Kalectwo – ciąg dalszy

Nawiązuję do mojego wpisu z 24-go kwietnia pod tytułem “Tak, kalectwo”, bo chciałabym dodać otuchy tym, którzy mieli podobne przejścia. Problem w tym, że nie jestem całkiem pewna, czy jestem zabobonna czy nie, i czy pisząc ten wpis nie zapeszę losu, ale i tak napiszę.

W kwietniu pisałam, że mam bardzo poważny niedowład lewej dłoni, spowodowany problemami z kręgami szyjnymi C5 i C6.  Ortopeda w spółdzielni medycznej zalecił mi jak najszybsze zgłoszenie się do jego przyjaciela, doktora fizykoterapeuty na zabiegi i tak też uczyniłam, ale bez większej nadziei na rychłą poprawę.  Ten doktór stwierdził, że jest bardzo źle i że koniecznie trzeba coś z tym zrobić.  Stu złotych należnych za wizytę nie wziął, skoro miałam się leczyć w jego klinice, i jeszcze dał 10% zniżki na zabiegi.  Zapisał 5 tygodni kuracji, która składała się, raz na tydzień, z fali uderzeniowej, silnej laseroterapii pod nazwą Hilterapia Hiro 3.0 oraz okładów cieplnych z borowiny z ozokerytem, dostępnym podobno jedynie na Ukrainie.  Do tego dodał dwa lekarswa homeopatyczne, Gelsemium i Ledum, do stosowania 3 razy dziennie, które brałam sumiennie, mimo, że nie nie całkiem w homeopatię wierzę – no, ale tonący brzytwy się łapie.

Chodziłam na zabiegi co tydzień i często po nich odczuwałam niedowład nóg, ale wytrwałam, mimo tego, że żadnej wyraźnej poprawy nie zauważyłam. Na koniec kuracji pan doktór powiedział, że teraz trzeba zrobić przerwę i poczekać na skutki, co też uczyniłam.

Nie powiem, co zadziałało a co nie, ale na dzień dzisiejszy mój stan jest o niebo lepszy niż w kwietniu: lewa dłoń odzyskała około 70% sprawności, chociaż nadal mam mrowienie w małym palcu i słabość, a poza tym szyja mnie nie boli. Mój przyjaciel, ceniony w Berlinie kardiolog i toksykolog, który dorobił sobie na własny użytek dodatkową specjalizację z kręgosłupa szyjnego, ponieważ samego go to dotknęło i miał operowane C5 – C6, stwierdził, że miałam dzikie szczęście, bo normalnie bez tej operacji władność dłoni nie wraca.

Nie wiem, po której stronie leży prawda, ale faktem jest, że z tego czy innego powodu kalectwo mi w większości ustąpiło, i bardzo jestem z tego powodu szczęśliwa!  Przekonałam się, że z mrowieniem małego palca dłoni da się żyć, i po prostu trzeba mieć na uwadze, że ręka jest nie całkiem sprawna, więc należy uważać przy podnoszeniu gorących garnków i innych przedmiotów.

Tak, kalectwo!

Kalectwo może na człowieka napaść nagle i niespodziewanie, albo może powolutku wkraść się w jego ciało.

O tym pierwszym  wiem niewiele, posiadam jedynie wiedzę teoretyczną, bo na szczęście, jak dotąd to mnie nie spotkało (odpukać) i nie mam w gronie rodziny,  znajomych i przyjaciół nikogo, kto by doświadczył nagłego kalectwa pourazowego, na przykład, po wypadku.

Drugi jest podstępny, kalectwo rozwija się przez długie lata, z na pozór niegroźnymi objawami, a potem się okazuje, że jest.  Zaczęłam się z tym zaznajamiać, kiedy moja siostra odkryła, że ma kompletnie zdegenerowany kręgosłup, a na osłodę,  torbiel przy którymś kręgu, której nie da się zoperować ani wyleczyć. Efekt taki, że bez silnego bólu może chodzić lub stać przez maksimum 5 minut.

A teraz mam własne kalectwo,  z tego drugiego rodzaju.  Od 20-tu lat miałam kłopoty z kręgosłupem szyjnym, ale przyjmowałam je jako objawy normalnego procesu starzenia się  i niezbyt się tym przejmowałam. A tu nagle, trzy tygodnie temu, budzę się rano i mam zdrętwiałe dwa palce lewej ręki i niedowład pozostałych.  To jeszcze nie wzbudziło we mnie żadnych podejrzeń, bo od lat mi obie ręce drętwieją w nocy, a w ciągu dnia wracają do normy.  Kiedy taki stan utrzymywał się przez kilka dni, poleciałam na EKG (bo to lewa ręka), ale okazało się, że z sercem wszystko w porządku.

Następnie zgłosiłam się do ortopedy (oczywiście, wszystko odpłatnie, bo ubezpieczenie zdrowotne mam w Anglii, nie w Polsce), który zdiagnozował, że któryś krąg, najprawdopodobniej na styku kręgosłupa szyjnego i piersiowego, uciska na jakiś nerw.  Zalecił różne zabiegi i odesłał mnie do kliniki swojego kumpla.

Kumpel fajny, bardzo miły i kontaktowy.  Najpierw usiłował poprawić mój stan przez masaż ręczny, z nagłym przekręcniem głowy w celu ustawienia kręgów, ale jak tylko zorientowałam się, co planuje, odwiodłam go od tego zamiaru, bo na taki zabieg już od 20-tu lat jest za późno.  Uczenie stwierdził, że jest bardzo źle, co zresztą i bez jego mądrości wiedziałam, i zapisał kurację ziołową oraz 5 tygodni zabiegów falą uderzeniową, silnym laserem i okładami z ukraińskiej borowiny, która podobno ma dodatkowy, bardzo wartoścoiwy,  składnik mineralny.  Zabiegi mają być raz na tydzień, i wzięłam już dwie porcje: owszem, poprawiają ruchliwość szyi, ale lewa ręka do tej pory nie ma z nich żadnego zysku.  No trudno, wytrzymam (fizycznie i finansowo) te następne tygodnie i się zobaczy, co z tego wyjdzie, chociaż rokowania dla lewej ręki są marne.

Więc, niestety, muszę się pogodzić z myślą, że jestem kaleką.  Lewa dłoń jest niedowładna, mam zdrętwiały i nieczuły najmniejszy palec i ten sąsiedni, a w pozostałych nie mam siły.  Objawia się to  np. tym, że trudno mi naciskać guziki od elektrycznych okien w samochodzie i utrzymać w lewej ręce obierany właśnie ziemniak czy ząbek czosnku. Nie mogę wyjąć papierosa z paczki, ani utrzymać go między wskazującym a środkowym palcem.  Muszę bardzo uważać, kiedy chcę lewą ręką podnieść talerz czy szklankę, bo mogę je upuścić.  Przy jedzeniu też mam problemy, bo bardzo trudno mi normalnie operować widelcem, więc muszę go ściskać w garści (ścisk jeszcze działa), co nie wygląda zbyt elegancko.  Wygląda na to, że w restauracjach odtąd będę musiała zamawiać tylko miękkie potrawy, bo przy twardszych moje kalectwo będzie bardzo oczywiste.

Trochę czasu upłynęło, zanim zdałam sobie sprawę, że to jest kalectwo.  Najpierw wydawało mi się, że to przejściowe, minie, i że odzyskam wladzę w lewej dłoni.  Teraz widzę, że jeżeli to w ogóle możliwe (co nie jest oczywiste), to będę musiała z tym żyć przez jakić czas.