Dziwne

Dziwne, jak rzeczy martwe (lub fikcyjne) potrafią nagle zacząć żyć własnym życiem.

Podejrzewam, że każdy pisarz zna to zjawisko:  mając pomysł na jakąś postać, stwarza ją i bierze się do zarządzania jej życiem i losem, ale w miarę zadomowiania się w życiu autora i w jego dziele, ta postać  zaczyna stawiać wymagania, których jej twórca nie przewidział, skutkiem czego autor zwija swoje plany w troki i pisze, co  ona mu nakazuje (mam wrażenie, że  kiedyś gdzieś o tym czytałam, ale nie przypominam sobie dokładnie).

Nie, żebym śmiała porównywać siebie  do prawdziwych pisarzy, ale mnie się wydarzyło coś podobnego.  W grudniu ubiegłego roku zaczęłam pisać ten blog, żeby dać upust moim wrażeniom o Polsce po 39-ciu latach nieobecności.   No i owszem, kilka wrażeń opisałam i jeszcze kilka mam w zanadrzu, ale mój blog w którymś momencie zaczął własne życie i dyktuje mi tematy, o których nie miałam, w moich aroganckich i zdyscyplinowanych planach, zamiaru pisać.  Na przykład, teraz często mam ochotę pisać na blogu jak w pamiętniku, chociaż nigdy przedtem, nawet jako naiwna i sentymentalna nastolatka,  takiego nie prowadziłam.

Czy to wpływ czytanych przeze mnie blogów czy po prostu blogi mają taką naturę?

Mniejsza o to, jeżeli poddam się temu trendowi, to nic mi nie będzie, ostatecznie mogę pisać na moim blogu co mi na myśl przyjdzie, bo przecież nikogo nie zmuszam do czytania.

Zresztą ostatnio dużo  nie piszę, bo mam kupę pracy (na emeryturze!). Część tej pracy musi być wykonana w nocy lub w weekendy, więc nie zawsze w dzień jestem przytomna.

Dziś też jest akurat taki mało przytomny dzień, bo pracowałam do 3.30 rano i się nie wyspałam, ale bez pracy człowiek umiera!  Powszechnie uważa  się  (przynajmniej w Anglii), że nauczyciele czy dyrektorzy/dyrektorki szkół umierają wkrótce po przejściu na emeryturę, bo po prostu, po naładowanym adrenaliną życiu, nagle nie mają co robić. Moje całe pracujące życie też było naładowane adrenaliną, ale nie chcę, żeby to  mnie spotkało, więc staram się być intelektualnie aktywną i nadal trochę pracuję, a ostatnio nawet dość intensywnie.

A teraz już chyba muszę iść spać, oczywiste po tym jak rozwieszę pranie, położę psy do łóżeczek i wykonam kilka innych wieczornych czynności.

Nie było mnie parę dni

Nie pisałam przez parę dni (ten pierwszy dzisiejszy blog wrzuciłam „poza kolejką”, bo akurat był gotowy), ponieważ wyskoczyłam na tydzień do mojej drugiej ojczyzny, Anglii, żeby odświeżyć  swoje wiadomości o naszej firmie, zobaczyć się ze znajomymi  i pomieszkać w naszym londyńskim mieszkanku. Powodem były też dwa planowe spotkania firmy.

Pierwsze to doroczna firmowa impreza, na którą poszłam z mężem.  Kiedyś była to impreza bożonarodzeniowa w grudniu, ale już od kilku lat odbywa się ona w styczniu, bo łatwiej wtedy wynająć odpowiedni lokal.  W tym roku było jeszcze weselej niż zwykle, bo impreza była w osobnej, zarezerwowanej tylko dla nas, dwutorowej części kręgielni z barem w centrum Londynu.  Wszyscy się świetnie bawili, nawet tacy jak ja, co to nie potrafią niczym w nic trafić, ale chyba najbardziej zachwycona była 3-letnia córeczka dyrektorki, mimo, że nie korzystała z szczodrze płynących napojów wyskokowych.  Pod kierunkiem tatusia dźwigała kule tylko o połowę mniejsze niż ona sama i, zataczając się pod ich ciężarem, windowała je na coś w rodzaju rusztowania z pochylnią, z którego potem spychała je na tor.   Obserwując ich bieg, piszczała i podskakiwała z podniecenia, a kiedy potem czekała w kątku na swoją następną kolejkę, też nie traciła zainteresowania i klaskała entuzjastycznie innym zawodnikom, a bez wyjątku wszyscy obecni mieli wielką z niej uciechę.

Koszt imprezy jest całkowicie pokrywany przez firmę, co jest bardzo miłym (i kosztownym) gestem, udowadniającym, że firma ceni swych pracowników i w ten sposób dodatkowo ich wynagradza za lojalność i rzetelną pracę.  Jest to również świetna okazja do integracji pracowników (oraz ich współmałżonków i potomstwa), bo większość osób na codzień ma styczność  tylko z  członkami  własnych zespołów lub nawet tylko z klientami, u których akurat pracują.

Drugie to spotkanie wszystkich pracowników, odbywające się trzy razy w roku, na których dyrektorzy firmy przedstawiają obecny stan biznesu i prognozy na przyszłość, konsultują różne sprawy, słuchają opinii pracowników i przygotowują ich na nadchodzące wyzwania, takie jak, na przykład, jakaś inspekcja, kontrola finansowa czy konieczność przejścia ponownej,  okresowej, oceny w celu zachowania akredytacji firmy w „Investors in People”.  Jest to również okazja do doszkalania (poprzez prezentacje przygotowane przez pracowników lub  gości spoza firmy) w ogólnie ważnych kwestiach, no i oczywiście do dalszej integracji. Spotkanie trwa cały dzień i zawsze jest zapewniony gorący lunch oraz przekąski i napoje.  Dodać do tego rozsądne, pomocne  i nieagresywne zarządzanie i mamy firmę, w której ludzie chcą pracować.

Firma jest mała, zatrudnia ok. 20 osób i ma również ok. 20 dorywczych pracowników, zwanych współpracownikami, którzy równocześnie pracują w innych firmach albo dla siebie. W obecnych warunkach, to wydaje się być jedynym sposobem, w jaki mała firma może się utrzymać na rynku: dorywczych pracowników można po prostu nie używać, jeżeli brak zleceń.  Nasza działalność podlega pod departament oświaty (szkolenie młodych ludzi przez państwowo-fundowane tzw. programy czeladnicze oraz do-/przeszkalanie zatrudnionych dorosłych) i firma jest bardzo wysoko notowana w tej dziedzinie z powodu wybitnych osiągnięć szkolonych oraz jakości szkolenia.

P.S. Pisząc ten blog, zauważyłam, że nadal trudno mi pisać po polsku, zwłaszcza o mojej pracy w Anglii, ale nie tylko. Po pierwsze, w polskim praktycznie nie mam rejestru słownictwa związanego z pracą, bo nigdy tu nie pracowałam, a i inne rejestry też zubożały, a po drugie, nie wszystko co angielskie ma odpowiedniki w Polsce.   Co chwilę musiałam zaglądać do tłumacza Google, a i to często nie zdawało egzaminu. Poza tym, bardzo trudno jest uniknąć dosłownych tłumaczeń z angielskiego, bo są bezwiedne.  To samo zaczęło mi się teraz zdarzać, gdy piszę lub mówię po angielsku. Pewnie dojdzie do tego, że ani mój polski ani angielski nie będzie poprawny!!!