Służba zdrowia

Właśnie przeżywam moją pierwszą, od powrotu do Polski,  przygodę ze szpitalem – jest ciekawie i chwilami „straszno”, ale ogólnie idzie na dobre i podziwiam personel szpitalny za skuteczne działanie pomimo dotkliwego braku środków.

Od początku tygodnia mąż czuł się trochę zmęczony i słaby, ale jeszcze w środę, jak zwykle, poszliśmy w południe na ćwiczenia w basenie solankowym. W czwartek rano dostał wysokiej gorączki , 38,5 C, co jak na bardziej niż dojrzałą osobę jest bardzo wysoką temperaturą, oraz zrobił się czerwony na twarzy i na całym tułowiu i miał zajęte płuca jak przy ciężkiej grypie.  Zaczęłam podejrzewać reakcję alergiczną na Sulfasaliznę, którą niedawno zalecił mu reumatolog, w czym utwierdziło mnie dokładne przeczytanie załączonej ulotki.  Pognaliśmy więc do internisty w spółdzieni, bo w Polsce jest nam dostępna jedynie odpałtna pomoc medyczna, chyba, że w nagłych wypadkach, kiedy możemy uzyskać doraźną pomoc na pogotowiu na podstawie karty Unii Europejskiej. To był, oczywiście, też nagły przypadek, ale nie uśmiechała nam się wizyta na pogotowiu. Lekarz kazał odstawić podejrzany lek i brać wapno, co też uczyniliśmy.  Następnego dnia, w piątek,wydzielina w płucach się zwiększyła, gorączka dalej 38,5 a na dodatek po południu mężowi spuchła górna warga i zdrętwiało dziąsło.   Najpierw pomyślałam, że to od ekstrakcji złamanego zęba zrobionej tydzień wcześniej, ale w sobotę rano już cała twarz była spuchnięta, coraz gorzej oddychał i coraz mniej mi się to podobało.  Mąż, po kilku lekarskich wizytach w ciągu ostatniego tygodnia już o żadnym następnym lekarzu nawet nie chciał słyszeć, zresztą byliśmy już umówieni z lekarką domową na poniedziałek, ale zadzwoniłam do przyjaciela domu, bardzo wszechstronnie doświadczonego lekarza, który doradził niezwłoczną wizytę w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czyli SOR-ze, więc  zaczęłam szukać takich przybytków w Internecie, bo, nie będąc tubylcem, nie miałam pojęcia o ich lokalizacji.  Trafiłam na listę, która ostatni raz aktualizowana była w 2006 roku, więc zaczęłam po kolei wydzwaniać  do tych szpitali, by się dowiedzieć, czy nadal funkcjonują.  Pierwszy nie odpowiadał, drugi też nie, ale trzeci się zgłosił, więc zapakowałam męża do taksówki i pojechaliśmy tam.

Myślałam, że już dalej pójdzie gładko, ale byłam w błędzie.  Pani Ratownik Medyczny w recepcji SOR-u ani nie myślała męża przyjąć, bo problem zaczął się w czwartek, a już była sobota, więc nagłości brakło.  Na szczęście udało mi się ją przekonać, że znaczne pogorszenie nastąpiło poprzedniego popołudnia, więc się zakwalifikował i dostał opaskę z nazwiskiem.  Pierwsza kolejka, dość krótka, była do „Segregacji pacjentów” (trochę to się niefortunnie kojarzy, kilka stosowniejszych określeń nasuwa się na myśl), gdzie, po dokładnym wywiadzie, obrączkowano nadgarstek  pacjenta kolorową opaską, która dyktowała kolejność przyjęcia u lekarza.  Mąż dostał żółtą, która oznaczała, że lekarz powinien go obejrzeć w ciągu 60 minut.  Mniej pilne były opaski zielone i niebieskie, a bardziej pomarańczowe i czerwone. Rzeczywiście, dostał się do lekarza w mniej więcej tym czasie.  Młoda i miła lekarka wypytała o wszystkie objawy oraz inne dolegliwości, potem zaraz dostał jakąś krótką kroplówkę, fachowo wykonany zastrzyk domięśniowy, jakiś lek do wypicia i założono mu wenflon, w który wstrzyknięto jakiś inny specyfik.  Przypuszczałam, że były to działania w kierunku zatrzymania reakcji alergicznej, i faktycznie, po kilku godzinach, opuchlizna twarzy ustąpiła.

Pobrano krew i mocz, zrobiono EKG, a następnie posłano go na rentgena płuc  i USG jamy brzusznej.  Rtg był szybko, ale na USG czekaliśmy bardzo długo i mąż przysypiał na ławce, bo miał wysoką gorączkę i był osłabiony, co nie było dziwne, skoro w chwili przyjęcia miał 39 C  gorączki.  Potem wróciliśmy do kolejki na SOR-ze na ostani etap tej procedury, czyli konsultację u lekarza.   Miałam nieśmiałą, i kompletnie nieuzasadnioną, nadzieję, że jeszcze godzinka lub dwie i pojedziemy do domu, ale kiedy w końcu o 19-tej  wezwali go ponownie do gabinetu (a byliśmy tam od 12-tej, czyli bite 7 godzin), czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka: mąż ma wieloogniskowe, prawostronne zapalenie płuc i stan jest zbyt poważny na leczenie w domu, więc musi zostać w szpitalu.

Kiedy otrząsnęliśmy się z wstępnego  szoku, wyszło na jaw, że łóżek na oddziałach brak, 11 osób na SOR-ze już na nie czeka, więc będzie musiał tam pozostać, aż się coś znajdzie.   Przywiozłam mu najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiłam na pastwę SOR-u.  Po nocy spędzonej przy zapalonych światłach,  pośród hałasu maszyn medycznych, odoru niemytych stóp, bieganiny personelu i wycia, wrzasków lub tylko jęków innych pacjentów, mąż troszkę się podłamał, ale leki mu podawali, więc nie było źle. Następna noc, z niedzieli na poniedziałek, była jeszcze hałaśliwsza, więc prawie nie zmrużył oka.  Nie można było przewidzieć, jak długo będzie czekał na wolne łóżko na oddziale, bo oczywiście, i słusznie, cięższe przypadki dowiezione na SOR w czasie jego tam pobytu, miały pierwszeństwo.

W końcu w poniedziałek wieczorem osiągnął następny krok do raju: przeniesiono go na korytarz na właściwym oddziale, ale łóżko było na kńcu korytarza, osłonięte parawanem i miał nawet nawet szafkę, więc poczuł się dużo lepiej, chociażby z powodu ciszy i spokoju.  We wtorek rano wspiął się na absolutne wyżyny dostępnego komfortu: położono go na 3-osobowej sali, na sprawnym i wygodnym,  ale nieco zdezelowanym łóżku.  Natychmiast zajęli się nim lekarze, najpierw bardzo miła pani ordynator oddziału, a potem równie przyjemna lekarka , do której został przypisany, i, oprócz podawania wymaganych leków, natychmiast porobiono mu badania kontrolne.  I mąż i ja odnieśliśmy wrażenie, że opieka lekarska jest dobra i właściwa, pomimo kiepskiego stanu salowego sprzętu.

Muszę tu nadmienić, że jeżeli rzecz działaby się w Anglii, gdzie mieszkaliśmy przez 38 lat, to byłoby bardzo podobnie, to po prostu problem polegający na za dużym popycie na za małą podaż. Od naszych przyjaciół dowiadujemy się, że w Niemczech czy Austrii  taka historia nie mogłaby się przydarzyć, no ale tam musowo jest ”ordnung”.

Absolutnie nie winię za tę sytuację ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy na SOR-ze, oni naprawdę robią co mogą, ale najzwyczajniej nie mają środków.  Wręcz przeciwnie, podziwiam ich i mam dla nich dużo szacunku.  Moim zdaniem, źle zachowują się pacjenci SOR-u, którzy robią awantury i domagają się swoich praw (rozumie się, że to  tylko ci najmniej chorzy, bo pacjenci w poważniejszym stanie nie daliby rady)pogłębiając w ten sposób  stres i tak już zestresowanego personelu oraz innych chorych.

Jak sobie radzić z lekarzami

Nie cierpię chodzić po lekarzach ani brać lekarstw, zwłaszcza antybiotyków, ale czasem trzeba i, niestety, jak to teraz odkrywam, im człowiek starszy, tym częściej trzeba.  Kiedy kilka lat temu złamałam sobie rękę w nadgarstku, bo przewróciłam się w ogrodzie, potknąwszy się o długi wąż do podlewania, którego skomplikowane zwoje leżały mi na drodze, to zgłosiłam się na pogotowie dopiero na następny dzień.  Tak się złożyło, że tego dnia rano miałam umówioną wizytę u lekarza domowego w jakiejś innej sprawie i kiedy on zobaczył mój spuchnięty nadgarstek i dowiedział się, że całą noc nie spałam z powodu strasznego bólu, kazał mi nim poruszyć, na co ja odpowieziałam, że mogłabym to zrobić, ale nie bez wycia.  Delikatnie obejrzał go, stwierdził złamanie i kazał zgłosić się do szpitala – jeszcze na odchodnym musiałam mu to obiecać, bo bał się, że nie pójdę, twierdząc, że ja zawsze mam tendencje do lekceważenia moich dolegliwości. Bo i mam: kładę większość na karb normalnego starzenia się albo innych naturalnych procesów, żeby tylko nie musieć latać po lekarzach.

Hipochondryczką nie jestem, chociaż może miałam takie zapędy, kiedy w bardzo młodym wieku siostra i ja odkryłyśmy w domowej bibliotece bardzo starą encyklopedię medyczną z kolorowymi ilustracjami, które były wydrukowane na grubszym papierze niż inne strony i oddzielone od stron z tekstem delikatną bibułką. Wertowałyśmy tę uczoną księgę z wypiekami na twarzy i co rusz biegałyśmy do Mamy, twierdząc, że jesteśmy chore na to, co widniało na właśnie napotkanej ilustracji.  Na szczęście Mama miała dużo zdrowego rozsądku i trzeźwe podejście do życia, więc zawsze udawało jej się skutecznie wyperswadować nam te urojenia, ale księgi nam nie zabrała, abyśmy mogły dalej poznawać świat. Naszą ulubioną ilustracją był wizerunek anatomii człowieka z odsłoniętymi narządami wewnętrznymi, które były poukładane w odkrywalnych warstwach, tak, że np. można było unieść żebra i płuca, żeby pod nimi ujrzeć kręgosłup, chociaż akurat ta ilustracja nie dawała nam żadnego pola do popisu w zakresie hipochondrii.

Jestem bardzo świadoma swojego ciała i psychiki oraz procesów, które w nich zachodzą, i kiedy mi coś jest, to muszę wiedzieć dokładnie co.  Niewiedza mnie stresuje bardziej niż cokolwiek innego, bo powoduje brak możliwości działania, a to jest najgorsze. Jestem realistką i jeżeli znam sedno problemu, to mogę szukać rozwiązań, choćby to sprowadzało się tylko, na przykład, do wniosku, że musze pozałatwiać swoje ziemskie sprawy w ciągu X miesięcy lub tygodni.  Takie podejście jest trudne do osiągnięcia w Anglii, ponieważ, po pierwsze, nikt nie dostaje do rąk wyników swoich badań, idą one wyłacznie do lekarza domowego, a po drugie, przynajmniej w moim doświadczeniu, lekarze niechętnie uświadamiają pacjentów o technicznych aspektach ich dolegliwości.

Lekarze ostrzegają przed samodiagnozą przez Internet, i mają świętą rację, bo pojedyncze symptomy odczuwane przez pacjenta mogą oznaczać wiele różnych schorzeń i trzeba mieć wystarczającą wiedzę, żeby spojrzeć na nie holistycznie. Natomiast znajduję, że przygotowanie się do wizyty u lekarza poprzez „obczytanie” problemu w Internecie jest nieszkodliwe, a nawet pomocne, bo pozwala mi zadawać sensowne pytania w czasie wizyty.  Wiadomo, lekarze to ludzie i na dodatek bardzo zajęci ludzie i mogą coś przeoczyć.  Oczywiście wejście do gabinetu z gotową, własną diagnozą każdego lekarza nastawi opozycyjnie, ale nie trzeba tego tak konfrontowo przedstawiać.

Mój sposób na lekarzy to być miłą i uprzejmą, ale asertywną pacjentką. Z natury jestem asertywna i nie boję się lekarzy, przecież to nie jacyś „nadludzie”, bo są tacy jak ja, tylko mają inną od mojej specjalizację.  Wobec tego czuję się uprawniona do zadawania pytań i proszenia o wyjaśnienia, bo ostatecznie chodzi tu o moje zdrowie.  Mądrzy lekarze rozumieją takie podejście i w pełni współpracują.

Wchodzi tu w grę również pojęcie obsługi klienta: pacjent jest klientem lekarza i ma swoje prawa. Temat jest dla mnie bardzo na czasie, bo ostatnio często odwiedzamy wielu różnych lekarzy, ja z powodu uporczywego zapalenia spojówek, a mąż z powodu problemów skórnych.