Malta cz.2 – La Valletta

Malta jest, z różnych względów,  bardzo ciekawym państwem.  Po pierwsze, położona jest na archipelagu wysepek, z których tylko Malta, Gozo i Comino są zamieszkałe.  Po drugie, ma dwa oficjalne języki, angielski i maltański, ale starsi mieszkańcy raczej angielskim nie władają płynnie.  Po trzecie, jest fascynującym zlepkiem wielu kultur, przyniesionych na wyspy przez wielu kolejnych zaborców.

Maltański jest językiem semickim, jedynym, który używa tego samego alfabetu co my i jedynym językiem semickim zakwalifkowanym jako jeden z oficjalnych języków EU.  Przez cztery dni pobytu nie miałam większych szans go ogarnąć, ale zauważyłam, że ma wyraźne wpływy włoskiego, choć brzmi twardziej.  Jakieś okruszki złapałam, choćby z wyświetlaczy w autobusach, które podawały wiadomości po maltańsku i po angielsku.  Np. „Il waqfa il jmiss „ znaczyło „następny przystanek”, a „dziękuję” było jak po włosku, „grazie”. Dla mnie, jako lingwistki, było to objawieniem, ponieważ nigdy przedtem z żadnym językiem semickim nie miałm kontaktu.

O historii Malty nie bardzo mogę się wypowiadać, bo moje wiadomości zaczynają i kończą się na notatkch przeczytanych na mapie turystycznej, ale wiem, że olbrzymi wpływ mieli tu Rycerze Maltańscy, którzy, wysiedleni przez Turków z Rhodes, osiedlili się na Malcie w w roku 1530.  Znani również jako Hospitallers of St John of Jerusalem, odparli następny atak Turków i zbudowali wiele fortyfikacji oraz obecną stolicę, miasto La Valletta.

Do tejże Valletty udaliśmy się w pierwszy dzień naszego pobytu. Stolica była właściwie tylko o kilometr od Kalkary, ale przez wodę.  

Wpław nie bardzo wypadało, bo przecież po stolicy w mokrych majtkach paradować nie będziemy,  nie mówiąc o tym, że ja i tak nie nie umiem pływać (nad czym bardzo ubolewam, bo w takie piękne, gorące dnie woda przyciąga jak magnes).  Pojechaliśmy więc naokoło zatoki  autobusem, który w pół godziny dostarczył nas na dworzec autobusowy położony  przy samym wejściu do miasta, które prowadziło przez wielki, murowany most nad otaczającym je głebokim wykopem, niechybnie pozostałością po fosie.

Było to około południa i żar lał się z nieba na potęgę, więc w pierwszym rzędzie zakupiliśmy na jednym z pobliskich straganów odpowiednie nakrycie głowy dla małżonka, a w drugim podążyliśmy żwawo (żeby jak najszybciej znaleźć cień) za średniej wielkości tłumkiem innych turystów w stronę głównej ulicy miasta, gdzie oczekiwało nas kilka niespodzianek.

Pierwsza z nich to wspaniała rzeźba wielce urodziwego konia z bronzu, stojąca na kamiennym cokole zaraz za mostem, autorstwa Austina Camilleri.  Widziałam już wiele rzeźb koni, ale ta zaskakiwała jednym szczegółem: zamiast lewej przedniej nogi, ten koń miał kikut! 

Pomyślałam, że to może jakiś hołd dla walczących w niezliczonych maltańskich wojnach, ale po zbadaniu tematu w Internecie okazało się, że symbolizm tej rzeźby jest wieloznaczny, np. może wyrażać utratę potęgi czy władzy. Komplikuje zrozumienie fakt, że rzeźbę postawiono bardzo niedawno, w sierpniu 2014.

Drugą niespodzianką była wszechobecność angielskich sklepów odzieżowych i jubilerskich i banku HSBC, w którym mamy konto.  Gdyby nie ten klimat oraz charakterystyczna architektura, to mogłabym pomyśleć, że znajduję się na głównej ulicy w którejkolwiek dzielnicy Londynu.  Wrażenie dla mnie szokujące, bo chociaż takie sklepy nie zaskakują mnie np. w Polsce czy we Francji, to tutaj zupełnie nie byłam na nie przygotowana, zapewne z powodu kompletnego braku wiadomości na temat Malty.  Ale właściwie dlaczego nie miałoby tak być, skoro Malta była częścią imperium brytyjskiego od 1814 do 1964 roku.  Historycznych pozostałości po Anglikach jest tu sporo, choćby wiele nazw geograficznych lub ta skrzynka na listy w Kalkarze, na której widnieją inicjały Królowej Victorii. 

Przypuszczam, że jest tu również znacząca mniejszość expatriantów ze Starego Kraju, kilku starszawych nawet napotkaliśmy w autobusach.  Są tacy jak polska przedwojenna emigracja w Anglii – zatrzymali się w czasie i żyją w kulturze i warunkach, które panowały kiedy opuścili kraj. Być może jest to cechą wszystkich grup emigrantów, gdziekolwiek by nie osiedli.

Wracając do Valletty, oprócz tej najgłówniejszej ulicy są jeszcze dwie lub trzy równoległe i  podobne w charakterze, wszystkie nastawione na turystów. Ich zabudowa jest wzniosła (do pięciu pięter) i okazała, jak przystało na Parlament i inne państwowe urzędy w nich się mieszczące. Prowadzące od nich boczne uliczki są wąziutkie i strome, i oferują bardzo pożądany cień, w którym się często skrywaliśmy. 

Na kilku z nich, w najmniej prawdopodobnych miejscach,  znajdują się ambasady i inne oficjalne instytucje.

Zgłodniawszy co nieco, wstąpiliśmy na obiad do jakiejś restauracji na nieco większej z tych bocznych ulic.  Miała w nazwie coś plus „Bistro” , kilka stolików w cieniu na zewnątrz (tam usiedliśmy) i kilka w bardzo mrocznym wnętrzu, ozdobionym robiącymi wrażenie obrazami. 

Największe wrażenie robił jednak kelner, który chyba był również kucharzem albo co najmniej miał wpływ na to, jak się przyrządza tam dania.  Mógł mieć 35 – 40 lat, był szczupły, w miarę przystojny i według mojego męża trochę nachalny, a według mnie po prostu entuzjastyczny i hiperaktywny, może nawet miał ADHD.  Z wielką werwą przedstawił nam specjalne dania dnia i, w odpowiedziach na pytania, opisywał ich składniki i sposób przygotowania z dogłębną znajomością tematu.  Mówił płynnym angielskim, hiszpańskim i maltańskim, więc całkiem głupi nie był.  Trochę też gościom „kadził”, no ale w tym zawodzie to częste i może nawet czasem pomocne, chociaż trudno się na to nabrać.  Kiedy nie rozmawiał z gośćmi, to podśpiewywał sobie i nawet od czasu do czasu podskakiwał.   Chyba jednak to ja miałam rację, bo przy okazji wizyty w toalecie zauważyłam, że dokładnie tak samo entuzjatycznie i wylewnie rozmawiał z barmanką, mimo, że we wnętrzu  lokalu gości nie było, więc nie miał przed kim się popisywać ani komu cokolwiek sprzedawać .  Para, prawdopodobnie z Irlandii, zajmująca stolik sąsiadującym z naszym, też musiała zwrócić uwagę na niezwykłe zachowanie kelnera, bo tuż przed opuszczeniem lokalu Pani zapytała go wprost i bez ogródek ale również bez złośliwości  w tonie, czy czasem się sobą nie męczy.  Odpowiedź spodobała mi się, dokładnych słów nie pamiętam, ale jej sens był taki, że jak się coś robi, to trzeba to robić z radością i osobistym zadowoleniem.  Moim zdaniem to całkiem dobra maksyma, może nawet sposób na życie bez nadciśnienia lub wrzodów żołądka.

Po obiedzie jeszcze trochę posnuliśmy się po Valletcie, m.in. wstępując na lody (mąż) i zwiedzając sklep z piórami wiecznymi (ja). Mieliśmy już dość tego snucia kiedy otrzymaliśmy wiadomość od naszych przyjaciół, że oczekują nas na głównym placu w stolicy.  Pośpiesznie udając się na miejsce spotkania, znaleźliśmy ich siedzących przy jednym z ulicznych stolików należących do miejscowej knajpki. Z nieukrywaną radością dołączyliśmy do towarzystwa, zamawiając parę następnych drinków.  Miejsce było fajne ale  wietrzne i zaczęło się robić chłodno, przynajmniej dla kogoś odzianego w sukienkę stosowną do co najmniej 30 C, poza tym przyjaciele byli głodni, więc wkrótce opuściliśmy ten przybytek i pomimo dość wczesnej pory rozpoczęliśmy poszukiwanie restauracji na wieczorną biesiadę.  Po drodze nabyłam na straganie szeroki szal, który pozwolił mi przetrwać wieczorne temperatury ok.  22 C.  Nie bardzo wiedzielśmy dokąd się udać, ale przypomniała się nam wcześniej zauważona i dość popularna restauracja polecana przez Jamie’go Olivera więc do niej się zgłosiliśmy i nawet udało się dostać stolik, i to na zewnątrz. 

Zamówiliśmy maltańskie wina (bardzo dobre), maltańskie przystawki do podziału (też pyszne)  oraz główne dania według uznania.   Przyjaciółka jadła faszerowanego bakłażana, jej mąż ośmiornice, mój jakiegoś kurczaka, a ja wybrałam narodową potrawę Malty, królika, bo uważałam, że należy spróbować.  Porcje były całkiem niewielkie, ale wino nadrobiło i byliśmy zadowoleni.  Królik był , owszem, smaczny, ale nie jakiś rewelacyjny, chyba wolę choćby kurczaka. Najlepsze z całej kolacji było to, że nagadaliśmy się za wszystkie czasy.

Powrót autobusem do naszego hotelu był z przygodami. Ponieważ nie byliśmy jeszcze obeznani z trasą, doszliśmy do wniosku, że, biorąc pod uwagę niewielkość Kalkary  najbezpieczniej będzie wysiąść jak tylko ogłoszą Il-Kalkara, ale to okazało się być poważnym błędem.  Wysiedliśmy z autobusu według tej zasady i  zaczęliśmy iść główną drogą.  Było już ciemno, ale droga była oświetlona i nie odczuwaliśmy żadnego zagrożenia. Szliśmy i szliśmy, starając się trzymać trasy autobusu, ale niczego po drodze nie poznawaliśmy. W pewnym momencie natrafiliśmy na rozgałęzienie dróg, na którym drogowskaz pokazywał Kalkarę i na wprost i w prawo.  Poszliśmy na wprost bo tak nam się wydawało najlepiej i wkrótce potem napotkaliśmy następny przystanek naszego autobusu, co nam dodało otuchy.  Po drodze natknęliśmy się na „incydent” – w jakimś rozświetlonym domu najwyraźniej odbywała się huczna zabawa, która spowodowała przybycie policji.  Korzystając z okazji, zapytaliśmy policję o drogę do naszego hotelu, ale nie bardzo wiedzieli, o co nam chodzi.  W końcu trafiliśmy na malutki placyk, na którym przed jednym z domów siedziały trzy kobiety.  Na nasze zapytanie o Villa del Porto, bez wahania odpowiedziały: o tu, za tym drzewem, zejść schodami w dół.  I faktycznie, schody prowadziły dokładnie pod nasz hotel.

W ten sposób uratowani od nocowania na ulicy powzięliśmy mocne postanowienie przestudiowania trasy tego autobusu, w wyniku którego  okazało się, że autobus robi pętlę naokoło Kalkary, zaliczając po drodze Fort Rinella i kończąc znowu na przystanku przed kafejką.  Dla wszelkiej pewności postanowiliśmy również nie ruszać się z autobusu dopóki nie zobaczymy naszej przystani i tego się od tej pory trzymaliśmy..

(cdn)

Mam żal do Komuny

Mam  żal do „Komuny” o to, że odebrała mi na długie lata cieszenie się pięknym językiem rosyjskim oraz możliwośc  jego nauczenia się za młodu, kiedy umysł był chłonny i pragnący wiedzy wszelkiego rodzaju.

W czasach, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej i liceum, a potem na studia magisterskie, rosyjski był przedmiotem obowiązkowym, wyłącznie z powodów politycznych, bo przecież, przy najlepszych chęciach,  nie można powiedziec, żeby był równie przydatny jak np. angielski, którym porozumiesz się właściwie na całym świecie.

W szkole podstawowej, do której uczęszczało się wtedy przez siedem lat,  rosyjski był jedynym językiem obcym i zaczynał się od klasy piątej.  W (czteroletnim) liceum też był cały czas, ale oprócz niego można było uczyc się innego, zachodniego języka, np. angielskiego, francuskiego czy niemieckiego (a może nawet ten drugi język też był obowiązkowy, nie pamiętam, a jeżeli tak, to jest to godne pochwały, bo wskazuje na dbałośc o wszechstronne wykształcenie młodzieży, a poza tym  był do wyboru.  Zresztą moje liceum było niezwykłe, bo z tzw. wykładowym angielskim, co oznaczało nadgodziny angielskiego i pięc przedmiotów prowadzonych w tym języku równolegle z polskim ). Na pięcioletnich studiach magisterskich rosyjski też był wymagnym przedmiotem przez chyba dwa lata.

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą i studentką i mam zdolności językowe, dzięki którym  nauczyłam się świetnie angielskiego, dobrze francuskiego, podstaw łaciny i na tyle niemieckiego, żeby czytac niemieckie teksty na tematy lingwistyczne. Więc dlaczego nie rosyjskiego?  A dlatego, że nie chciałam, żeby ktokolwiek pomyślał sobie, że uczę się tego języka, bo jestem pro-komunistyczna i uważam naszych wschodnich sąsiadów za przyjaciół (i nie byłam jedyną osobą, która nie nauczyła się dla zasady)! Byłam zawsze dumna z faktu, że moi rodzice nie byli partyjni – mieli przez to sporo kłopotów i gorsze posady, ale nie byli, bo w Partię nie wierzyli, i już.

Przytomnemu czytelnikowi  zapewne nasuwa się pytanie, jak wobec tego przebrnęłam przez obie szkoły i studia, w każdej instytucji uzyskując odpowiedni dyplom.  To wszystko dzięki nauczycielom!  Nie pamiętam jak było w szkole podstawowej, ale przypuszczam, że wymagania były niezbyt wygórowane i to, czego się nauczyłam mimo woli wystarczyło naszej pani od rosyjskiego, którą przezwaliśmy, z powodów teraz pogrzebanych w głębokiej przeszłości, Tatarata.  W liceum uczyła nas rosyjskiego pani w nieokreślonym (przy najmniej dla nas, nastolatków) wieku, bardzo cicha i nieasertywna, wydająca się nie zauważac żadnych nieodpowiednich zachowań uczniów na jej lekcjach.  Kiedy przychodził czas, żeby stawiac oceny, to zadawała nam jakiś wiersz na pamięc , a potem patrzyła w dziennik, podczas gdy  jeden uczeń po drugim czytał go z książki albo, jak nie znał alfabetu, to z fonetycznie napisanej ściągi.  Może jej współczułam, ale nie do przesady.  Ciekawe, czy się trochę wstydziła tego, że nam to każą.

Na studiach lektorem rosyjskiego był starszy pan z siwymi włosami, nieudolnie ufarbowanymi na fioletowo i zarzuconymi na łysinę (tak jak w mojej ulubionej reklamie cygar Hamlet w angielskiej telewizji).  Ten miły pan nikomu nie chciał psuc szans na studiach z powodu niezaliczenia rosyjskiego,  więc wymyślił na to swój sposób.  Jeżeli studentka płci żeńskiej była absolutnie denna z rosyjskiego, to stawiał jej czwórkę, a jak czymkolwiek się wykazała, to piątkę.  Płec męska miała mniejsze fory: trójka i czwórka, odpowiednio.   

Język rosyjski jest piękny, dla polskiego ucha brzmi melodyjnie i przyjemnie, nie mówiąc już o walorach rosyjskiej literatury pięknej i poezji, które czytałam, ale tylko w polskim tłumaczeniu. Lubię też rosyjskie ludowe śpiewki (ostatnio na koncercie słyszałam wspaniałe w wykonaniu żeńskiego tercetu przy akompaniamencie bandur), i nigdy nie zapomnę „Buria mgłoju niebo krojet, Wichry snieżnyje krutiat, To kak zwierz ona zawojet, to zapłaczet kak dietia”.  Gdyby nie Komuna, to nauczyłabym się tego języka i wtedy dane by mi było przeczytac  jedną z moich ulubionych powieści, „Mistrz i Małgorzata”, w oryginale. Czytałam najpierw po angielsku, ale potem dostałam w prezencie   polską wersję, która na pewno lepiej oddaje i styl autora i pojęcia zawarte w tej powieści.  A jaka to by była przyjemnośc  przeczytac oryginał!