Nie wiem kim jestem

Wydawało mi się, że jestem patriotką, do kościoła uczęszczam, kocham mój kraj, cudzoziemcom  pokazuję jego najlepsze strony i  zachwalam zalety, bić bym się za ojczyznę też poszła i w ogóle zależy mi na jej przetrwaniu i przyzwoitej pozycji w świecie, czyli normalnie  „Bóg i Ojczyzna”.  Niestety, w ciągu ostatniego roku jednak zwątpiłam w swoje racje, bo najpierw okazało się, że jestem Polką gorszego sortu, bo żyję i udzielam się w Europie; potem wyszło na jaw, że z różnych powodów  nie trzymam się polskich tradycji, więc nie zasługuję na miano Polki, bo przecież nie potępiam wegetarian (choć  sama chętnie i często jadam mięso), rowerzystów nie mieszam z błotem (mimo, że rower, w moim doświadczeniu, poważnie zagraża mojemu zdrowiu i życiu), popieram tych, co troszczą się o przyszłość naszego środowiska, a na dodatek mam wielu przyjaciół, obu płci, którzy „kochają inaczej”.

Następnym moim politycznym grzechem jest wspieranie WOŚP, która została wyklęta przez pewną uczoną posłankę, ale która od wielu lat skutecznie doposaża srodze niedofinansowane szpitale w sprzęt nierzadko ratujący życie. Ciekawe, czy owa posłanka odmówiłaby skorzystania ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP, gdyby chodziło o życie kogoś jej bliskiego?

Mało tego, katoliczką też dobrą nie jestem, wobec czego pewnie po śmierci pójdę prosto do piekła.   Popieram uświadamianie dzieci  o współżyciu seksualnym już w szkole;  nie zgadzam się z zabranianiem im przebierania się za diabły i inne straszydła oraz wycinania lampionów z dyń z okazji Halloween  – owszem, to pogański zwyczaj, ale choinka też przecież pogańska, a Kościół nie ma do niej pretensji.  Nota bene, bardzo do mnie przemówił felieton Michała Ogórka w czasopiśmie „Angora” , w którym autor stwierdza, że diabeł kompletnie zszedł na psy, skoro jedyne czym może grozić naszej wierze to  warzywo.  Nie mam też żadnych uprzedzeń do osób, które uważają tatuaż, potępiony przez Kościół, za godną dekorację własnego ciała: sama bym tego nie zrobiła za żadne pieniądze, ale jak ktoś lubi, to niech ma, co mi do tego, ich ciało, nie moje.

Uczęszczam na mszę w każdą niedzielę i święto, ale czasami jedynie niesamowitym wysiłkiem woli powstrzymuję się od głośnego wyrażenia sprzeciwu na głoszone tam zalecenia dla wiernych.  Przy lojalności wobec Kościoła trzyma mnie tylko fakt, że pośród naszych duszpasterzy są również osoby światłe, które nie godzą się na żadną ściemę i na zniżanie Kościoła do narzędzia polityków. Mało ich jednak!

Na dodatek jeszcze, wykluczają mnie z patriotyzmu moje, zapewne zupełnie nieoświecone,  opinie na temat wypowiedzi oraz działań miłościwie nam panującego oraz jego wasali.  Powinnam przecież, jako dobra Polka, chciwie spijać każde słowo płynące z ich ust oraz przyjmować je, bez kwestionowania racji, jako moją Ewangelię.  A ja co robię?  Oglądam, czytam, słucham, rozważam i wyrabiam sobie własne zdanie.  I pytam Was, czy to jest patriotyczna postawa?

Do tego, że jestem gorszego sortu już się zdążyłam przyzwyczaić, ale według takich reguł, to nawet nie jestem ani patriotką ani katoliczką!  Czyli czym jestem w dobie tej „dobrej zmiany”?

Kościół i wiara

Chodzę do kościoła i uważam się za osobę wierzącą, ale nie jestem pewna, czy każdy ksiądz tak by mnie określił.

Jako dziecko, chodziłam na lekcje religii (poza szkołą, bo w szkolnictwie usunięto je chyba zaraz po mojej pierwszej klasie) i miałam szczęście trafić na mądrego księdza katechetę, którego miło wspominam.  Jego lekcje były na tyle interesujące, że nie opierałam się zbytnio przed uczęszczaniem na nie (dzieci zawsze mają ważniejsze sprawy do załatwienia niż jakakolwiek nauka) i, mimo, że teraz już z nich wiele nie pamiętam, jestem pewna, że nie mówił niczego, co by mnie raziło lub bulwersowało.  Na ile zdolna byłam w tak młodym wieku to ocenić, wydawał się rozumieć życie i miał efektywne podejście do dzieci i młodzieży.

Mama nauczyła mnie dziecięcego paciorka, który do dziś odmawiam,  chociaż z biegiem lat uzupełniłam go bardziej dorosłymi treściami.  Przystąpiłam do Pierwszej Komunii przy akompaniamencie tak hucznych i wystawnych uroczystości, na jakie pozwalała zestresowana sytuacja finansowa rodziców i pomoc reszty rodziny, a później przeszłam normalnym trybem przez bierzmowanie.  Sakrament małżeństwa był trochę nietypowy, bo mąż jest ateistą i Anglikiem, ale też się odbył zgodnie z wymogami Kościoła – mąż musiał tylko obiecać, że pozwoli mi wychować dzieci z naszego związku na katolików. Nawiasem mówiąc, Kościół znalazł się w tej sytuacji dużo lepiej, niż Urząd Stanu Cywilnego (młodszym czytelnikom wyjaśniam, że był to rok 1971 i za tamtych czasów jedynym prawomocnym ślubem był ślub urzędowy, a jak ktoś chciał kościelny, to mógł sobie taki zafundować, ale tylko jako dodatek).  Ksiądz odprawił formułki małżeńskie po angielsku, bo oboje zadeklarowaliśmy znajomość tego języka i wszystko poszło sprawnie,  za to w Urzędzie zamówiony tłumacz się nie stawił i pani prowadząca ceremonię, świadoma kolejki oczekujących kandydatów do legalizacji związku, zapytała nas, czy zgadzamy się na obrządek wyłącznie w  języku polskim. Zgodziliśmy się, bo mój kandydat na męża trochę polski znał, więc pani rozpoczęła procedurę.  Mój najdroższy zaczął dzielnie powtarzać za nią: „świadom praw i obowiązków”, ale ku wielkiej uciesze zgromadzonych, kompletnie zaciął się na słowie „obowiązków” i, pomimo kilku podejść, nie dał rady tego przeskoczyć (nomen omen to raczej nie był, sądząc po naszym długim stażu).  Skręcaliśmy się wszyscy ze śmiechu, co najmniej jak piosenkowa publika w pensjonacie „Orzeł”, aż w końcu pani zadecydowała, że najlepiej będzie, jak ja sama powtórzę formułkę, a on tylko ją potwierdzi, mówiąc „Tak”.  W ten sposób doprowadziła do prawnego zawarcia przez nas małżeństwa, chociaż często później żartowaliśmy na temat, że mąż mógłby to małżeństwo unieważnić, na podstawie tego, że nie rozumiał, co przysięga.

Po tej przydługiej dygresji czas wrócić do tematu.  Nie przeżyłam żadnego drastycznego przełomu w mojej wierze, nie odwróciłam się od wiary na zasadzie, że np. oszukiwano mnie przez dziecięce lata, ani nie odkryłam żadnego faktu, który zaprzeczałby istnieniu Boga.  Uważam się za osobę w miarę inteligentną i wykształconą, znam teorię ewolucji oraz najważniejsze odkrycia naukowe, ale nie zachwiały one mojej wiary w Boga, tylko może ją trochę „utolerancniły”.  Nigdy nie brałam słów Biblii dosłownie,  bo na pewno nie były do tego przeznaczone, a kto mi udowodni, że nie istnieje jakaś wyższa zasada, która zawiaduje naszym światem?  Może zwać się ona różnie w różnych religiach, ale to tylko sprawa kultury, w której się człowiek urodził.

Mój Tato też był wierzący, ale w kościele bywał tylko z okazji ślubów czy pogrzebów.  Kiedy zmarł, miejscowy, niezbyt mądry i, sądząc po jego zachowaniu wobec kongregacji, mało chrześcijański proboszcz  (z doktoratem!) nie chciał się zgodzić na katolicki pogrzeb.  W końcu się zgodził, pod warunkiem, że trumna nie będzie wystawiona w kościele, tylko w cmentarnej kaplicy. Za jego łaskawym pozwoleniem na mszy pogrzebowej przemawiał pięknie poprzedni proboszcz tej parafii, który był mądrym, wielkodusznym i wykształconym człowiekiem.  Znał Tatę z wizyt kolędowych, bo w pewnym okresie Tato go obwoził go po kolędzie po wiejskiej parafii,  i miesiąc przed Taty śmiercią rozmawiał z nim szczerze (coś na kształt spowiedzi).  W swoim pogrzebowym kazaniu powiedział, że Tato czcił Boga w piękności i mądrości natury i we wszystkich jego stworzeniach, co było bardzo trafną oceną życia Taty, który codziennie wpadał w zachwyt nad naturą, a to nad napotkanym motylem, a to ptakiem, sarną czy  grzybem, albo podziwiał piękność i perfekcyjny pomysł dzikiego lasu, gór, morza czy zwykłej łąki z polnymi kwiatami.  Latem to nawet rezgnował z toalety i na dłuższe posiedzenia wychodził do sławojki, żeby przez otwarte drzwi móc napawać oczy widokiem falujących łanów zboża za płotem.  Kochał to wszystko i przez to kochał Boga, który to stworzył, bo był przekonany, że to Jego ręka.

Księża i katecheci to tylko ludzie: jedni myślący, a drudzy, z powodu niedostatku intelektu, skrępowani zadanym tekstem; jedni uczciwi, a drudzy kombinujący krętacze; jedni summiennie wypełniający swe duszpasterskie obowiązki, a drudzy po prostu żyjący z datków wiernych i wykorzystujący nadarzające sią okazje do swoich mniej lub bardziej niecnych celów.  Nie wiem, czy statystyczny procent pedofilów wśród księży jest wyższy niż w ogóle ludności (może jest, z powodu większej pokusy), ale nie mogę całego klerykału potępiać z ich powodu. Potępialne jest to, że władze Kościoła takie sprawy tuszują i nie wyciągają wobec winnych żadnych konsekwencji. To jest zakłamane i zupełnie się z tym nie zgadzam. Tak jak w świeckim świecie, trzeba takich księży odsunąć od kontaktów z ludźmi i należycie ukarać, lub, jeżeli to stosowne, leczyć.

Kościół to instytucja, a wiara to kwestia indywidualnego światopoglądu. Wierzę, bo chcę, bo to mi daje pewną filozofię życia, której mogę się trzymać i która pomaga mi w podejmowaniu osobistych decyzji, ale nie ingeruje w zawodowe.  Inni stosują yogę albo Zen albo jeszcze coś innego, a wszystko sprowadza się do ludzkiej potrzeby na ukierunkowanie życia i nadanie mu głębszego  sensu, bo wszyscy  chyba wierzą, że jakiś sens musi być.  No nie?