Ludzie i ludzie

Dzisiaj miało być na dwa zupełnie różnego kalibru tematy, ale nie będzie, ograniczę się do jednego, bo nie mam ochoty tym drugim ściągnąć na swoją niewinną głowę jadowitych wybuchów hejterów.

Poszliśmy wczoraj na obiad do często przez nas odwiedzanej restauracji, która, opócz doskonałych dań a la carte oferuje też bardzo przyzwoite zestawy obiadowe (zupa i drugie danie) za 16 do 18 zł, dobrze ugotowane, smacznie przyprawione i ładnie podane w wystarczająco sporych porcjach.  Mąż zawsze zamawia zestaw, a ja, ponieważ nie potrzebuję dwóch dań, zazwyczaj wybieram jedno pyszne danie z karty, na które, niestety, muszę czekać skręcając się z głodu aż mąż skonsumuje  zupę z zestawu. No, ale w końcu doczekałam się mojego wspaniałego pieczonego łososia z mozzarelą i delikatnie gotowanymi jarzynami i, najadłszy się do syta,  wyszłam na zewenątrz, bo oczywiście palić w restauracji nie wolno.  Tam zaobserwowałam grupkę 4 młodych osób, które debatowały, czy wejść czy nie wejść.  Troje po kolei podchodziło do tablicy z opisem zestawów i wracało do grupy bez decyzji.  Potem  jedna dziewczyna zaczęła uważnie studiować menu a la carte, wystawione na stojaku, przy którym akurat stałam, więc, chcąc jej pomóc w podjęciu decyzji, życzliwym głosem podpowiedziałam:  „Jedzenie jest tu bardzo dobre, te zestawy też.”  I w tym momencie zaskoczył mnie kompletny brak reakcji na moje odezwanie, tak, jakby go wcale nie było. Pomijając już jakąkolwiek odpowiedź, dziewczyna ani nie popatrzyła na mnie, choćby przelotnie, ani nie skinęła głową, ani się nie uśmiechnęła, w ogóle nie dała żadnego znaku zarejestrowania mojej wypowiedzi, mimo, że głos mam wybitnie słyszalny.  Głucha nie była i po polsku rozumiała, co wiem z wcześniejszej obserwacji tej grupki, więc skąd takie całkowite ignorowanie drugiego człowieka?  Na obszczymordę czy innego wyrzutka społeczeństwa raczej nie wyglądam, więc jeżeli to nie ja byłam powodem takiego zachowania, to co ono oznacza?

Okazuje się, że ignorować można równie skutecznie po nawiązaniu kontaktu.  Parę dni wcześniej stałam w kolejce w  delikatesach mięsnych, gdzie obsługiwały dwie ekspedientki.  Jedna akurat podawała coś klientce przy ladzie z wędlinami i serami, a druga obsługiwała kogoś przy mięsie, kiedy do sklepu weszła przyzwoicie ubrana pani w średnim wieku.  Zaczęła wypytywać pierwszą ekspedientkę o jakiś ser i kiedy tylko jej klientka odeszła od lady, pani poprosiła o ten ser, więc ekspedientka poinformowała ją o obowiązującej w sklepie jednej kolejce, w której już czekałam ja i inna klientka.  Pani popatrzyła w naszą stronę i stwierdziła, że nie wiedziała, ale skoro już tu stanęła, to tu zostanie i weźmie ten ser.  Kiedy grzecznie zwróciłam jej uwagę, że przecież my też czekamy i teraz jest moja kolej, to się z widoczną irytacją zgodziła, żebym została obsłużona, ale potem cały czas narzekała, że ona nie złośliwie, że co za ludzie, że jaka szkoda, itd, itp, wyraźnie dając do zrozumienia, że łaskę mi robi, bo to ona powinna była dostać pierwsza.  Ciekawe, na jakiej zasadzie powzięła takie przekonanie, może była bardzo religijna i kierowała się Ewangelią, w której stoi, że ostatni będą pierwszymi?

Ludzie na zakupach

To już mój drugi wpis dzisiaj, bo nadrabiam świąteczne zaległości.

Nie wiem, na czym to polega, ale odkąd wróciłam do kraju, latam na spożywcze zakupy ze trzy razy na tydzień.  Mieszkając w Anglii, przez długi czas robiłam zakupy w supermarkecie Sainsbury raz na dwa tygodnie, bo to była oszczędność czasu, który można było milej spożytkować na robocie w ogródku, weekendowych wyjazdach czy zwykłym nieróbstwie po tygodniu stresowej pracy.  Kiedy moja przyjaciółka od psów i sąsiadka wróciła do domu po ciężkim wylewie, to robiłam je raz na tydzień, bo ją też chciałam zaprowiantować, a ona była na tygodniowym budżecie, co w Anglii jest normalne u np. robotników fizycznych czy emerytów odbierających emeryturę w gotówce na poczcie. Więc dlaczego teraz muszę biegać po zakupy co drugi dzień? Lodówkę i zamrażarkę mam tak  jak miałam, rodzina mi się nie powiększyła, więc dlaczego? W jakiejś wolnej chwili będę musiała tę sprawę przeanalizować i wyciągnąć z tej analizy należyte wnioski.

Ale to nie mój główny temat na dziś.  Chcę podzielić się z moimi czytelnikami wrażeniami o ludziach na zakupach, które mnie trochę zaskakują. Jedno z pierwszych było raczej niemiłe: klientka stojąca za mną w kolejce do kasy w eleganckich i drogich delikatesach w moim mieście zdenerwowała się, że tak powoli ładuję moje liczne zakupy do toreb i rzuciła w moją stronę z irytacją: „To nie może Pani najpierw zapłacić, a potem pakować?”  Może bym i mogła, ale wtedy jej zakupy pomięszałyby się z moimi, bo miejsca za kasą było mało, a poza tym przecież nie byłam aż taka powolna, mimo tego, że akurat czułam się bardzo zmęczona.  Nie odpowiedziałam nic, ale płakać mi się chciało na taką nieżyczliwość. Może to był po prostu szok, bo w moim doświadczeniu ludzie w sklepach uśmiechali się do siebie, wyżsi podawali niższym produkty z półek dla tych ostatnich niedostępnych, wymieniali opinie i porady i w dłuższych kolejkach do kas żartowali, zamiast się złościć. Nawiasem mówiąc, panie przy kasach w tym sklepie też są niemiłe, więc może to po prostu taki sklep.

W innym mieście, trochę bardziej prowincjonalnym niż moje, gdzie często mam okazję robić zakupy w tamtejszym Carrefour, zaobserwowałam ciekawe zachowania wśród pań zakupowiczek.  Nagminne jest tam lustrowanie zawartości mojego wózka, bardzo otwarte i bez żadnej żenady. Baby oglądają dokładnie, co mam w wózku, bo a nuż złapałam jakąś dobrą okazję, która umknęła ich czujności.  Jedna taka pani ostatnio posunęła się nawet do aktywnego śledztwa. Stała kilka kroków od lady cukierni znajdującej się w kompleksie Carrefour, kiedy ja zakupiłam tam całą wystawioną połówkę paschy.  Dostrzegłszy ten zakup sokolim okiem, stawiła się przy ladzie i zapytała: „Co ta Pani właśnie kupiła?” Kompletna zgroza!  A też zdarzyło mi się spotkać w tym sklepie dość zamożnie wyglądającą panią, która wzięła do woreczka pęczek rzodkiewek, po czym zaczęła obrywać po parę rzodkiewek z pozostałych kilku pęczków i dorzucać je do woreczka.  Tak mnie zatkało, że nie zareagowałam, ale następnym razem na pewno coś takiej pani powiem i mam nadzieję, że nikt mnie za to nie pobije, bo nie znoszę bólu.

Ostatnio też chciałam w w/w Carrefour zakupić parę rajstop.  Z łatwością zlokalizowałam odpowiednie stoisko, ale na nim ruina! Tyle porozrywanych opakowań, że z trudem znalazłam nieuszkodzone w moim kolorze.  Co ci klienci robią?  Wiem co, działają na zasadzie, że nie moje i anonimowe, więc można zgnoić i zepsuć, bo ktoś inny za to zapłaci. Przeraża mnie takie podejście – skąd się tacy ludzie biorą?  A może wszyscy tacy jesteśmy, tylko niektórzy potrafią to skutecznie ukryć?