości po Anglikach jest tu sporo, choćby wiele nazw geograficznych lub ta skrzynka na listy w Kalkarze, na której widnieją inicjały Królowej Victorii. 

Przypuszczam, że jest tu również znacząca mniejszość expatriantów ze Starego Kraju, kilku starszawych nawet napotkaliśmy w autobusach.  Są tacy jak polska przedwojenna emigracja w Anglii – zatrzymali się w czasie i żyją w kulturze i warunkach, które panowały kiedy opuścili kraj. Być może jest to cechą wszystkich grup emigrantów, gdziekolwiek by nie osiedli.

Wracając do Valletty, oprócz tej najgłówniejszej ulicy są jeszcze dwie lub trzy równoległe i  podobne w charakterze, wszystkie nastawione na turystów. Ich zabudowa jest wzniosła (do pięciu pięter) i okazała, jak przystało na Parlament i inne państwowe urzędy w nich się mieszczące. Prowadzące od nich boczne uliczki są wąziutkie i strome, i oferują bardzo pożądany cień, w którym się często skrywaliśmy. 

Na kilku z nich, w najmniej prawdopodobnych miejscach,  znajdują się ambasady i inne oficjalne instytucje.

Zgłodniawszy co nieco, wstąpiliśmy na obiad do jakiejś restauracji na nieco większej z tych bocznych ulic.  Miała w nazwie coś plus „Bistro” , kilka stolików w cieniu na zewnątrz (tam usiedliśmy) i kilka w bardzo mrocznym wnętrzu, ozdobionym robiącymi wrażenie obrazami. 

Największe wrażenie robił jednak kelner, który chyba był również kucharzem albo co najmniej miał wpływ na to, jak się przyrządza tam dania.  Mógł mieć 35 – 40 lat, był szczupły, w miarę przystojny i według mojego męża trochę nachalny, a według mnie po prostu entuzjastyczny i hiperaktywny, może nawet miał ADHD.  Z wielką werwą przedstawił nam specjalne dania dnia i, w odpowiedziach na pytania, opisywał ich składniki i sposób przygotowania z dogłębną znajomością tematu.  Mówił płynnym angielskim, hiszpańskim i maltańskim, więc całkiem głupi nie był.  Trochę też gościom „kadził”, no ale w tym zawodzie to częste i może nawet czasem pomocne, chociaż trudno się na to nabrać.  Kiedy nie rozmawiał z gośćmi, to podśpiewywał sobie i nawet od czasu do czasu podskakiwał.   Chyba jednak to ja miałam rację, bo przy okazji wizyty w toalecie zauważyłam, że dokładnie tak samo entuzjatycznie i wylewnie rozmawiał z barmanką, mimo, że we wnętrzu  lokalu gości nie było, więc nie miał przed kim się popisywać ani komu cokolwiek sprzedawać .  Para, prawdopodobnie z Irlandii, zajmująca stolik sąsiadującym z naszym, też musiała zwrócić uwagę na niezwykłe zachowanie kelnera, bo tuż przed opuszczeniem lokalu Pani zapytała go wprost i bez ogródek ale również bez złośliwości  w tonie, czy czasem się sobą nie męczy.  Odpowiedź spodobała mi się, dokładnych słów nie pamiętam, ale jej sens był taki, że jak się coś robi, to trzeba to robić z radością i osobistym zadowoleniem.  Moim zdaniem to całkiem dobra maksyma, może nawet sposób na życie bez nadciśnienia lub wrzodów żołądka.

Po obiedzie jeszcze trochę posnuliśmy się po Valletcie, m.in. wstępując na lody (mąż) i zwiedzając sklep z piórami wiecznymi (ja). Mieliśmy już dość tego snucia kiedy otrzymaliśmy wiadomość od naszych przyjaciół, że oczekują nas na głównym placu w stolicy.  Pośpiesznie udając się na miejsce spotkania, znaleźliśmy ich siedzących przy jednym z ulicznych stolików należących do miejscowej knajpki. Z nieukrywaną radością dołączyliśmy do towarzystwa, zamawiając parę następnych drinków.  Miejsce było fajne ale  wietrzne i zaczęło się robić chłodno, przynajmniej dla kogoś odzianego w sukienkę stosowną do co najmniej 30 C, poza tym przyjaciele byli głodni, więc wkrótce opuściliśmy ten przybytek i pomimo dość wczesnej pory rozpoczęliśmy poszukiwanie restauracji na wieczorną biesiadę.  Po drodze nabyłam na straganie szeroki szal, który pozwolił mi przetrwać wieczorne temperatury ok.  22 C.  Nie bardzo wiedzielśmy dokąd się udać, ale przypomniała się nam wcześniej zauważona i dość popularna restauracja polecana przez Jamie’go Olivera więc do niej się zgłosiliśmy i nawet udało się dostać stolik, i to na zewnątrz. 

Zamówiliśmy maltańskie wina (bardzo dobre), maltańskie przystawki do podziału (też pyszne)  oraz główne dania według uznania.   Przyjaciółka jadła faszerowanego bakłażana, jej mąż ośmiornice, mój jakiegoś kurczaka, a ja wybrałam narodową potrawę Malty, królika, bo uważałam, że należy spróbować.  Porcje były całkiem niewielkie, ale wino nadrobiło i byliśmy zadowoleni.  Królik był , owszem, smaczny, ale nie jakiś rewelacyjny, chyba wolę choćby kurczaka. Najlepsze z całej kolacji było to, że nagadaliśmy się za wszystkie czasy.

Powrót autobusem do naszego hotelu był z przygodami. Ponieważ nie byliśmy jeszcze obeznani z trasą, doszliśmy do wniosku, że, biorąc pod uwagę niewielkość Kalkary  najbezpieczniej będzie wysiąść jak tylko ogłoszą Il-Kalkara, ale to okazało się być poważnym błędem.  Wysiedliśmy z autobusu według tej zasady i  zaczęliśmy iść główną drogą.  Było już ciemno, ale droga była oświetlona i nie odczuwaliśmy żadnego zagrożenia. Szliśmy i szliśmy, starając się trzymać trasy autobusu, ale niczego po drodze nie poznawaliśmy. W pewnym momencie natrafiliśmy na rozgałęzienie dróg, na którym drogowskaz pokazywał Kalkarę i na wprost i w prawo.  Poszliśmy na wprost bo tak nam się wydawało najlepiej i wkrótce potem napotkaliśmy następny przystanek naszego autobusu, co nam dodało otuchy.  Po drodze natknęliśmy się na „incydent” – w jakimś rozświetlonym domu najwyraźniej odbywała się huczna zabawa, która spowodowała przybycie policji.  Korzystając z okazji, zapytaliśmy policję o drogę do naszego hotelu, ale nie bardzo wiedzieli, o co nam chodzi.  W końcu trafiliśmy na malutki placyk, na którym przed jednym z domów siedziały trzy kobiety.  Na nasze zapytanie o Villa del Porto, bez wahania odpowiedziały: o tu, za tym drzewem, zejść schodami w dół.  I faktycznie, schody prowadziły dokładnie pod nasz hotel.

W ten sposób uratowani od nocowania na ulicy powzięliśmy mocne postanowienie przestudiowania trasy tego autobusu, w wyniku którego  okazało się, że autobus robi pętlę naokoło Kalkary, zaliczając po drodze Fort Rinella i kończąc znowu na przystanku przed kafejką.  Dla wszelkiej pewności postanowiliśmy również nie ruszać się z autobusu dopóki nie zobaczymy naszej przystani i tego się od tej pory trzymaliśmy..

(cdn)

Malta cz.1 – Kalkara

Nasza niedawna wycieczka na Maltę, najdalej na południe wysunięty punkt świata, który udało się nam odwiedzić, była wspaniała, pełna wrażeń, totalnie komfortowa i relaksująca, a na dodatek w przystępnej cenie. 

Najpierw spiszę najsilniejsze wrażenia z Malty, żeby nie zapomnieć, bo według mojego przyjaciela, w pewnym wieku trzeba wszystko zapisywać, i to szybko. Zasadę tę stosuję od lat, o ile nie zapomnę!

Klimat:  w pierwszej połowie pażdziernika słoneczna pogoda, suche powietrze i temperatura w ciągu dnia 26 – 30 C, ale niekoniecznie chciałabym tam przebywać np. w sierpniu, kiedy temperatura waha się od 30 do 40 C;

Krajobrazy:  przepiękne, bo wyspa jest mocno pofałdowaną skałą wapienną , otoczoną wielkimi, mniejszymi i całkiem maleńkimi zatoczkami morza w pięknym kolorze ciemnoniebieskim, powycinanymi niemalże koronkowo;

Zabudowa: styl arabsko-śródziemnomorski, płaskie dachy i wszędzie ten sam budulec – kamień wapienny w kolorze jasnego piasku;

Egzotyka: po raz pierwszy w życiu ujrzałam owoce na opuncjach oraz granaty na drzewach.

Nasza maltańska przygoda zaczęła się już na lotnisku w Gdańsku, kiedy to, wchodząc do baru w celu zakupienia kanapek na drogę, natknęłam się na znajomą postać postawnego mężczyzny w wieku dojrzałym. Zaraz potem zauważyłam jego żonę, zamawiającą kawę przy ladzie baru.  Byli to nasi dobrzy przyjaciele od pół wieku, którzy tak jak my mieszkają w Trójmieście, ale z którymi nie mieliśmy od co najmniej roku kontaktu, bo jakoś trudno nam na siebie trafić.  Okazało się, że też lecą na Maltę, ale na 10 dni (my na 5) i do innego hotelu. Radość z tego przypadkowego spotkania była wielka i obustronna i postanowiliśmy się spotkać na dłuższe pogaduszki następnego dnia.

Do naszego hoteliku, jedynego w miejscowości Il-Kalkara, dotarliśmy  wieczorem na tyle późnym, że już nie chciało się nam nigdzie wychodzić w poszukiwaniu jedzenia i picia.      Hotelik zwał się Villa del Porto, bo położony był na cudowną i cichą przystanią wszelkiego rodzaju łodzi, od maleńkich łupinek z odpadającym lakierem, bączków i pomnieszych żaglówek przeróżnej prowenansji na jednym końcu, poprzez eleganckie i zgrabne jachciki po olbrzymie i wypasione jachty i katamarany na wejściu do zatoczki..  Widok z okna był zachwycający i dokładnie przeze mnie poznany, bo co pół godziny wisiałam na, na szczęście, szerokim parapecie w celu zaspokojenie głodu nikotynowego. 

Hotelik nie miał restauracji ani całodobowej obsługi, ale tego braku nie odczuliśmy.  W pokoju był zestaw do robienia kawy/herbaty i dobrze wyposażony (odpłatny)  barek w lodówce zawierający wodę, piwo  wino,  wraz z paczuszkami czipsów i orzeszków (też odpłatnych) dla wygłodniałych po podróży gości. Ze wszystkiego skorzystaliśmy i skrupulatnie spisaliśmy, żeby potem za to zapłacić przy wyjeździe.  Rano odkryliśmy, że 100 m poniżej hoteliku był sklepik, otwarty od 6-tej do 23-ciej, w którym pieczono na miejscu świeży chleb oraz sprzedawano wino, piwo, wodę, sery, wędliny, mleko i wiele innych przydatnych  produktów.

Naszym przyjaciołom, jak się później okazało, powiodło się nieco gorzej w miejscowości Tarxien, bardziej w głąb wyspy. Głodując od śniadania, mieli nadzieję na sowitą kolację, ale udało im się tylko, po późnym przyjeździe na miejsce, wypić po jednym piwie w zamykającej się już knajpie.  Za to hotel mieli bardzo urokliwy i ciekawy architektonicznie.

Następnego dnia zgłosiliśmy się ok. 9-tej na śniadanie, które było wliczone w cenę pokoju i serwowane na szczycie budynku, w sali śniadaniowej i na tarasie z przepięknymi widokami na trzy strony świata, na którym co prawda nie zawsze można było znaleźć wolny stolik, ale sala też była z widokami.    Samo śniadanie nie było może jakieś rewelacyjne (zwłaszcza w porównaniu z tym w hotelach programu Paradores w Hiszpanii, gdzie było po prostu nieziemsko wspaniałe, albo nawet ze śniadaniem w tanich niemieckich hotelach czy wielu polskich), ale adekwatne do ceny i właściwie całkiem „zjadliwe”.  Był to bufet, składający się płatków śniadaniowych, mleka, świeżych owoców, soków, miernego żółtego sera i szynki, pakiecików masła, dżemu, miodu i angielskiej marmolady pomarańczowej, kawałków dobrego ciasta biszkoptowego oraz pieczywa w postaci smacznego miejscowego chleba i białego i brązowego chleba na tosty, który samemu się opiekało w obecnym na sali tosterze. Oprócz tego były też jogurty, ale niestety takie sztuczne, że nawet jednego całego nie zdołałam zjeść.  Kawa, herbata i kakao były z maszyny, ale niezłe.  Jeść można było do woli, więc nikt chyba nie wychodził głodny.

A propos tostera, zapewnił nam on pewien rodzaj rozrywki w trakcie porannej konsumpcji, bo nowi przybysze, bez żadnego wstępnego rekonesansu, znajdując  gotowy tost w tosterze po prostu go brali, bezwiednie podkradając tenże osobie, która go tam sobie opiekała. Były emocje, można było zakłady robić, bo mogło się dziać, oj mogło! No, ale się nie działo, bo najwidoczniej osoby poszkodowane bez nerwów kładły to na karb braku doświadczenia nowych gości, może z powodu stoicyzmu lub pięknej pogody, a może dlatego, że sami też pierwszego dnia tak wpadli. My, rzecz jasna, tak nie wpadliśmy bo, będąc rozważnymi osobami w całkiem dojrzałym wieku, rzuciliśmy się do akcji śniadaniowej dopiero po stosownej obserwacji.

Tego pierwszego dnia najpierw poszliśmy na zwiady wokół hotelu. Ja się uparłam, żeby iść w górę, bo wydawało mi się, że tą drogą dotrzemy do pięknego miasta, które widziałam z okna. Widoki po drodze piękne; co chwila spod nóg umykały nam jaszczurki, a dojrzałe owoce opuncji, których bez uzbrojenia dotykać raczej się nie zaleca, groziły nagłym atakiem na nasze głowy poniżej.  

Niestety okazało się, że miasto jest po przeciwnej stronie zatoki, a droga na szczycie górki zawraca w dół do Kalkary, wiodąc przez fort obronny, jakich na Malcie jest sporo, co jest wytłumaczalne jej historią: w ciągu wieków, każdy szanujący się władca chciał zdobyć Maltę jako strategiczny punkt do podbojów. Zawróciliśmy więc i zeszliśmy na dół ulicy gdzie odkryliśmy ten sklepik, w którym zaopatrzyliśmy naszą hotelową lodówkę.

Wkrótce po odniesieniu prowiantu wróciliśmy, by złapać autobus do stolicy. Zaraz przy przystanku była kafejka, w której można było mile spędzić czas oczekiwania, więc tam się usadowiliśmy, zakupując jakiś soczek i zajmując jeden ze stolików na ulicy.  Przy dwóch innych siedzieli tubylcy, gorąco dyskutując nad przedpołudniową kawą, ale o czym to nie wiem, bo mówili po maltańsku. Mieliśmy ze 20 minut, więc poleciałam szukać czapki dla męża, który, zapewne z nadmiaru intelektu ma poważny niedobór owłosienia na głowie, co powoduje paskudne bąble od zbytniego nasłonecznienia. Oczywiście w domu ma co najmniej 5, ale żadnej nie wziął, bo przez tyle lat jeszcze się nie nauczył, że trzeba. Były w pobliżu dwa sklepiki, które wyglądały obiecująco, ale niestety żadnych czapek nie miały.  Interesująco, oba sklepiki miały w nazwie słowo „Stationery”, które w Anglii oznaczałoby sklep z materiałami biurowymi, co mnie trochę zdziwiło, bo czy w takiej maleńkiej miejscowości jak Kalkara może być wystarczająca ilość biur, żeby stworzyć zapotrzebowanie na aż dwa sklepy? Jednak okazało się, że nazwa jest użyta trochę inaczej niż w Anglii i w sklepikach sprzedawano najprzeróżniejsze artykuły, od zabawek poprzez wszelakie ozdóbki osobiste i domowe, zapalniczki i kosmetyki do plecaków i klapek, chociaż mieli też pendrive’y, dyski CD, długopisy, papier i koperty.

Autobus w końcu przyjechał (chodziły dwa na godzinę) i po wejściu ze zdziwieniem zauważyliśmy, że sprzedane nam bilety po 1,50 euro są ważne na cały dzień i na wszystkie miejskie autobusy na Malcie.  To dopiero gratka!  Po co wynajmować samochód za większą kasę, którym, owszem, da się zwiedzić całą wyspę w jeden dzień, ale do którego zawsze musisz wrócić i na dodatek napić się nie możesz!  Marny interes, więc zostaliśmy lojalnymi fanami autobusów miejskich.

Dalszy ciąg nastąpi.

Wycieczka do Grecji – cz.6 i ostatnia

Ostrzeżenie:  niektóre zamieszczone tu zdjęcia mogą być zbyt naturalistyczne i niestrawne dla przeczulonych!

Ostatni dzień w Salonikach znowu zaczęliśmy ok. 12-tej, no bo przecież na urlopie trzeba wypoczywać, no nie?

Zaraz po śniadaniu usłyszałam jakiś megafon na ulicy.  Co mówili, nie wiem, bo to było po grecku, ale, wyjrzawszy z okna, zobaczyłam przejeżdżającą ulicą poniżej furgonetkę, załadowaną skrzynkami dorodnych pomidorów, moreli i czereśni.  Na słupku umieszczonym w rogu platformy furgonetki wisiała jakaś prymitywna waga, więc skonstatowałam, że zamierzeniem tego przedsięwzięcia była sprzedaż produktów.  Przypuszczam, że kupowały od nich restauracje, no bo kto inny podołałby takiej skrzynce owoców.  Wieczorem też przejechała podobna, z truskawkami  i morelami, a w ciągu dnia w mieście widzieliśmy jeszcze dwie, które chyba oferowały usługi, bo na platformie żadnych produktów nie wiozły.

Dzień poświęciliśmy na zwiedzanie muzeów.  Nieczęsto nam się tak zdarza, ale tym razem mieliśmy szczególną potrzebę, spowodowaną wcześniej opisanym brakiem  jakichkolwiek objaśnień przy napotykanych co krok zabytkach. Poza tym dzień był upalny, a w muzeach miły chłód (albo nawet warunki  wręcz arktyczne).  Pierwsze kroki skierowaliśmy do Muzeum Kultury Bizantyjskiej, gdzie okazało się, że bilet obejmuje również sąsiednie Muzeum  Archeologiczne, więc niechcący zwiedziliśmy dwa. W obu pozwalano robić zdjęcia, ale bez flesza. Mnie najbardziej podobały się eksponaty w bizantyjskim, przepiękne kolory i wymyślne wzory,

ale w archeologicznym też było fajnie – głównie starorzymskie rzeźby.  W tym ostatnim nie mogłam nie zauważyć fascynacji starożytnych Rzymian męskimi genitaliami:  były realistycznie oddane w każdej rzeźbie, co zresztą widać na każdym kroku w Rzymie,  a jedna była po prostu ogromnym blokiem marmuru z głową na czubku i dokładnie wyrzeźbionymi genitaliami w odpowiednim miejscu poniżej (niestety zdjęcie gdzieś wcięło).  Przypuszczam, że gdybym była bardziej wykształcona w starożytnej kulturze, to bym się nie dziwiła.  Kiedyś byłam, ale to było dawno temu i już nie pamiętam.

Następnego dnia mieliśmy lot powrotny, więc nie było za dużo czasu na nowe odkrycia.  Planowaliśmy pójść na obiad do tej urokliwej tawerny, na którą trafiliśmy pierwszego dnia, ale niestety była zamknięta.  Poszliśmy więc na targ, gdzie było kilka tanich kafejek i w jednej z nich zjedliśmy bardzo przyzwoity posiłek pośród straganów z chińskimi sukienkami i niesamowicie kolorowymi biustonoszami.

Targ był bardzo interesujący.  Zaglądnęliśmy już tam któregoś dnia wcześniej, ale było to dość późnym popołudniem, więc dopiero tym razem ujrzeliśmy go w całej okazałości.  Składał się głównie ze stoisk ze świeżymi rybami, mięsem, serami , oliwkami i przyprawami,

ale było też wiele straganów z odzieżą, butami, pościelą i innymi takimi rzeczami. Największe wrażenie sprawiły na mnie stoiska z mięsem, na których nie było żadnej pruderii, tylko normalna rzeczywistość.

Potem wróciliśmy do hotelu, żeby odebrać nasze uprzednio spakowane torby i pojechaliśmy taksówką na lotnisko.  Czekając na nasz lot na ławkach przed terminalem, w pobliżu kafejek i jadłodajni,  na wyłożonej kaflami zewnętrznej hali zaobserwowaliśmy jednego wróbelka, który usiłował łapać jakieś okruszki.  Kafle były śliskie i wróbelek po lądowaniu na nich jeszcze kilka dobrych centymetrów pokonywał w poślizgu w dużym rozkroku, jak widać na powyższym zdjęciu, ale się tym zupełnie nie przejmował.

W czasie lotu do Warszawy przez dłuższy czas widziałam z okna przeogromną rzekę, bardzo długą i miejscami niezmiernie szeroką.  Doszliśmy do wniosku, że to musi być Dunaj, który przepływa przez chyba 10 państw, i te przypuszczenia po powrocie potwierdziliśmy, korzystając z Wikipedii.  Rzeka miejscami ma ponad 100 metrów szerokości i biegnące obok niej szosy wyglądały jak wąskie, polne ścieżki.  W ogóle widok ziemi z samolotu jest niesamowiy.  Nawet jak ktoś ma, tak jak ja, lęk wysokości, to z takiej wysokości  to już nie działa i można spokojnie podziwiać;  gorzej jest jak trzeba stanąć na krześle w celu np. wymiany żarówki.

Na tym kończę moje osobiste i całkiem subiektywne sprawozdanie z wycieczki do Grecji.