Jestem w Anglii

Jestem w tej chwili w naszym mieszkaniu w Anglii i wracam w niedzielę.  Nie będę dużo pisać, bo mam kupę roboty z bazą danych naszej firmy.  W sobotę mam pracować z naszym ekspertem od programowania, który doskonale  wie jak programować, ale zupełnie nie zna naszych systemów MIS, czyli elektronicznego przechowywania i zarzadzania informacją. Na tym właśnie to ja się znam i wobec tego musimy  pracowac wspólnie nad nowym oprogramowaniem, które pozwoli naszej firmie wywiązać się z obligacji wynikających z naszego kontraktu z rządowym departamentem finansującym naszą działaność w szkoleniu osób dorosłych.

A tych obligacji jest sporo i, żeby było ciekawiej, zmieniają się one co najmniej raz na rok, jak nie częściej, a najgorsze jest to, że ostatnimi laty potrafią się zmieniać w tył, tzn. takie wprowadzone  w  maju mogą obowiązywać od poprzedzającego sierpnia. Narzekam na biurokrację w Polsce, ale w Anglii jest tak samo, kiedy korzysta się z funduszy państwowych.  Raz nawet zabrałam głos w tej sprawie na spotkaniu z ministrem oświaty.  Było na nim, razem z ministrem,  16 osób, przedstawicieli  państwowych i prywatnych instytucji  szkoleniowych oraz lokalnych zarządów oświaty,  i póltorej godziny czasu, więc każdy chętny miał szansę się wypowiedzieć. No więc się wypowiedziałam na temat tego, jak koszty takiej biurokracji pomniejszają środki dostępne na kształcenie, ale minister, metodą wszystkich polityków, zbył mnie odpowiedzią, że to sprawa dla księgowych i niech oni się tym zajmą.

Temat nie jest zbyt interesujący dla osób postronnych, więc nie będę się nad nim rozwodzić, mimo, że daje duże pole do popisu dla satyryków oraz osób trzeźwo myślących.  Za to powiem, że tu wiosna, może nie taka rozhukana jak zwykle bywało o tej porze roku, ale przecież wiosna.  Wzdłuż szos i miejskich ulic kwitną żonkile, sadzone i dzikie, i ozdobne odmiany śliw i czereśni, a na moim balkonie,  w donicach,  zimowe cyklameny, bratki i pierwiosnki, a róża ma już pełen zestaw nowych liści. Jest fajnie, bo czuję się zupełnie na miejscu, a poza tym objadam się na obiady, w przerwach w pracy, którą wykonuję głównie w domu z powodu niemożności palenia w biurze, pyszną faszerowaną kaczką, którą w zeszłym roku upiekłam i podałam gościom, ale której pół zostało w zamrażarce. Pychota!

CIT-8 i mój mózg

Z powodu wielkiej niechęci do rozpoczęcia “myślącej” pracy, która na mnie czeka od tygodnia, zabrałam się do wypełniania deklaracji podatkowej naszej malutkiej wspólnoty mieszkaniowej.  Już wielu błahych, ale nieuniknionych, rzeczy w ten sposób dokonałam, bo to jest moja wypróbowana metoda na odwlekanie uruchomienia mojego mózgu, który zawsze mi się kojarzył z przestarzałym silnikiem diesla, bo ciężki i trudny w rozruchu, ale jak już zaskoczy, to  idzie i idzie, nawet bez specjalnych zachłyśnięć.

No więc wydrukowałam formularz CIT-8, żeby mu się dokładniej przyjrzeć i ewentualnie wypełnić na brudno.  Nasza wspólnota nie prowadzi żadnej działalności gospodarczej i nie ma żadnych dochodów, ale, skoro wedlug prawa musi mieć NIP, to i ma obowiązek dorocznego deklarowania dochodów i obliczania podatku od nich na czterostronowym formularzu CIT-8 , jakby nie można było po prostu zadeklarować raz i na zawsze, że dochodów nie ma i nie będzie.  (A może coś spieprzyłam w zgłoszeniu o NIP i taka opcja istnieje?  Jeżeli była, to nie rzucała się w oczy, ale na wszelki wypadek sprawdzę.)

Początek formularza był dziecinnie  łatwy: nazwa i adres naszego  Urzędu Skarbowego i dane Wspólnoty, np. adres, nazwa, REGON i NIP.  Niestety, zaraz potem zaczęły się „schody”.  Niektóre pytania były fajne, np. „Jeżeli kwota z poz.44 jest większa od 0, należy wpisać kwotę z poz.44 pomniejszoną o kwotę z poz.46 i powiększoną o kwotę z poz.50.”  To ja rozumiem, mogę się do tego odnieść, bo to jest trochę jak łamigłówka typu sudoku czy krzyżówki liczbowe, które uwielbiam.   Ciekawe jak radzą sobie z tymi pytaniami podatnicy, którzy łamigłówek  nie lubią albo nie mają jakichkolwiek zdolności w tym kierunku. Zapełniłam dwie i pół strony zerami, choć też nie było to takie proste, bo miejscami podejrzewałam, że nie powinnam; nawet jedno takie miejsce zostawiłam puste, zawsze można dopisać, a może jak się coś wpisze nie tam gdzie trzeba, to się ten cały formularz unieważni i trzeba będzie zaczynać od początku.

Niestety, oprócz powyżej opisanych, wystąpiły również zupełnie dla mnie niezrozumiałe pytania, tak jak: „Podatnik korzysta ze zwolnienia, o którym mowa w art.25 ust.11 -16, w roku podatkowym wykazanym w poz.4  i 5.”  Maturę mam, poz.4 i 5 sobie wydedukowałam, są to pola do wypełnienia przeze mnie oznaczone tymi cyframi, ale ustawy?  Na jakiej podstawie  Urząd Skarbowy zakłada, że każdy obywatel jest obeznany z przelicznymi i ciągle zmieniającymi się ustawami?  To jest sprawa fachowa, a dla zwykłego śmiertelnika wystarczyłoby, zamiast cytowania prawnych paragrafów,  sformułować pytanie np. tak: „Czy podatnik jest zwolniony z podatku z jednego z poniżej wymienionych powodów:…”

I tu się narzuca kwestia, jak podatnika widzi Urząd Skarbowy. Może podatnik nie jest traktowany jako klient, ale „poddany”?  W Anglii od dość niedawna tamtejszy fiskus zaczął traktować podatników jako swoich klientów, i same dobre rzeczy z tego wyszły.  Co prawda, nie do końca mają to rozpracowane, ale się starają i jest o niebo lepiej niż drzewiej bywało.

Czuję się w obowiązku w tym miejscu zaznaczyć, że moja ostatnia wizyta w Urzędzie Skarbowym, w celu uzyskania NIP-u dla Wspólnoty,  była bardzo pozytywnym doświadczeniem: zostałam obsłużona szybko i sprawnie, i uzyskałam, bez naciskania,  ważne wiadomości na temat, co dalej robić.  Ale nad tym formularzem to chyba jeszcze muszą popracować!

Miłe niespodzianki

Pod koniec zeszłego roku podjęłam się formalności związanych z ustanowieniem i rejestracją naszej maleńkiej Wspólnoty Mieszkaniowej. Trochę się tego obawiałam, bo z dawnych czasów pozostała mi silna niechęć do wszelkich urzędów, ale zdecydowałam się na to, bo jestem osobą uczynną i, z ogółu właścicieli, ja miałam najwięcej czasu na papierkową robotę i na bieganie z nimi po odpowiednich organach biurokracji. Do moich zadań należalo ”zalegalizowanie” Wspólnoty i założenie konta bankowego, bo czeka nas remont elewacji, do którego może (ale to wątpliwe) dostaniemy jakąś dotację od miasta, a do jakiejkolwiek refundacji potrzebne jest konto na nazwę Wspólnoty.

Ponieważ w takich sprawach moje wiadomości były zerowe, zaczęłam badać ten temat w Internecie, gdzie znalazłam portale dla zarządców nieruchomości, zawierające przydatne porady doświadczonych zarządców i prawników, oraz fora dyskusyjne, na których tacy początkujący jak ja zadawali pytania a ci wtajemniczeni na nie odpowiadali.

Bardzo szybko i łatwo dowiedziałam się wielu istotnych rzeczy, które ukierunkowały moje działania i z pewnością zaoszczędziły mi różnych potencjalnych kłopotów.  Na przykład, od razu się okazało, że wspólnot mieszkaniowych nie tworzy się jakąś uchwałą właścicieli czy innym świadomym aktem, bo taka wspólnota po prostu zaczyna sobie istnieć w prawie w momencie, kiedy zostaje wyodrębniony choć jeden prywatny lokal w budynku mieszkaniowym.  Na dodatek od razu ma obowiązki!  Moim zdaniem, jest to trochę nagłe i niespodziewane, albo przynajmniej dla mnie było, bo kiedy kupowałam mieszkanie w 2003 roku, to nikt nie wspominał o żadnych wspólnotach.  A może w Polsce to wszyscy wiedzą, tylko ja nie wiedziałam, bo w Anglii coś takiego trzeba założyć, żeby zaistniało.  Mało tego, w tenże sposób samorzutnie powstają wspólnoty „duże” i „małe” i ta różnica jest ważna, bo rządzą nimi inne prawa: duże podlegają pod ustawy o własności, a małe pod Kodeks Cywilny.  Nasza jest zdecydowanie mała, bo są tylko trzy lokale, wszystkie własnościowe, a duża zaczyna się chyba powyżej siedmiu.  Te wiadomości były pierwszym stopniem wtajemniczenia.

Następny stopień to obowiązki. Jak zaczęłam się w nich rozczytywać, to najpierw wyglądało na to, że bez wielkiej grzywny się nie obejdzie, bo nasza Wspólnota nie jest zarejestrowana w Urzędzie Statystycznym jako jednostka gospodarcza i wobec tego nie posiada wymaganego prawem numeru REGON.  Na szczęście, po dogłębniejszym przebadaniu tematu okazało się, że REGON należy zdobyć (pod karą w/w grzywny) po 14-tu dniach od uchwalenia wyboru zarządu, więc byliśmy uratowani!  Nasza bardzo stara, ale bardzo nieświadoma Wspólnota nigdy niczego nie uchwaliła, więc mogliśmy zacząć od początku.  Wobec powyższego zajęłam się studiowaniem uchwał.  Portale internetowe były w tym bardzo pomocne, ściągnęłam wzory i uchwaliliśmy co trzeba, więc mogłam zacząć starania o REGON.  Równocześnie poszłam do banku zrobić wywiad w sprawie konta dla Wspólnoty – tam się okazało, że bez NIP-u ani rusz, no więc NIP też trzeba było uzyskać.  Znowu zaczęłam czytać i dowiedziałam się, w jakiej kolejności te sprawy załatwiać: najpierw REGON, potem bank, a na końcu NIP, co było bardzo pomocne, bo mogłam była zacząć od końca i w (prawie) nieskończoność kręcić się w kółko w biurokracji.  W międzyczasie napisałam jeszcze trzy inne uchwały Wspólnoty, które okazały się niezbędne do załatwiania spraw w urzędach, i moi współwłaściciele podpisali je bez szemrania, w nadziei, że wiem, co robię (i wiedziałam!).

Dobra, najpierw REGON.  Weszłam na stronę GUS-u i znalazłam tam adres i stronę najbliższego Urzędu Satystycznego oraz kilka numerów telefonów, każdy do innych spraw, co od razu wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie, bo alternatywa jest taka, że wisisz na telefonie i wysłuchujesz listy opcji aż trafisz, jeżeli masz szczęście, na tę, o którą ci chodzi.  Jeden z numerów był do spraw REGON i bardzo mnie to ucieszyło, ale nadal miałam pewne wątpliwości, czy to zadziała.  Zadzwoniłam na ten numer i, ku mojemu zdziwieniu, zadziałało!!! Bardzo uprzejma pani odebrała mój telefon i dokładnie poinformowała mnie o wszystkich dokumentach wymaganych do uzyskania numeru REGON oraz o spodziewanym przebiegu całego procesu administracyjnego. Byłam zaskoczona i zachwycona taką miłą obsługą, ale nadal, jako smutna pozostałość PRL-owskiego bytu, gdzieś głęboko w mojej świadomości czaił się następujący scenariusz: pozbieram dokumenty, stawię się w Urzędzie, a tam się okaże, że się nie da załatwić sprawy, bo np. niepoprawnie wykreśliłam opcję w skomplikowanym, czterostronnym podaniu, co się okaże niemalże przestępstwem w obliczu prawa, albo nie przyniosłam jakiegoś ważnego dokumentu, o którym pani mnie nie poinformowała, bo każdy obywatel to powinien wiedzieć bez podpowiedzi.   Nic podobnego!  Okazało się, że sprawa przebiegła dokładnie tak, jak mnie ta miła pani poinformowała. I tu lekcja dla mnie: nie powinnam żyć przeszłością, bo w czasie mojej długoletniej nieobecności w kraju dużo się zmieniło.

Podobnie pozytywne doświadczenie spotkało mnie przy załatwianiu w Urzędzie Skarbowym numeru NIP dla naszej Wspólnoty, więc chyba powinnam w końcu wyciągnąć się z mojej socjalistycznej paranoi!

Ciekawe, czy możnaby dochodzić odszkodowania za takie psychiczne upośledzenia.  Lepiej nie, bo państwo poszłoby z torbami!

Dla czytelników, których interesuje ciąg dalszy: zakładanie konta bankowego było OK, więc w końcu dokonałam wszystkich moich zamierzeń w imieniu naszej Wspólnoty.

Tajemniczy dokument

Tajemniczy dokument

Dostałam pismo w ładnej kopercie z kolorowym emblemem ZOM-u i pomyślałam: albo  rachunek albo odnowienie umowy.

Na pismo składały się dwie elegancko i czysto wydrukowane kartki A4 z tym samym logo, zatytułowane „Potwierdzenie salda” Odcinek A i „Potwierdzenie salda” Odcinek B. Oprócz pieczątki na jednej z kartek, na pierwszy rzut oka wygladały identycznie: adres mój i ich a pod nimi tabelka z numerkami, datami i kwotami.  Po słowie „Saldo” domyśliłam się, że to wyciąg z księgi buchalteryjnej i że wobec tego „WN” znaczy „winien” a „MA” to nie jakiś skrót ale po prostu „ma”.

Po dokładnym oglądnięciu obu kartek odkryłam różnice: adresy Nadawcy i Adresata były po odwrotnych stronach, a kwoty należności na Odcinku A były pod „Saldo WN” a na B pod „Saldo MA”.

Nie będąc obeznana z polską księgowością nie mogłam dojść, kto winien a kto ma, ale doszłam do wniosku, że to nieistotne, ponieważ na żadnej z kartek nie było żądania zapłaty ani żadnej innej informacji na temat co z nimi zrobić.  Na wszelki wypadek schowałam ten dokument do mojego skoroszytu z rachunkami.

 

Wystawienie takiego dokumentu z pewnością świadczy o tym, że ZOM szanuje mnie jako klienta i chce mnie informować o moim koncie i bardzo mi z tego powodu miło, bo zauważyłam, że jest wiele firm i instytucji, które wyraźnie mają swoich klientów „gdzieś”.  Jednakże jeżeli już, to możnaby trochę jaśniej, nawet mogłaby być z tego korzyść nie tylko dla mnie, ale i dla ZOM-u, bo wtedy może wystarczyłaby jedna kartka i byłoby taniej.

Historia pewnego „pojazdu” (z dygresjami)

Przeprowadzając się do Polski, wraz z większością mojego i małżonka ruchomego dobytku z prawie 40 lat, załadowałam na ciężarówkę malutką przyczepkę do samochodu, którą kilkanaście lat przedtem kupiłam w sklepie Halfords i która służyła mi w Anglii do wywożenia materiałów recyklingowych i śmieci ogrodowych na miejscowe śmietnisko.  Pomyślałam, że w Polsce też mi się może przydać, najpierw na początku kiedy będę się urządzać, później przy wyprowadzce na czas remontu mieszkania i ponownej wprowadzce, a potem do wywozu śmieci, więc ją zabrałam, mimo, że nie była specjalnie cenna i że przyjaciel w Anglii chciał ją ode mnie odkupić.

Po przyjeździe od razu się okazało, że nie mogę jej używać, bo przyczepka nie jest zarejestrowana jako pojazd drogowy i nie ma dowodu rejestracyjnego.  Tablicę rejestracyjną owszem ma, ale, zgodnie z tamtejszymi przepisami, jest to rejestracja samochodu, którym ją w Anglii woziłam.  OK, pomyślałam, co kraj to obyczaj, zarejestruję jak najszybciej i będę mogła wprowadzić w życie moje plany.

Spodziewając się biurokracji, najpierw poszłam do Urzędu Miejskiego zrobić wywiad na temat wymaganych dokumentów, itp., żeby nie latać tam co chwilę z następnym kwitkiem. W recepcji przy wejściu zaskoczyło mnie miłe przywitanie przez dwóch dobrze poinformowanych młodych mężczyzn, którzy spytali co chcę załatwić i dali wskazówki, jak dotrzeć do właściwego  pokoju.  Zastanowiło mnie, dlaczego, jak usłyszeli, że idę do Wydziału Komunikacji, z dziwnymi minami życzyli mi powodzenia.

Kiedy tam dotarłam, wszystko stało się jasne: Wydział działał w trybie PRL-u, tzn. urzędniczki były opryskliwe i swoim zachowaniem dawały mi do zrozumienia, że przeszkadzam im w pracy.  Natychmiast po wejściu owiał mnie chłodny powiew dobrze znanego mi z lat 60. i 70. stylu obsługi klienta.  W trzech okienkach urzędowały panie i, ku mojemu zdziwieniu, nie było kolejki petentów, więc po ostrożnym rekonesansie podeszłam do jednego z dwóch okienek, które zajmowały się rejestracją pojazdów.  Pani w okienku się oburzyła: proszę poczekać, aż Panią zawołam!

Poczekałam. W końcu druga pani mnie zawołała i poinformowała, że mam zawieźć przyczepę do stacji diagnostycznej na przegląd rejestracyjny, wypełnić podanie o rejestrację, uiścić należną opłatę i stawić się w Wydziale Komunikacji do rejestracji.

Tak też zrobiłam.  Pojechałam do stacji diagnostycznej, tak się złożyło, że w innym mieście niż to, gdzie miała być zarejestrowana.  Panowie oglądali, podziwiali (bo to wywrotka!), trochę się martwili, że nie mam dowodu rejestracyjnego, ale przyjęli moje tłumaczenie, że w Aglii nie trzeba i wystawili dokument, który opisywał przyczepkę, ale nie podawał roku jej produkcji, bo tej informacji na tabliczce identyfikacyjnej przyczepki nie było.  Panowie uspokajali mnie, że Wydział Komunikacji na pewno będzie mógł uzyskać tę informację od producenta w czasie rejestracji.

Dumna z sukcesu i pełna nadziei na pomyślne załatwienie sprawy, przy najbliższej okazji poleciałam do Wydziału Komunikacji w moim mieście, ufając, że sprawę załatwię od ręki.  Wypełniłam podanie, w którym wpisałam orientacyjny rok produkcji (jak się potem okazało, bardzo trafny), załączyłam diagnozę ze stacji diagnostycznej i kwit za uiszczoną wcześniej opłatę i poszłam do okienka.

Wtedy zaczęły się „schody”.  Okazało się, że, po pierwsze, nie jestem uprawniona do rejestracji przyczepki, bo nie mam dowodu, że jest moją własnością, a po drugie, w dokumencie ze stacji diagnostycznej nie jest podany rok produkcji i Wydział nie jest od tego, żeby tej informacji szukać. Tłumaczyłam, że przyczepkę kupiłam po prostu w sklepie, kilkanaście lat temu, paragon już dawno przepadł, rejestracji nie ma, bo w Anglii nie trzeba, a rok produkcji jest mniej więcej taki jak w moim podaniu i nie podano go na tabliczce identyfikacyjnej, bo nie było to wymagane przepisami.

Pani z okienka  stwierdziła, że nie może dalej działać bez instrukcji od zwierzchników, więc wysłała mnie do swojej kierowniczki.

Pani kierowniczka, kiedy się do niej dostałam (najpierw, jak zapukałam i weszłam do jej pokoju, to się okazało, że jest tam inny petent, którego, sądząc po jej reakcji, powinnam była zauważyć przez drewniane drzwi i się nie pchać na chama) była bardzo miła i wyrozumiała.  Powiadomiła mnie, że bardzo chciałaby mi pomóc,  wie, że w Anglii nie trzeba rejestrować takich małych przyczepek i rozumie, że nikt nie przechowuje bez końca paragonów za każdy zakup, ale koniecznie muszę zdobyć dowód posiadania, bo inaczej nie mam szans. A potwierdzenie roku produkcji przez producenta też oczywiście musi być, bo przecież, rzecz jasna, Wydział nie może po prostu przyjąć tego, co napisałam w podaniu (w domyśle: co to w ogóle za pomysł, żeby polegać wyłącznie na podpisanym oświadczeniu petenta).

Wyszłam stamtąd plując sobie w brodę, że jej nie sprzedałam przyjacielowi, poważnie zastanawiając się, czy po prostu nie kupić nowej przyczepki.  Ale nie, nie mogłam się poddać, przecież taki kawał świata ją przetransportowałam i przecież jest moja! Zaczęłam więc działać.  Najpierw dowód własności:  jako bardzo z natury praworządna osoba, nie chciałam robić żadnych przekrętów, więc przez dwa tygodnie rozpatrywałam dostępne mi sposoby udowodnienia własności. Np., czy mogłabym dostać jakieś potwierdzenie ze sklepu, w którym ją kupiłam w 1997 czy 1998 roku? Raczej nie, bo nawet jeżeli Halfords chciałby mi pójść na rękę, to na pewno już nie mieliby takich starych dokumentów, bo ich przechowywanie obowiązuje przez tylko 6 lat. Albo może mogłabym uzyskać oświadczenie od firmy przeprowadzkowej, że tę przyczepkę przywieźli do Polski z moim dobytkiem? Ale to i tak pewnie nie udowodniłoby, że jest moja.  W desperacji zdecydowałam się na coś, czego bym w innych okolicznościach nigdy nie zrobiła: przy najbliższej wizycie w Anglii podpisałam z moim przyjacielem oficjalną umowę, w której on sprzedaje mi tę przyczepkę.  Po powrocie poszłam do biura tłumaczy, gdzie za jedyne 30 zł tłumacz przysięgły umowę przetłumaczył i podstemplował.

Nawiasem mówiąc, powyższe doświadczenie potwierdza prawdę tego, co kilka miesięcy później powiedział mi elektryk, który coś robił w naszym mieszkaniu. Z najlepszych chęci zaproponował mi coś, co było nie całkiem w porządku, więc odmówiłam, tłumacząc, że  nie lubię łamać przepisów.  Wtedy powiedział: Oj, to ciężko Pani będzie w Polsce. Oczywiście, po przejściach z przyczepką, wiedziłam, że ma rację.

Napisałam też do francuskiego producenta przyczepki, po francusku, bo Francuzi tylko swój język uznają (przekonałam się o tym nie raz we Francji: nawet gdy Francuz zna świetnie angielski, którym operujesz, to chętnie pozwoli ci się męczyć Twoją łamaną francuszczyzną).  Wymagało to odrestaurowania mojej znajomości tego języka, która kiedyś była całkiem dobra, ale która przez czterdzieści parę lat zaniedbania niemalże wymarła.  To był zdecydowany plus tej całej historii, bo po pomyślnym uzyskaniu roku produkcji poprzez 6-cio tygodniową wymianę emaili z producentem, miałam satysfakcję dużego osiągnięcia, co jest rzadkością odkąd przeszłam na emeryturę.

Z oboma świeżo zdobytymi dokumentami (dowód własności i potwierdzenie roku produkcji przez producenta) poszłam znowu do Wydziału Komunikacji.  Tam się okazało, że dowód własności jest w porządku, ale nie mogą uznać potwierdzenia roku produkcji przez producenta, bo nie jest on  wpisany do diagnozy ze stacji diagnostycznej, która powinna to zrobć właśnie na podstawie tegoż dokumentu od producenta!  Mam wrócić do stacji diagnostycznej i uzyskać nowy dokument z rokiem produkcji.  Czyli producentowi może wierzyć stacja diagnostyczna, ale nie Wydział Komunikacji – ciekawe, bo jak rejestruje się nowy samochód, to producentowi wierzą.

Będąc osobą cierpliwą i Polką, nauczoną doświadczeniem z czasów Komuny, że należy się spodziewać bezsensownych wymogów ze strony urzędów,  nie powiedziałam nic i wybrałam się znowu do tej stacji diagnostycznej w tym innym mieście, gdzie mi przepisali dokument z uwzględnieniem roku produkcji (ale niechętnie, bo nie przywiozłam im ponownie przyczepki, którą dopiero co oglądali).

Nowy dokument ze stacji diagnostycznej, przetłumaczony dowód własności, kwit za uiszczoną opłatę i moje wypełnione podanie zaniosłam do Wydziału.  Tam mnie spotkała następna niespodzianka: panienka w okienku stwierdziła, że w dokumencie ze stacji diagnostycznej  jest KROPKA po pierwszych trzech cyfrach numeru seryjnego, a że w numerach seryjnych takiej kropki nie powinno być. (Nawiasem mówiąc, ta kropka była na tabliczce identyfikacyjnej przyczepki i w dokumencie od producenta, ale tabliczki panienka nie widziała a w dokumentcie nie zauważyła). Mało tego, w dowodzie własności (umowa sprzedaży) i jego tłumaczeniu są aż DWIE KROPKI, ta właśnie i jeszcze jedna po dwóch następnych cyfrach!   Więc panienka oznajmiła mi, że tego nie może przyjąć, tym bardziej, że na blankiecie dowodu rejestracyjnego żadne takie kropki nie są przewidziane. W tym momencie stanęła mi przed oczyma wizja ponownego wyrabiania wszystkich ciężko zdobytych dokumentów i  ogarnęła mnie dzika chęć zawycia z rozpaczy, ale zdołałam się opanować (i całe szczęście, bo a nuż wycie w miejscu publicznym okazałoby się jakimś karalnym wykroczeniem) i drżącym z emocji głosem usilnie prosiłam panienkę, żeby wpisała numer bez tych nielegalnych kropek.  Na szczęście, po chwili wahania zgodziła się i wpisała.

Tak więc w końcu, po około czterech miesiącach starań w trzech krajach, dostałam tablice rejestracyjne i dowód na moją przyczepkę.  Oczywiście moje urządzanie się i przeprowadzki już w większości minęły, a na śmietnisko i tak nie wpuszczają osób  prywatnych (ale to osobny temat), ale mam legalną przyczepkę!

Rozumiem, że są przepisy, i może nawet większość z nich jest całkiem uzasadniona, ale czy nie  powinny one uwzględnić faktu istnienia Unii Europejskiej i ruchu ludności pomiędzy jej krajami członkowskimi? Polska zachęca polskich emigrantów do powrotu do kraju (widziałam plakat na lotnisku Luton w Anglii, który obiecywał powracającym Polakom 40 000 zł na rozpoczęcie biznesu), ale jak widać powyżej, mogą zaistnieć pewne utrudnienia po powrocie (to moje akurat jest dość trywialne, ale jestem pewna, że jest wiele innych, poważniejszych).  Niektóre przepisy należałoby ujednolicić, np. takie jak te, o których były dyskusje w mediach przed Euro 2012: przepisy ruchu drogowego  dotyczące skręcania w prawo na zielonej strzałce, których różnice mogą niebezpiecznie zmylić kierowców niemieckich.  Wiele innych przepisów możnaby prawdopodobnie opatrzyć opcjami i instrukcjami co do ich stosowania tak, żeby indywidualny urzędnik mógł wybrać opcję odpowiednio do okoliczności. I na pewno żadnym przepisom nie zaszkodziłoby wprowadzenie odrobiny zdrowego rozsądku czy tzw. chłopskiego rozumu!