Krótka notka o gotowaniu

Czego starszawy człowiek nie zapisze, tego nie zapamięta!  Straszne, ale prawdziwe.

Zaczęłam właśnie uzupełniać moje wypróbowane przepisy,  zapisane w plikach na komputerze, notatkami i poprawkami z ostatnich ich dokonań, które w formie papierowej nazbierały mi się w ogromnej stercie na biurku. To jest trochę trudne zadanie, bo nie potrafię nic ugotować tak samo dwa razy, co chyba wszyscy gotujący zrozumieją bez żadnych podpowiedzi.

Do tej pory przebrnęłam przez może 1/10-tą notatek, ale się zawzięłam i dzieła dokończę, choćby nie wiem co!  Gotowanie to, oprócz pracy zawodowej i ogrodnictwa, moje największe hobby, więc należy się mu jakiś szacunek, no nie?

Absolutnie nie uważam się za wyrocznię w sprawie kucharzenia, ale widzę, że to co podaję do stołu jest zwykle przyjmowane z entuzjazmem i nawet czasem z zachwytem, więc jakieś walory musi mieć.  Może dlatego, że wnoszę do kuchni polskiej obce akcenty, nabyte przez 38 lat w kosmopolitycznej (kosmopolitarnej?) Anglii, a może dlatego, że mam taki smak, który akurat moim gościom pasuje.

Sprawa nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona, ale póki co, można się cieszyć małymi rzeczami.

 

Harissa – mój przepis

Tym razem, niezwyczajnie dla mnie, będzie wpis kulinarny – owszem, bardzo lubię gotować, nie tak na codzień, ale na specjalne okazje.  Nigdy dotąd nie pisałam o tym, bo chociaż mi to kucharzenie zazwyczaj wychodzi dobrze, to mistrzem  się nie mianuję. Po prostu obczytuję temat w Internecie, a potem na tej podstawie tworzę własny przepis, biorąc ze wszystkich przeczytanych to, co mi się najbardziej podoba i dorzucając swoje „trzy grosze”.

Przygotowuję ucztę chrzcinową pierwszego dzieciątka w najbliższej rodzinie od ponad 30-tu lat i jestem tym bardzo przejęta, więc się staram. Powymyślałam najprzeróżniejsze przystawki do bardzo tradycyjnego obiadu i zabrałam się za ich realizowanie, ale zabrakło mi składników, bo nie wszystkie udało mi się dostać – w moim mieście można z łatwością kupić przyprawy do kuchni hinduskiej czy chińskiej, ale mi potrzebna była tunezyjska harissa, której nie udało mi się zdobyć.  Jest to gęsty sos z papryczek chilli, czosnku i kilku egzotycznych ale ogólnie dostępnych przypraw, nic trudnego, więc postanowiłam zrobić ją osobiście.  Poniżej podaję mój próbny, bo pierwszy, przepis.

  • 8 papryczek pepperoni i 2 duże chilli (mogą być suszone, ale użyłam świeżych)
  • 8 dużych ząbków czosnku,
  • po po 2 łyżeczki soli, mielonego kminu rzymskiego i mielonego ziarna kolendry
  • oliwy z oliwek – dałam tyle, ile trzeba na gęstą pastę, ok. 1.5 – 2 łyżki
  • 3 łyżeczki przecieru pomidorowego (puszeczka Pudliszek).

Papryczki przecięłam wzdłuż na pół i oczyściłam z nasion (w gumowych rękawiczkach, bo już się kiedyś poparzyłam) odcinając zielone szypułki ogonki, a potem pokroiłam na mniejsze kawałki. Czosnek grubo posiekałam. Czosnek i paprykę z przyprawami zmiksowałam  do uzyskania gładkiej masy.  Dodałam przecier i oliwę i zmiksowałam do wymieszania. Włożyłam do wyparzonego słoiczka, zalałam wierzch oliwą, szczelnie zakręciłam i do lodówki.

Rezultat: wyszło ok. 325 gramów; pyszne i pachnące, mniej ostre niż Madras curry, czyli trochę piecze w gębie przez pół godziny, ale nie na tyle, żeby nie czuć smaku albo łzawić.  Zresztą używa się tego głównie jako przyprawy do sosów lub jak musztardy, do przyprawiania potraw na talerzu, więc w niewielkich ilościach.  Podobno zioła i ostre przyprawy wspomagają trawienie i rozkładają tluszcze, powodując mniejsze ich wchłanianie, więc to zdrowe!

Dopisek z 19.08.2014: po tygodniu przechowywania sos zrobił się o wiele łagodniejszy, może z powodu zalania oliwą, której część musiała przesiąknąć w dół.  Oliwa rozpuszcza substancję, która powoduje ostrość i Arabowie regulują ostrość harissy właśnie przez dodawanie oliwy.

Smigus Dyngus, a raczej Prima Aprilis!

Takiej białej Wielkanocy nie pamiętam!  Tyle tego śniegu napadało, że krajobraz wczoraj, w świąteczny poniedziałek, wyglądał jak w środku srogiej zimy.

Wielkanoc 2013

Ale nic to, że nie objadaliśmy się wielkanocnymi pysznościami na ciepłej i rozsłonecznionej werandzie, otoczeni budzącym się sadem i ogrodem; nic to, że ścieśnialiśmy się przy za małym stole w pokoju gdzie stoi łóżko Mamy i odstawialiśmy nie mieszczace się na stole półmiski na mały stolik ogrodowy, żeby co chwilę posyłać je wokół zebranego grona; nic to, że cała podłoga wydawała się być zajęta przez nogi od krzeseł i stołów, i że ten ścisk przypominał raczej Boże Narodzenie, kiedy weranda jest wycofana z eksploatacji (no, może trochę mniejszy ścisk, bo bez wielkiej choinki).  Zadna z tych drobnych niewygód nie przeszkodziła nam bynajmniej w miłym świętowaniu i na smak potraw ujemnie nie wpłynęła.

Swięta były tradycyjnie spędzone u Mamy, z najbliższą rodziną: sami całkiem dorośli ludzie, drobiazgu żadnego nie było, bo poprzedniego już się w żaden sposób nie da pod to pojęcie podciągnąć, a że jeszcze się nie rozmnożył, to i nie było następnego. Brakło bratanicy z mężem, którzy wyjechali na urlop do Nowego Jorku (ale tydzień wcześniej udało jej się przylecieć na dwa dni z Dublina, żeby się z rodziną zobaczyć), a w poniedziałek i brata, bo musiał lecieć do Hamburga do pracy, ale za to przybył z Brukseli bratanek z żoną, a w niedzielę była też druga babcia czyli mama szwagierki.  A nieobecni zgłaszali się przez ifony, Skype i telefony, więc ciepło rodzinne było.

Jak co roku, pierwszy dzień Wielkanocy był bez obiadu, którego podawanie zarzuciliśmy wiele lat temu, bo po bardzo obfitym świątecznym śniadaniu, które rozpoczyna się dopiero jak wszyscy dojadą,  około 1-szej, nie starcza już czasu ani apetytu na wielki obiad.  Oczywiście na stole, oprócz koszyczka ze święconym, miejsce honorowe zajmował, jak zawsze, olbrzymi półmisek jaj na twardo, z kępką rzeżuchy na środku. Do tego sałatka jarzynowa z chrupiącą fasolką, ogórkiem kiszonym, cebulą i  majonezem, oraz dwa półmiski najprzeróżniejszych wędlin, i kupnych i upichconych przeze mnie lub przez bratową. Z tych kupnych była szynka, kabanosy, pyszna kiełbasa, delikatny biały salcesonik i salchichon z pieprzem.  Bratowa upiekła znakomity schab ze śliwkami i białą kiełbasę z czosnkiem, a ja zrobiłam bardzo udany pasztet po ardeńsku, który za mną chodził już od dwóch lat, i eksperymentalną, ale utrafioną, pierś kurczaka nadziewaną wędzonym boczkiem i żurawiną. Były też bardzo smaczne śledziki, które bratowa zrobiła z cebulą, papryką i ogórkiem w pysznej zalewie, i trochę świeżych jarzyn z dipem, który popsułam w ostatniej chwili i tylko ładny wygląd mu pozostał, więc jadło się je bez.

Przed słodkościami zrobiliśmy przerwę na latanie zdalnie kierowanym modelem samolotu nad polem za płotem, tzn. nie wszyscy latali, tylko brat z synem, ale wszyscy mieli frajdę z oglądania, albo na żywo albo potem na video z samolotowej kamery. Oczywiście przerwa nie była zbyt długa, bo trochę tej latającej maszynie szkodzą lądowania.  Tym razem i tak dobrze poszło, bo bratanek jest zdolnym pilotem, choć brat może troche mniej, mimo że nawigator z zawodu. Wiedząc o tym i dla dobra ogółu, sam stanął za sterem tylko raz i na krótko, żeby nie ukrócać uciechy.  Latał głównie bratanek, a brat mu asystował jak właściciel klubu piłkarskiego na meczu. Pierwsze lądowanie było popisowe, jakby na gładziuteńkim pasie a nie pooranym polu;  drugie troche mniej, bo w koronie drzewa za oborą, ale udało się samolot odzyskać i ponownie doprowadzić do stanu używalności, za to trzecie czy czwarte skutecznie zakończyło zabawę, bo jak samolot przydzwonił w grudę, to trzeba było niemalże zbierać go po kawałku (ale po solidniejszym remoncie będzie jak nowy!).

Potem była kawa i straszne ilości ciast: nasze tradycyjne, bakaliowe mazurki, czekoladowy i kajmakowy, babka piaskowa, którą zupełnie bezzakalcowo pięknie upiekła siostra, sernik pieczony oraz kupione w wypróbowanej cukierni tort ananasowy i pascha.  To już kolejne święta, na które nie zrobiłyśmy tortu osobiście, tylko zamówiłyśmy w tej właśnie cukierni, gdzie robią wyśmienite i na dodatek ładniejsze. Na koniec imprezy, zanim się rodzina porozjeżdżała, miał być żurek i ugotowałam go gar na pułk wojska, ale nikt już nie nie był w stanie nic więcej spożyć bez szwanku na zdrowiu, więc żurek trafił do zamrażarki i będzie jak znalazł do jakiegoś większego obiadu.

W poniedziałek był przepyszny rodzinny obiad, składający się z bardzo grzybowej zupy z tymiankowymi grzaneczkami, pieczonej gęsi nadziewanej cielęciną z wątróbką; zasmażanych buraczków, uwielbianych przez całą rodzinę oprócz mojego męża, który, będąc Anglikiem, takich rzeczy nie papa, chociaż np. ogórki kiszone lubi; ziemniaczków i wiosennej sałatki, a do tego żurawina wykonana przez siostrę i wspaniałe gruszki w occie i winie, sporządzone przez bratową według jakiegoś bardzo pracochłonnego przepisu. Obiad, że palce lizać!

Oczywiście, przy najlepszych chęciach, udało nam się zjeść najwyżej jedną trzecią tego wszystkiego, no ale trochę się zjadło wczoraj na śniadanie i kolację, troszkę jeszcze poszło na wynos, a reszta do zamrażarki, by czekać na następną godną okazję.

 

Dalszy ciąg wrażeń z powrotu do Polski

To już mój trzeci wpis dzisiaj, bo nadrabiam zaległości po tygodniu nieobecności.  Tym razem kulinarnie. Mieszkając przez 39 lat w Anglii, głównie w kosmopolitycznym Londynie,  poznałam smaki wielu egzotycznych dla mnie kuchni, m.in., hinduskiej, nepalskiej, chińskiej, taiwańskiej, greckiej, japońskiej, libańskiej i filipińskiej (tej ostatniej nie polecam!). Miałam też wiele okazji, aby zaznajomić się z kuchnią angielską, która w najlepszym wydaniu pochodzi z północy kraju, oraz z modnymi kuchniami wegetariańskimi.  Ponieważ bardzo lubię gotować, zaczęłam eksperymentować i w rezultacie potrafię przyrządzić całkiem jadalne curry (w wersji hinduskiej lub afrykańskej), grecką moussakę, chiński stir-fry oraz typową angielską pieczeń wołową lub jagnięcą z pieczonymi ziemniakami, pasternakiem i obowiązkowym, rzadkim sosem pieczeniowym.

W Anglii łatwo kupić warzywa i mięsa potrzebne do wszystkich tych potraw (nawet korzeń pietruszki i seler do polskiego rosołu, których Anglicy zwykle nie używają.  Seler od kilku lat jest dostępny w supermarketach, ale po pietruszkę trzeba pójść do polskich sklepów, których w Londynie jest sporo).

Po powrocie do Polski najbardziej odczułam brak jagnięciny w sklepach mięsnych. To jest moje smakowo ulubione mięso (na dodatek podobno z mniejszą zawartością cholesterolu niż inne), którego bardzo często używałam w Anglii, w postaci grillowanych kotlecików z kością, bardzo smacznej  pieczeni z łopatki lub duszonych giczy. Nie rozumiem, dlaczego tego w Polsce nie ma: owce hoduje się nagminnie na Podhalu, ale też i w inych częściach kraju, więc mięso powinno być.

Składniki do innych potraw z w/w kuchni są ogólnie dostępne w supermarketach.

Może trzeba założyć towarzystwo propagowania jagnięciny?