Dlaczego nie piszę?

Od kilku miesięcy nie piszę na moim blogu i właśnie zaczęłam się zastanawiać dlaczego i analizować możliwe tego przyczyny.

Najprostszym wytłumaczeniem byłby brak czasu, jednak to nie jest przyczyną.  Czas mam, już od czerwca nie pracuję, ponieważ statek mojej macierzystej firmy w Londynie utknął na mieliźnie, z której już chyba nic nie będzie w stanie go odholować na pełne morze.  Nie żałuję, bo przecież już w 2011 roku oficjalnie przeszłam na emeryturę i dorywczo pracowałam dalej tylko dlatego, że jeszcze byłam potrzebna. Teraz, kiedy już niczego nie mogę dla firmy zrobić, rozsądnie spoczęłam na zasłużonych laurach.

Innym powodem mogłaby być starcza demencja, odbierająca pamięć, logikę i zdolność konstruowania sensownych narracji, ale to, dziękować Bogu, jeszcze mnie nie dotknęło.  Nadal potrafię pisać zrozumiale, korespondencja mailowa wychodzi mi całkiem składnie, a i w różnych grupach na Facebook’u  też coś nie całkiem  głupiego wrzucę od czasu do czasu.

A może po prostu nie mam o czym pisać?  Może nic już nie rozbudza mojej wyobraźni, nie wzbudza silnych odczuć, nie powoduje reakcji lub refleksji, którymi chciałabym się podzielić z moimi (nielicznymi, ale wiernymi) czytelnikami?  Może bujam w obłokach jak po jakimś LSD, bez żadnego powiązania  z rzeczywistością?  Może straciłam zainteresowanie sprawami ludzkimi, podejrzewając   rychłe dostąpienie do życia wiecznego?

Nie, niestety to też nie tłumaczy mojego milczenia.  Jestem jak najbardziej trzeźwa i przytomna, obserwuję wydarzenia w kraju,  czuję,  myślę i przeżywam.  Natłok potencjalnych wypowiedzi cały mój umysł zajmuje, ale gardło mam ściśnięte, aby nie wydać krzyku bólu, mniej więcej tak, jak wtedy w Zakopanem, kiedy przy wysiadaniu z autobusu upadłam na lodzie na łokieć i usłyszałam jak pęka mi główka kości ramienia przy barku.  Jednak nie mam ochoty do publikowania swoich myśli na blogu, bo musiałby to być blog polityczny, który na bank ściągnąłby na moją niewinną głowę lawinę hejtowych komentarzy, a po co mi to na stare lata?

Tak więc wybaczcie, że rzadko piszę – bezpieczniejszych natchnień i tematów  mam obecnie zdecydowanie mniej, chociaż jeden taki wpis akurat opublikowałam na mojej anglojęzycznej stronie

Dziwne

Dziwne, jak rzeczy martwe (lub fikcyjne) potrafią nagle zacząć żyć własnym życiem.

Podejrzewam, że każdy pisarz zna to zjawisko:  mając pomysł na jakąś postać, stwarza ją i bierze się do zarządzania jej życiem i losem, ale w miarę zadomowiania się w życiu autora i w jego dziele, ta postać  zaczyna stawiać wymagania, których jej twórca nie przewidział, skutkiem czego autor zwija swoje plany w troki i pisze, co  ona mu nakazuje (mam wrażenie, że  kiedyś gdzieś o tym czytałam, ale nie przypominam sobie dokładnie).

Nie, żebym śmiała porównywać siebie  do prawdziwych pisarzy, ale mnie się wydarzyło coś podobnego.  W grudniu ubiegłego roku zaczęłam pisać ten blog, żeby dać upust moim wrażeniom o Polsce po 39-ciu latach nieobecności.   No i owszem, kilka wrażeń opisałam i jeszcze kilka mam w zanadrzu, ale mój blog w którymś momencie zaczął własne życie i dyktuje mi tematy, o których nie miałam, w moich aroganckich i zdyscyplinowanych planach, zamiaru pisać.  Na przykład, teraz często mam ochotę pisać na blogu jak w pamiętniku, chociaż nigdy przedtem, nawet jako naiwna i sentymentalna nastolatka,  takiego nie prowadziłam.

Czy to wpływ czytanych przeze mnie blogów czy po prostu blogi mają taką naturę?

Mniejsza o to, jeżeli poddam się temu trendowi, to nic mi nie będzie, ostatecznie mogę pisać na moim blogu co mi na myśl przyjdzie, bo przecież nikogo nie zmuszam do czytania.

Zresztą ostatnio dużo  nie piszę, bo mam kupę pracy (na emeryturze!). Część tej pracy musi być wykonana w nocy lub w weekendy, więc nie zawsze w dzień jestem przytomna.

Dziś też jest akurat taki mało przytomny dzień, bo pracowałam do 3.30 rano i się nie wyspałam, ale bez pracy człowiek umiera!  Powszechnie uważa  się  (przynajmniej w Anglii), że nauczyciele czy dyrektorzy/dyrektorki szkół umierają wkrótce po przejściu na emeryturę, bo po prostu, po naładowanym adrenaliną życiu, nagle nie mają co robić. Moje całe pracujące życie też było naładowane adrenaliną, ale nie chcę, żeby to  mnie spotkało, więc staram się być intelektualnie aktywną i nadal trochę pracuję, a ostatnio nawet dość intensywnie.

A teraz już chyba muszę iść spać, oczywiste po tym jak rozwieszę pranie, położę psy do łóżeczek i wykonam kilka innych wieczornych czynności.