Dziw natury? Rododendron w sierpniu!

W moim maciupcim miejskim ogródku właśnie kwitnie rododendron!!!

A żeby nie było wątpliwości, na następnym zdjęciu widać jego typowo sierpniowe otoczenie: hortensję, niecierpek, begonię, paproć i funkię. 

Ten okaz posadziłam późnym majem, kiedy już przekwitał.  Potem oberwałam mu przekwitnięte kwiaty, żeby nie wysilał się niepotrzebnie na nasiona, i, zgodnie z moimi oczekiwaniami, zawiązał dorodne pąki kwiatowe, a tydzień temu, ku mojemu bezmiernemu zdumieniu, zaczął je otwierać!  Myślałam,  że to to będzie tylko jeden pomylony pąk, ale zaraz zakwitł drugi i już dwa następne pękły. Do tej pory byłam święcie przekonana, że rododendrony kwitną tylko raz do roku, w maju, a potem tworzą przyrosty i pąki kwiatowe na następny rok.

Mój ogródek – aktualizacja

O moim pierwszym po powrocie z emigracji, i długo wyczekiwanym, ogródku pisałam 26-go maja, kiedy miał zaledwie miesiąc (nie mam pojęcia, jak się dodaje odnośnik do powiązanych wpisów, więc piszę „na piechotę”).  A tak właśnie wygląda on w wieku trzech miesięcy:

Nie można tego jeszcze nazwać dojrzałym ogrodem, bo np., nawłocie wysokością niemalże dorównują jabłonce, floksy są trzy razy wyższe niż czarny bez, a niektóre róże na tarasie niższe od miniaturowych iglaków, ale zdecydowanie idzie na lepsze.  Rośliny, które udało mi się przesadzić z tymczasowego ogródka w malarskich wannach są, oczywiście, już całkiem dorosłe, jak np. różowe lilie azjatyckie płożące się dzwoneczki czy jeżówka.  Musiałam w tych wannach mieć jakąś bardzo marną ziemię (podejrzewam, że za kwaśną), bo wszystkie przesadzone rośliny o wiele lepiej się mają na nowych grządkach.

Z nowo zakupionych roślin hortensje są najpokaźniejsze. Ta poniżej tworzy wielkie kwiatostany złożone z drobniutkich kwiatuszków, ale mam jeszcze trzy inne, widoczne na pierwszym zdjęciu.  Ta niebieska to odmiana typu macrophylla, która będzie wymagała ochrony na zimę, ale pozostałe mają wytrrzymywać temperatury do -30 C.

Róże, posadzone na tarasie jesienią, są jeszcze słabiutkie, a dwie sztuki odmiany Casanova nie przetrzymały zimy.  Najmocniejsze są Queen Elizabeth (klasyczna różowa) oraz Peace, żółta, przebarwiająca się na różowo. Mam też Westerland, której pierwszy kwiat otworzył się w dniu narodzin pierwszego dziecka w rodzinie od 30-tu lat,  pierwszego prawnuczątka, córeczki mojego bratanka, więc nazwałam tę różę jej imieniem (poniżej). Róża Folklore, w której pokładam wielkie nadzieje, jest na razie odrobinę rachityczna.  Był tylko jeden kwiat, mogły być dwa, ale mój pies jeden złamał, denerwując się na kota w sąsiednim ogrodzie, co wymagało energicznych podskoków w tym właśnie miejscu.

No i sprawiłam sobie tę ławeczkę, z której mogę sycić się widokiem ogródka do woli.

Nareszcie mam ogródek!

Jestem niewymownie szczęśliwa – po niemal trzech latach od przeprowadzki z Anglii nareszcie mam urządzony ogródek! Jest jeszcze bardzo młody, więc na pełen efekt trzeba będzie poczekać, ale póki co ożywiłam go letnimi sadzonkami i też jest pięknie. Jak tylko spojrzę przez drzwi na taras, robi mi się ciepło koło serca i uśmiecham się. Niestety, z mojego gabinetu nie widzę tego, ale i tak jest dobrze. Planuję postawić w nim ławeczkę w strategicznym punkcie, z którego będę miała widok na całość.   

W ogrodnictwie zakochałam się w 1976 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom na obczyźnie, w Walii,  z  małym, ale zgrabnym ogródkiem, choć troszkę zarośniętym (czytaj: trawa do kolan, a chwasty do pół uda). Było to nie lada wyzwanie.  Co prawda, w szkole interesowałam się botaniką i oznaczaniem roślin, ale nie miałam żadnego doświadczenia w zakładaniu ogrodów ani hodowaniu roślin, ale się tym zupełnie nie przejęłam i postanowiłam szybko dokształcić się w temacie. Zaczęłam od systematycznego studiowania katalogów roślin ogrodowych, które to katalogi można było uzyskać za darmo od  hodowców.  Stały się dla mnie kopalnią wiadomości na temat przydatności i wymagań roślin ogrodowych.  Kupiłam sobie też taniutką broszurkę dla początkujących ogrodników, która zawierała absolutnie podstawowe wiadomości o rodzajach ziemi, sadzeniu, pielęgnacji i szkodnikach.  Tak uzbrojona założyłam swój pierwszy ogródek, a były w nim i groszki pachnące i kwitnące zimozielone krzewy i poziomki i cukinie.

Doświadczenie zdobyte w tym pierwszym ogródku wykorzystałam potem w trzech następnych, nadal ucząc się z wszelkich dostępnych źródeł, głównie telewizyjnych programów ogrodniczych, których w Anglii nie brakowało. Mój ostatni ogród w Anglii był dość duży i składał się z rozległego trawnika,  skalniaka, kilku grządek kwiatowych, dwóch warzywnych, oczka wodnego z nenufarami i roślinami brzegowymi oraz sporej ilości donic i wiszących koszyków do letnich nasadzeń. Była w nim też stara śliwa a la renkloda, zdziczała czereśnia oraz młoda czereśnia, jabłonka i białe i czerwone porzeczki, które sama posadziłam. Czereśni nigdy nie udało się zebrać, bo zjadały je stada szpaków zanim jeszcze dojrzały i w żaden sposób nie dało się ich odstraszyć.  Ze starej śliwy zawsze można było coś zebrać, bo starczało tego i dla nas i dla ptaków i dla os, więc robiłam przepyszne dżemy. Z jabłkami było gorzej: kilka jabłek udało nam się co roku zebrać, były chrupkie, słodkie i soczyste, ale jednego roku wszystkie zniknęły dzień przed planowanym zbiorem – tu musiały zawinić  albo wiewiórki albo złodzieje. Z porzeczkami bywało różnie, czasem udawało mi się je na czas ochronić siatką, a czasem wielkie leśne gołębie pożerały wszystko zanim się zorientowałam.

Był też mniejszy ogródek przed domem, od strony ulicy, w którym miałam ozdobne drzewko na środku podwyższonej, owalnej grządki i kwitnące krzewy oraz byliny na kilku grządkach. Naokoło wejścia do domu powojniki otaczały ganek pnąc się do słońca i całość wyglądała urokliwie.

To był mój najlepszy i ukochany ogród, miałam go przez 14 lat i chyba tego najbardziej mi było żal, kiedy wyjeżdżałam z Anglii. Według popularnego powiedzonka z moich szkolnych czasów „Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr”, ale chyba jednak opiszę go kiedyś.  Nota bene, zdjęcie w nagłówku jest właśnie z tamtego ogrodu.

A teraz mam ten świeżo założony, maciupci, miejski ogródek – tamten w Anglii miał co najmniej 1000 m2, a ten, wliczając taras, ma 76, czyli nawet nie jedną dziesiątą.

Na początku był tu trawnik z piwoniami, grządka kwiatowa przed tarasem z kilkoma różami, niezapominajkami i tulipanami i druga wzdłuż granicy sąsiedniej parceli, z niesfornym żywopłotem z samosiejek.  Na wąskiej grządce na tarasie był zasadzony żywopłot, którego jedyną zaletą była zieleń przez cały sezon.

Jak to często bywa w miejskich ogródkach, nie ma w moim nadmiaru słońca. Zimą prawie wcale nie ma, bo słońce stoi nisko i nie ma szans wyjrzeć zza domu, ale w lecie każdy kącik dostaje trochę słońca, te najciemniejsze po 2 – 3 godziny dziennie, a najjaśniejsze nawet do 6 godzin.  Według ekspertów od ogrodnictwa, to jest, odpowiednio, cień i półcień. Dodać do tego psa, który  zamaszyście i bardzo skutecznie rozdrapuje ziemię przy każdej wizycie i jest problem – jak tu założyć ogródek, który miałby szanse na przetrwanie?

W planowaniu trawnik od razu odpadł, z oczywistych powodów, ale chciałam mieć krzewy, małe drzewka i grządki z kwiatami. Myślałam nad tym bardzo długo i w końcu wymyśliłam: ogródek będzie kamienny, z podwyższonymi grządkami dla mnie, na które niewchodzenia psa można łatwo nauczyć, i specjalnym miejscem dla załatwiania psich potrzeb. I tak powstał mój nowy ogródek. Rozrysowałam plany, wynajęłam brygadę budowniczą, która, pod moim ścisłym nadzorem, te plany (nie bez pewnych oporów) realizowała.  W ten sposób powstały dwie wysokie, owalne grządki, jedna półowalna i jedna prostokątna oraz ścieżki z płytek otoczonych kamykami. Głównym materiałem budowlanym był przepiękny granit w kolorach białozłotych, zbudowano również za tarasem piaskownicę dla psa. Tak dokonała się architektura mojego ogródka.

Potem to już była tylko kwestia nasadzeń.  Architektura była twarda, więc rośliny musiały ją złagodzić i rozmazać granice, żeby ogródek nie wyglądał jak kamienna pustynia. Poza tym wymarzyłam sobie aspekty użytkowności, takie jak mało znane owoce.   Zgodnie z planem, nad którym pracowałam ze dwa lata, tymczasowo sadząc moje ulubine rośliny w pojemnikach,  posadziłam  w moim nowym ogródku krzewy i małe drzewka, które nadadzą mu kształt i permanencję: różowo kwitnący migdałowiec centralnie na dużej owalnej grządce; po jednej, pieczołowicie wybranej,  hortensji na każdej grządce – wybrałam głównie bukietowe i drzewiaste, bo są niesamowicie mrozoodporne, ale skusiłam się na jedną ogrodową (nieodporna macrophylla), bo jest niebieska.  Na długiej grządce pod płotem posadziłam czarny bez z jadalnymi kwiatami i owocami i ciemnymi liśćmi;  ciekawą jabłonkę (jak papierówka, ale czerwona i przechowywalna), świdośliwę, która pięknie kwitnie na wiosnę, a potem rodzi jadalne jagody i na dodatek przebarwia się na czerwono jesienią oraz rokitnik syberyjski ze srebrnozielonymi listkami, który, jak się trafi na osobnika żeńskiego, będzie kwitł i produkował jadalne, pomarańczowe, owoce – wsadziłam trzy sadzonki  i mam nieśmiałą nadzieję, że jedna z nich będzie żeńska.

Dla natychmiastowej gratyfikacji i koloru, posadziłam na grządkach bratki i petunie, uzupełnione dla kontrastu srebrnymi i zielonożółtymi, zwisającymi roślinkami, których nazw nie znam.

Na tarasie, w miejsce wykarczowanego żywołotu, który przedtem otaczał go z dwóch stron, posadziłam jesienią różnokolorowe, pachnące róże, zamówione przez Internet od specjalistycznego hodowcy.  Dwie, które zresztą od razu wyglądały rachitycznie,  niestety się nie przyjęły, więc braki uzupełniłam trzema różami z mojego likwidowanego ogródka.  Róże na razie są niewielkie, ale powinny już  w tym sezonie zakwitnąć. Na razie powsadzałam pomiędzy nie kolorowe bratki i niecierpki, a jesienią planuję dodać krokusy i żonkile, żeby było ładnie wiosną.

Oprócz tego mam na tarasie donice z moimi ulubionymi ziołami: tymiankiem, rozmarynem, szałwią i lubczykiem, oraz dwie z dość dużymi żywotnikami (tuje), jedną z pięknym iglakiem, który przeżył już tu kilka zim i dwie z kwiatami – w jednej są zwisające begonie, a w drugiej będzie później fuksja

.

To jest tylko początek, ogródek ma dopiero miesiąc, architektura jest, ale permanentne nasadzenia są jeszcze raczej niepokaźne.  Mam nadzieję, że w przyszłym roku już zaczną spełniać swoje przypisane zadania. A na dodatek wygląda na to, że ogródek jest stosunkowo ślimako-odporny z powodu podłoża z piasku i drobnych kamieni, po których trudno się ślimakom poruszać.

Nie potrafię adekwatnie wyrazić w słowach zadowolenia, jakie daje uprawianie ogródka, nawet takiego maciupciego, ale jestem pewna, że każdy ogrodnik to zrozumie. Nawet jeżeli ma się tylko parapet z jedną skrzynką, to można tej radości doznać.

Ale się dzisiaj narobiłam!  I to z własnej winy!

Po powrocie z Anglii znalazłam w przydomowym ogródku przerażające zniszczenia w moich nowoposadzonych kwiatkach i, po dokładnej wizji lokalnej odkryłam  winnych: ślimaki! Podczas mojej nieobecności zeżarły mi połowę każdej petunii, połowę hosty i około jedną trzecią lubczyka. Wkurzyłam się okropnie, bo ostatecznie całą uprawę mam w donicach i nie spodziewałam się takiego skutecznego ataku.  Ruszyłam więc do walki.  Jakiś czas temu zakupiłam bardzo drogi środek ślimakobójczy, ale dopiero później zauważyłam, że pisało na nim,  że może stanowić śmiertelne zagrożenie dla psów, wobec czego nigdy go nie używałam.  Ale jak dzisiaj zlustrowałam ogrom ślimaczych zniszczeń, to mi hamulce puściły i w desperacji zaaplikowałam po kilka granulek na każdą donicę, mając nadzieję, że psy nie zainteresują się tą trucizną.

Niestety, nadzieja była trochę naiwna i zbyt optymistyczna.  Mój pies-łobuz natychmiast wywęszył każdą granulkę i bardzo się nimi zainteresował, a później suka też, więc doszłam do wniosku, że muszę je usunąć, bo mogę zatruć moje ukochane futrzaki. Natychmiast zamówiłam przez Internet środek, który jest niegroźny dla psów, bo jest z substancji naturalnych i po prostu karmi ślimaki, żeby się napchały i straciły ochotę na moje kwiatki – podobno to działa bardzo skutecznie. No, ale to dotrze do mnie dopiero za parę dni.  Poszłam więc do ogródka i poświęciłam godzinę na dokładne wyzbieranie wszystkich wcześniej rozsypanych granulek, przy okazji zbierając też i ślimaki.

Ale to nie koniec roboty: moje kwiatki są nadal narażone na atak, więc muszę teraz wyjść i z latarką pozbierać resztę ucztujących ślimaków, bo one lubią żerować wieczorem.

Wróciłam

Jestem znowu w Polsce, w miejskim mieszkaniu.  Wróciłam wczoraj późnym wieczorem, po kilku dniach intensywnej pracy w Londynie, i jeszcze do 3-ciej w nocy wykańczałam pilne sprawy, żeby je wysłać e-mailem do biura przed rozpoczęciem pracy w poniedziałek.  Nerwowa i intensywna praca przez weekend i po nocy to dla mnie nie nowość, ale może się trochę od tego odzwyczaiłam po przejściu na emeryturę, bo wróciłam okropnie zmęczona.  Niestety, „ nie ma letko”,  muszę dalej zasuwać, bo robota nie jest skończona.  Na dodatek tak mnie boli jeden krąg szyjny (bo mam kompletnie skopany kręgosłup w szyi), że chce mi się wyć!

A tu w ogródku wiosna się nagle zaczęła i chciałabym posprzątać jesienne pozostałości, nakarmić zadomowione roślinki i posadzić piękne, tryskające zdrowiem, nowe. Dziś na to zupełnie nie miałam czasu, ale powzięłam mocne postanowienie, że codziennie wygospodaruję godzinkę na ogródek, mimo, że praca nagli – ostatecznie, jestem na emeryturze, no nie?

A jeszcze jest ogród u Mamy, który też pilnie wymaga odgruzowania. Kiedy ja to wszystko zrobię?

Pierwszy siew!

Nareszcie posiałam coś w szklarni u Mamy, bo już dłużej nie mogłam wytrzymać!

Szklarnia mocno zdezelowana, drewno się sypie, szyby wypadają z byle powodu, więc strach tam wchodzić, żeby nie zgilotynowały; drzwi się nie domykają i kilku szyb w dachu brakuje a kilka cieknie, bo kit odpadł, ale zdecydowałyśmy z siostrą, że użyjemy jej jeszcze raz, a potem ewentualnie się przebuduje.  W sobotę zakupiłyśmy plastikową folię, gwózdki i ziemię w workach, a wczoraj przygotowałyśmy wycięte z puszek po piwie podkładki pod gwoździe i zgrabiałymi z zimna rękami zakryłyśmy tą folią tę część dachu, w której były dziury. Niestety, jesteśmy przekonane, że następny silniejszy wiatr ją zerwie, bo nie właziłyśmy na drabinę, żeby przybić ją na szczytach (obie mamy lęk wysokości), no ale trudno, jeżeli przyjedzie w odwiedziny jakiś mniej drżący przyjaciel lub krewny, to może przybje, a jak nie, to folii jest sporo, będzie się naprawiać.  Ale przynajmniej jest jeden „dodatni plus”: te szyby, które nie wypadły przy stukaniu młotkami powinny już nie gilotynować.

Normalnie co roku wymieniało się ziemię w szklarni i fumigowało paloną siarką, ale tym razem poszłam na skróty i niczego takiego nie zrobiłam, zresztą chyba to jest głównie potrzebne do hodowli pomidorów, a tych nie będziemy już sadzić.  Dwa lata pod rząd gniły nam na krzaku, więc niech się wypchają, będziemy kupować na targu.  W Polsce są w lecie pyszne pomidory w sprzedaży, gruntowe, słodziutkie i pachnące, i dostępne w wielu odmianach (w Anglii raz nacięłam się na śmierdzące rybami, bo pewnie w hodowli użyto mączki rybnej). Fakt, że świeżutko zerwany, nagrzany słońcem  pomidor to niebo w gębie, no ale jak się nie da, to się nie da.

W szklarni są dwie grządki, a po środku ścieżka. Lewa grządka jest bardziej nasłoneczniona i ziemię do doniczek czy koszyków wybierałam w zeszłym roku po szklarniowym sezonie z prawej, więc była w miarę pełna. Wczoraj oczyściłam sumiennie obie grządki z chwastów, przy czym, zdejmując wartstwę trawy w jednym miejscu na prawej grządce, odkryłam 15-to centymetrowy rządek posianej w zeszłym roku i mającej się świetnie cebulki, więc niedługo będzie szczypior! Nie zajęło mi to wiele czasu, ale ponieważ nie mam kondycji, to się bardzo zmęczyłam i zaczęły mnie boleć mięśnie w krzyżu, więc się poddałam i postanowiłam resztę zrobić dzisiaj, przed powrotem do miasta.

Dzisiaj rano nie byłam zupełnie przekonana, że chce mi się kontynuować tę robotę: nadal bolał mnie krzyż i szyja, i nie miałam dużo czasu, bo planowałam wyjazd do miejskiego domu na 12-tą, ale się zawzięłam!  Mimo lekko prószącego śniegu, sprowokowałam męża, będącego w piżamie i kapciach,  do wniesienia po zalegającym na podwórzu śniegu, trzech 50-cio litrowych worków ziemi do szklarni. Rozsypałam dwa na lewej grządce, posypałam woniejącym suszonym nawozem bydlęcym, wymieszałam i dosypałam więcej ziemi z trzeciego worka, żeby nawóz nie popalił wzrastających kiełków.  Następie posiałam rządek koperku, dwa niepełne rządki sałaty kruchej i Lollo Rossa (bo nie starczyło nasion), a na ich wolnych końcach cebulkę i kolendrę, i rządek czerwonej rzodkiewki, i jestem szczęśliwa, że coś się zaczęło dziać na ogrodowym froncie, mimo, że krzyż i szyja jeszcze bardziej mi dokuczają.

Prawa grządka zostanie na następny siew, za jakieś dwa tygodnie, co przedłuży okres zbiorów; zresztą i tak bym już dziś nie dała rady.

Ciekawe, co popędza człowieka do takiego wysiłku – to chyba jakiś atawizm. Przecież łatwiej kupić te jarzyny na targu, i pewnie taniej, bo np. jak my bierzemy siłę najemną do wożenia ziemi, przekopywania grządek czy naprawiania szklarni, to na pewno wychodzi drożej, no i podlewać trzeba, co też jest problemem dla słabych lub niepełnosprawnych.  Może chodzi tu o uczucie samowystarczalności albo dumy z tego, że się potrafisz zaopatrzyć w jedzenie, albo po prostu smakowych doznań ze świeżo zebranych zielenin.  Nie wiem, ale może nie trzeba tego poddawać psychoanalizie: ważne jest to, że to mi sprawia przyjemność, odciąga od komputera i daje ruch na świeżym powietrzu.

P.S. Jutro lecę do Anglii na tydzień, więc pewnie nie będę pisać.

Co to za pomysł z tym śniegiem?

Co to za pomysł z tym śniegiem?  Coś się chyba zarządcom od pogody mocno pomyliło, to miało być w lutym, nie teraz!  Według kalendarza, wiosna ma być za dwa dni, wszyscy o tym wiedzą, nawet tacy co kalendarzy nie posiadają, a tym od pogody  najwidoczniej takich wiadomości brakuje.

Rośliny wiedzą o tym; tulipany powyłaziły z ziemi i tylko czyhają, żeby się rzucić na całość, floksy wychyliły na świat czerwone łebki młodych pędów, wierzby opierzyły się srebrzystymi baziami, a cała reszta czai się w przedwiosennym pogotowiu.  Ptaszki wiedzą o tym;  sama widziałam wczoraj, jak wróbelek przeskakiwał z gałązki na gałązkę za wróbelką, za każdym razem siadał kawałeczek od niej a potem, przebierając łapkami po gałązce, przysuwał się i przytulał do niej boczkiem. Słońce o tym wie; codziennie wstaje coraz wcześniej, wspina się coraz wyżej i idzie spać coraz później, w poczuciu obowiązku rozgrzania zziębniętej ziemi i jak najszybszego zlikwidowania hałd starego śniegu.

A tu co? Nowy śnieg pada od samego rana, ukrył już wszystkie wczorajsze ślady po ruchu dwu- i czteronożnym i kołowym, z moich schodków zrobił zjeżdżalnię dla sanek,  zasypał samochody w garażach i na podwórkach a te, którym udało się odgrzebać, uwięził w korkach razem z miejskimi piaskarkami i pługami.  I jeszcze mu mało, dalej pada jakby miał całą zimę przed sobą!

A ja, w nadziei na wiosnę, zaczęłam już kupować nasiona ziół i kwiatów i planować ogródek miejski i wiejski.  Oczyma duszy widziałam już zachwycające mnogością kolorów i kształtów zagony ostróżek i onętków, wiszące koszyczki nasturcji oraz dorodne kępy malw i piwonii.  Slinkę na język przynosiła mi już myśl o salaterkach pełnych własnoręcznie wyhodowanych sałat, kolendry, cebulek i rzodkiewek i o pachnącym, świeżym koperku do posypywania młodych ziemniaczków. A teraz co?  Ten śnieg poleży jeszcze dwa, trzy tygodnie, więc jak tu siać?  Malwy i piwonie będą, bo są, ale co z tą resztą?

Musiałam na chwilę przerwać pisanie, żeby wpuścić i odśnieżyć psy, które minutę temu były przekonane, że chcą wyjść na zewnątrz, i uciekła mi melodia, więc to było na tyle.

Zmieniłam wygląd

Nie swój (to byłoby znacznie trudniejsze), ale mojego bloga, żeby był bardziej czytelny.  Poprzedni szablon (Choco…) bardzo mi odpowiadał, bo był elegancki, spokojny i się nie narzucał, ale miał ograniczone możliwości ustawień wyglądu, albo może po prostu nie umiałam ich znaleźć.  Nowy szablon, który właśnie zainstalowałam, ma więcej opcji, więc chcę go wypróbować, ale od razu mi zaimponował tym, że mogłam wybrać własne zdjęcie na nagłówek.  Wsadziłam jedno z ogrodu przy domu w Anglii, w którym mieszkaliśmy przez ok.17 lat bezpośrednio przed powrotem do Polski.  Serce mi się ściskało, kiedy oglądałam zdjęcia z tamtych lat, aby wybrać jakieś na mój blog, bo bardzo kochałam ten dom i ten ogród, ale to wcale nie oznacza, że żałuję powrotu do Polski, to po prostu zwykła nostalgia za przemijającym czasem.