Opowieści z wojaży po Polsce, cz.8 (ostatnia)

Z Bielska-Białej wyruszyliśmy na ostatni etap naszej podróży.  Celem były Zory, gdzie od wielu lat mieszka moja najbliższa przyjaciółka.  Ja  i moja siostra przyjaźnimy się z nią od ponad pół wieku. Ja, mając 11 lat,  kochałam się w jej bracie, z którym byłam w klasie i właśnie przez niego ją poznałyśmy, stając zupełnie bezinteresownie w jej  obronie przed jego okrutnym traktowaniem w szkolnej stołówce  – ona była dwie klasy niżej. Tak się zżyłyśmy, że jeździła z nami na wakacje,  do dziś  nazywa naszą Mamę Mamą  i jest w zasadzie częścią rodziny. Przedtem mieszkała w moim (albo raczej jej, bo ona sią tu urodziła, a ja nie) mieście, ale potem losy zaniosły ją daleko stąd.

Dygresja:  „daleko stąd” nieodmiennie przywodzi mi na myśl pewien zespół z lat 60-tych, Tercet Egzotyczny, i ich piosenkę zaczynającą się słowami „Niebo skąpi suchej ziemi”.  W którymś momencie tej piosenki jest werset „ i odnajdziesz szczęście swe daleko stąd”, w którym wykonawcy wyraźnie wymawiają „daleko stąd” jako „naleko stąd”, co spowodowało moje i mojej siostry dozgonne przywiązanie do tego utworu: kiedy tylko chcemy się rozweselić, intonujemy piosenkę „naleko stąd”.  To lepsze niż jakiekolwiek prochy!

Jeżeli któryś czytelnik przetrzymał dygresję i jest nadal obecny, to wracam do tematu. Z Bielska –Białej, naszego poprzedniego postoju, do Zor jest tzw. rzut beretem, więc dotarliśmy tam wczesnym popołudniem.  Czekała na nas wpaniała i mocno zakrapiana biesiada, a ponieważ akurat pogoda dopisała, odbywało się to na tarasie.

Niesamowicie miło spędziliśmy tam dwa dni – co prawda, pogody już nie było, ale nie o to chodziło. W pierwszy dzień pobytu zupełnie niespodziewanie spuchła mi lewa stopa i kostka, kompletnie bez racjonalnego powodu, więc owinęliśmy ją w watę i lód oraz plastikową torebkę, żeby nie ciekło, i z tym spałam.  Na szczęście, na drugi dzień sklęsło i byłam jak nowa.

Fajnie było, ale w końcu musieliśmy wyruszyć w podróż powrotną do domowych pieleszy. Dzień był szary i mokry, nie specjalnie nastrajający pozytywnie, ale trudno się mówi. Właściwie większość trasy jechało się dobrze, ale w Lodzi były tzw. schody.    Padał ulewny deszcz, ulice były zalane, a na dodatek w Zgierzu była normalna powódź, która spowodowała potworny korek na przelotowej trasie przez  Łódź.  Przejazd trwal półtorej godziny, ale wytrzymaliśmy, bo sprytnie zatrzymalismy się na obiad przed Lodzią.

  

Potem już poszło gładko, ale z powodu tych korków o 7-mej wieczorem znaleźliśmy się dopiero na południe od Torunia, więc zdecydowaliśmy się przenocować, mimo, że do domu już niedaleko było.  Natrafiliśmy na hotel przy głównej drodze, który z zewnątrz wyglądał w miarę przyzwoicie, więc tam się zatrzymaliśmy.  W środku wyraźnie pachniało komuną, może latami 70-tymi, ale byliśmy już zmęczeni długą podróżą, więc to zaakceptowaliśmy. W pierwszym zaoferowanym nam pokoju nie działał klozet, ale bez wstrętów przenieśli nas do innego.  Może to nie był najwyższy luksus (the famous English understatement), ale było czysto, łóżka wygodne i ładny widok z okna.  Sklecili nam też w miarę znośną, dla niemających wyboru, kolację – chleb, masło, ser, szynka i piwo- pomimo nieczynnej o tej porze restauracji.

Potem rozmyślaliśmy o tym hotelu.  Dobrych chęci tam nie brakowało, ale infrastruktura zawaliła.  Lokalizacja dobra, obiekt duży, ale wymagający kompletnej renowacji, więc wybitnie nadający się na inwestycję przez jakiegoś Hiltona czy inny Novotel, a najstosowniej Travel Lodge albo Premier Inn,  ale chyba tych w Polsce nie ma .

Następnego dnia, po przyzwoitym śniadaniu, w półtorej godziny dotarliśmy do domu Mamy, odległego o 70 km od naszego, czyli właściwie do punktu startowego naszej podróży.  I tak zakończyły się nasze wojaże po Polsce.  Jak najbardziej zamierzam je kontynuować, bo mam we krwi coś nomadycznego!

 

Mam żal do Komuny

Mam  żal do „Komuny” o to, że odebrała mi na długie lata cieszenie się pięknym językiem rosyjskim oraz możliwośc  jego nauczenia się za młodu, kiedy umysł był chłonny i pragnący wiedzy wszelkiego rodzaju.

W czasach, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej i liceum, a potem na studia magisterskie, rosyjski był przedmiotem obowiązkowym, wyłącznie z powodów politycznych, bo przecież, przy najlepszych chęciach,  nie można powiedziec, żeby był równie przydatny jak np. angielski, którym porozumiesz się właściwie na całym świecie.

W szkole podstawowej, do której uczęszczało się wtedy przez siedem lat,  rosyjski był jedynym językiem obcym i zaczynał się od klasy piątej.  W (czteroletnim) liceum też był cały czas, ale oprócz niego można było uczyc się innego, zachodniego języka, np. angielskiego, francuskiego czy niemieckiego (a może nawet ten drugi język też był obowiązkowy, nie pamiętam, a jeżeli tak, to jest to godne pochwały, bo wskazuje na dbałośc o wszechstronne wykształcenie młodzieży, a poza tym  był do wyboru.  Zresztą moje liceum było niezwykłe, bo z tzw. wykładowym angielskim, co oznaczało nadgodziny angielskiego i pięc przedmiotów prowadzonych w tym języku równolegle z polskim ). Na pięcioletnich studiach magisterskich rosyjski też był wymagnym przedmiotem przez chyba dwa lata.

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą i studentką i mam zdolności językowe, dzięki którym  nauczyłam się świetnie angielskiego, dobrze francuskiego, podstaw łaciny i na tyle niemieckiego, żeby czytac niemieckie teksty na tematy lingwistyczne. Więc dlaczego nie rosyjskiego?  A dlatego, że nie chciałam, żeby ktokolwiek pomyślał sobie, że uczę się tego języka, bo jestem pro-komunistyczna i uważam naszych wschodnich sąsiadów za przyjaciół (i nie byłam jedyną osobą, która nie nauczyła się dla zasady)! Byłam zawsze dumna z faktu, że moi rodzice nie byli partyjni – mieli przez to sporo kłopotów i gorsze posady, ale nie byli, bo w Partię nie wierzyli, i już.

Przytomnemu czytelnikowi  zapewne nasuwa się pytanie, jak wobec tego przebrnęłam przez obie szkoły i studia, w każdej instytucji uzyskując odpowiedni dyplom.  To wszystko dzięki nauczycielom!  Nie pamiętam jak było w szkole podstawowej, ale przypuszczam, że wymagania były niezbyt wygórowane i to, czego się nauczyłam mimo woli wystarczyło naszej pani od rosyjskiego, którą przezwaliśmy, z powodów teraz pogrzebanych w głębokiej przeszłości, Tatarata.  W liceum uczyła nas rosyjskiego pani w nieokreślonym (przy najmniej dla nas, nastolatków) wieku, bardzo cicha i nieasertywna, wydająca się nie zauważac żadnych nieodpowiednich zachowań uczniów na jej lekcjach.  Kiedy przychodził czas, żeby stawiac oceny, to zadawała nam jakiś wiersz na pamięc , a potem patrzyła w dziennik, podczas gdy  jeden uczeń po drugim czytał go z książki albo, jak nie znał alfabetu, to z fonetycznie napisanej ściągi.  Może jej współczułam, ale nie do przesady.  Ciekawe, czy się trochę wstydziła tego, że nam to każą.

Na studiach lektorem rosyjskiego był starszy pan z siwymi włosami, nieudolnie ufarbowanymi na fioletowo i zarzuconymi na łysinę (tak jak w mojej ulubionej reklamie cygar Hamlet w angielskiej telewizji).  Ten miły pan nikomu nie chciał psuc szans na studiach z powodu niezaliczenia rosyjskiego,  więc wymyślił na to swój sposób.  Jeżeli studentka płci żeńskiej była absolutnie denna z rosyjskiego, to stawiał jej czwórkę, a jak czymkolwiek się wykazała, to piątkę.  Płec męska miała mniejsze fory: trójka i czwórka, odpowiednio.   

Język rosyjski jest piękny, dla polskiego ucha brzmi melodyjnie i przyjemnie, nie mówiąc już o walorach rosyjskiej literatury pięknej i poezji, które czytałam, ale tylko w polskim tłumaczeniu. Lubię też rosyjskie ludowe śpiewki (ostatnio na koncercie słyszałam wspaniałe w wykonaniu żeńskiego tercetu przy akompaniamencie bandur), i nigdy nie zapomnę „Buria mgłoju niebo krojet, Wichry snieżnyje krutiat, To kak zwierz ona zawojet, to zapłaczet kak dietia”.  Gdyby nie Komuna, to nauczyłabym się tego języka i wtedy dane by mi było przeczytac  jedną z moich ulubionych powieści, „Mistrz i Małgorzata”, w oryginale. Czytałam najpierw po angielsku, ale potem dostałam w prezencie   polską wersję, która na pewno lepiej oddaje i styl autora i pojęcia zawarte w tej powieści.  A jaka to by była przyjemnośc  przeczytac oryginał!