Życie z Kropką – cz.3.

Kilka dni temu minął miesiąc od nastania Kropki.

Ciekawe, co z tego wyrośnie.  Na razie ostre włosy na pysku coraz bardziej się stroszą, ale te trzy śmiesznie sterczące kłaczki pod dolną szczęką w brodę się jeszcze ani myślą przekształcić.  Nogi i łapy są płowe, obie tylne i jedna przednia prążkowane wzdłuż na czarno, a czarny płaszczyk na grzbiecie robi się bardziej ostrowłosy i na udach tylnich nóg widać fajne loczki, więc może będzie ostrowłosa z kręconą sierścią.  Ma zastraszająco dużo cech niemieckiego jagdteriera, czyli psa do polowań.  Wyglądem całkiem go przypomina, a i charakterem też: jest inteligentna, nieustraszona, ale również krnąbrna i niełatwo nagiąć ją do swojej woli.  Napisałam „zastraszająco”, bo teriery są trudne.

Kropka jest przesłodka i chociaż bardzo się dla niej poświęcam, np. wstając trzy razy w ciągu nocy, żeby mogła się załatwić, pracowicie ucząc czego się da każdego dnia, pomijając własne posiłki, żeby nakarmić na czas, itp., to muszę wyznać, że robię to z poczucia obowiązku, a nie z miłości.  Jest śliczna i milusia, absolutnie nie oddałabym jej nikomu, ale w sercu wiem, że nigdy jej tak nie pokocham jak kochałam mojego wspaniałego, olbrzymiego i nadzwyczaj mądrego labradora z delikatną domieszką collie, z którym przeżyłam 15 radosnych i pełnych szczęścia lat.  Odszedł prawie dwa miesiące temu, ale nadal po nim płaczę i nadal bardzo mi go brak.  Kropka, co prawda, wypełniła moje życie obowiązkami, dopełnianie których pozostawia mi niewiele czasu na rozpamiętywanie, ale przecież to go zastąpić w żaden sposób nie może i żal po nim będzie mi jeszcze długo dokuczał.

Kropka jest teraz w stadium ludzkiego dwulatka, co to już dużo może, ale bardzo niewiele wie.  Potrafi się błyskawicznie przemieszczać o własnych siłach, stawać na nogach i sięgać po wszelkie rzeczy znajdujące się nie wyżej niż około 80 cm od podłogi, co w zupełności wystarcza, żeby narobić sporo szkód. Poniżej zdjęcie oszalałego z głodu zwierza sięgającego na stół do naszych talerzy.   Zaczęła od ściągania moich starych kalendarzyków, których cały zbiór (od 1973 roku) wraz z innymi historycznymi dokumentami znajduje się na dwóch najniższych półkach z książkami w moim gabinecie.  Udało jej się skonsumować okładki zeszycika, w którym za młodu zapisywałam skrzętnie słowa ulubionych piosenek moich ówczesnych idoli takich jak The Beatles, The Rolling Stones, Dusty Springfield, Adriano Celentano czy nawet czasem różnych Engelbertów Humperdincków i im podobnych, którym jedna piosenka się akurat udała, trafiając do mojego młodego i niewinnego serca.  Zapisywanie tekstów było konieczne, ponieważ moja siostra i ja miałyśmy w zwyczaju odtwarzać te utwory na dwa głosy przy ognisku, zwykle na prośbę Taty, który lubił tego słuchać, chociaż my zresztą też kochałyśmy śpiewać.  Ulubionym utworem Taty była „Hrabina z HongKongu” (wedlug nas „Hrabinia z HongKongu”, a po angielsku „This Is My Song”) Petuli Clark, zaczynająca się od słów „Why is my heart so light, why are the stars so bright”.

Po tej krótkiej dygresji wracam do tematu Kropki i jej destrukcyjnych tendencji.  Ta sytuacja zmusiła mnie do budowania lepszych lub gorszych Kropkoodpornych barier , które chociaż częściowo  powstrzymałyby nawałnicę jej niszczycielskich zapędów. W domu się udało z półką na książki, postawiłam zaporę z grubej tektury przy dwóch dolnych półkach regału, przyszpiliłam koszem na śmieci (z pokrywą, rzecz jasna) i demontaż kalendarzyków ustał.  Raz próbowała zerwać tekturę, ale w porę ją powstrzymałam, więc umocnienie działa nadal.  Udało się też z butami w garderobie (czytaj: rupieciarni), bo po prostu przestaliśmy ją tam wpuszczać, ale sytuacja z komódką i toaletką w holu czy stołem jadalnianym w salonie pozostaje nieogarnięta: jedyne co wymyśliłam do tej pory, to umieszczanie rzeczy na środku a nie na brzegach tych mebli.  Starczy to pewnie na jakiś czas …

Na wsi, na naszym mieszkalnym strychu na oborą, problem jest równie trudny, albo i trudniejszy, bo żadnych drzwi do zamykania tam nie ma, oprócz drzwi do łazienki , które muszą być otwarte, żeby ciepło z kozy ją nagrzało.  Kropka szybko się zorientowała, że na moim stołeczku przy łóżku znajdują się niezwykle interesujące rzeczy, więc jednej nocy po kolei zaczęła je sobie przywłaszczać.  Najpierw wychłeptała pół szklanki stojącej tam gazowanej wody, którą miałam na noc i do zażycia porannych leków.  Miałam nadzieje, że na tym poprzestanie, bo poprzedniej nocy też się napiła i przestała, więc usiłowałam zasnąć. Nic z tego!  Po chwili zauważyłam w półśnie jakieś migotanie w jej łóżeczku, i chwilę mi zabrało, zanim zidentyfikowałam źródło – mój telefon, oczywiście.  Zerwałam się na równe nogi i odzyskawszy go, odłożyłam na stół razem z pudełkiem moich leków, które było następne od brzegu, po czym znowu się położyłam w nadziei rychłego zaśnięcia.  W zasadzie mi się udało, posłyszałam jeszcze, jak bierze latarkę, ale nie ratowałam jej, bo doszłam do wniosku, że nie ma dużego ryzyka.  Rano na stołeczku zostało tylko jeszcze pudełko z chusteczkami i budzik, bo leżały najdalej od krawędzi, od której Kropka zaczęła plądrowanie, ale działała systematycznie i chyba się znudziła, zanim do nich dotarła. Rano wstałam z mocnym postanowieniem wystosowania jakiegoś systemu ochronnego, i wymyśliłam: przyniosłam z obory prostokątny metalowy koszyk i zamocowałam go do stołeczka sznurkiem, na krzyż, co nie było łatwym zadaniem, bo Kropkę sznurek okropnie podniecał, targała i wyrywała mi go z rąk, aż w końcu musiałam zamknąć ją w łazience, żeby dokończyć konstrukcję.  Do koszyka powkładałam wszystkie potrzebne mi w nocy i rano przedmioty i się udało: Kropka tylko przez chwilę interesowała się sznurkami, a potem doszła do wniosku, że są łatwiejsze łupy i zaprzestała.

I fakt, znalazła je.  Następnego dnia odkryłam w jej łóżeczku nieco sfatygowane szczątki elektronicznego papierosa mojego męża, który to papieros wraz z pudełkiem i akcesoriami bezkarnie sobie wzięła ze stoliczka przy fotelu, siedząc na którym mąż czyta e-książki w Kindle lub ogląda telewizję.

Walka o dominację przedmiotów codziennego użytku trwa nadal, i jeszcze nie wiadomo, kto wygra, my czy ona.

cdn

Życie z Kropką – cz.1.

Trzeba zacząć pisać memoir o życiu z Kropką.  Decyzję te podjęłam nie bez pewnych oporów, bo wiem jak łatwo zanudzić innych opowiadaniem o tym, co właśnie zawładnęło Twoim życiem, jeżeli oni też przez to akurat nie przechodzą.  Jednak doszłam do wniosku, że skoro nikogo nie zmuszam do czytania, to mogę pisać tak po prostu dla siebie, żeby zapamiętać, a jeśli trafią się równolegle doświadczające osoby, to może powezmą z moich wpisów otuchę, że nie są sami w swoich zmaganiach.

Przy moich poprzednich psach tego nie zrobiłam i bardzo żałuję – tyle wspaniałych chwil zatraconych na zawsze w starczej niepamięci, które teraz może mogłabym przeżyć jeszcze raz.  A było co pamiętać: nastanie wielkiego, krnąbrnego, odważnego i wojowniczego szczeniaka, jego szczenięce ale bardzo skuteczne dewastowanie naszego domu, w tym obgryzanie ścian, przegryzanie kabli elektrycznych, niszczenie butów (oczywiście tylko po jednym z każdej pary) i tym podobne kosztowne, ale jakże słodkie wybryki.  Kiedy dołączyła do niego 2,5-roczna dominująca suka ze schroniska, przestał szaleć i skupił się całkowicie na podporządkowaniu się jej woli, bo na dzień dobry pocięła mu pysk jak żyletką.  Jednak po tym wszystkim bardzo się pokochały, przynajmniej on ją, bo ona sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała się go pozbyć.  Niemniej żyły w zgodzie przez bardzo długie lata i kiedy w 2013 roku ona odeszła tam, gdzie psy odchodzą po śmierci, on bardzo to przeżył i bardzo tęsknił za swoją nieodłączną towarzyszką od 11-tu lat.  Sam odszedł miesiąc temu, w sędziwym wieku 15-tu lat, co na nasze, z poprawkami na rozmiar psa, daje około100 lat.

Zatem będzie o Kropce.  Po spokojnie przespanej pierwszej nocy Kropka obudziła się w piątek zaprzyjaźniona z ze swoim nowym domem i z nami, i przepełniona energią życia, pod którym to delikatnym określeniem rozumiem daleko posunięte ADHD.

Większość dnia upłynęła na wyprowadzaniu Kropki do ogródka co godzinę, żeby się załatwiła, i sowitym chwaleniu za każde przypadkowe nasikanie czy kupkę na zewnątrz. Były przy tym pewne utrudnienia, bo okazało się, że jest na tyle mała, żeby przecisnąć się przez szczeble bramy wiaty czy ogrodzenie tarasu, z których to miejsc mogłaby przedostać się na ulicę, więc wyprowadzałam ją na smyczy i bez zwłoki zajęłam się uszczelnianiem ogrodzenia.  Dość szybko udało mi się ustawić prowizoryczne bariery ze znalezionych w piwnicy materiałów, ale niestety okazały się być nieodporne na wiatr, co moment trzeba było je stawiać na nowo, więc postanowiłam jak najszybciej zakupić siatkę i skonstruować porządne bariery, ale póki co trzeba było sobie jakoś radzić.

W wyniku moich usilnych starań, w drugi dzień pobytu Kropka ani raz nie załatwiła się w domu.  Następnej nocy to owszem, ale trudno, tylu godzin 3-miesięczny szczeniak nie da rady wytrzymać.

Następnego dnia musiałam jechać na wieś do Mamy i oczywiście ją wziąć ze sobą.  Używamy tam jako mieszkania odbudowanego po zawaleniu pod nawałem śniegu strychu w oborze, w której kiedyś na dole trzymało się świnie i kury, a teraz składuje się rowery, meble ogrodowe i wszelkie rupiecie, które jeszcze mogą się kiedyś przydać.. Na strych oczywiście wchodzi się po schodach i stojąc na samym dole, Kropka przeraziła się ich ogromem: każdy stopień był wyższy niż ona sama, a szczyt schodów sięgał prawie do nieba.  Musiałam ją wnieść po tych schodach, ale tam już ciekawość wzięła górę i suczka zaczęła dzielnie zwiedzać nowe miejsce. Przezornie zabrałam z domu poduszkę i zabawkę, z którymi była już zaznajomiona, i jak tylko włożyłam je do wypranego łóżeczka po moim staruszku, Kropka zaakceptowała je jako swoje.  Łóżeczko było około 10 rozmiarów za duże, ale po umieszczeniu w nim poduszki i okoleniu wałkiem z kocyka zrobiło się całkiem przytulne i chętnie w nim leżała i znosiła do niego swoje zabawki oraz inne zdobycze, np. moje kapcie, majtki męża, skarpetki, kawałki drewna i papieru z kosza na rozpałkę do kozy i w ogóle wszystko co udało się jej złapać w zęby.

Gorzej było z czystością, bo w nowym miejscu, do którego przybyła po zaledwie dwóch dniach pobytu u nas, malutka była bardzo zdezorientowana i całą naukę trzeba było zacząć od nowa.  To chyba jest trochę tak, jak uczenie 3 – 4-roletniego dziecka dwóch języków na raz: początkowo spowalnia to rozwój, ale po niedługim czasie dziecko sobie wszystko poukłada i da radę to ogarnąć, a nawet staje się przez to bystrzejsze.

Mam wrażenie, że suka jest pojętna, obserwuje mnie bardzo uważnie i wsłuchuje się w mój głos, ale na razie nie potrafi utrzymać koncentracji przez dłużej niż 10 sekund, co odrobinę utrudnia naukę.  Ja się jednak nie poddaję i cały czas próbuję.

Wzięłam tę młodziutką sunię, bo, po pierwsze, nie mogłam już znieść bólu po utracie mojego poprzedniego przyjaciela, po drugie podbiła ona moje zrozpaczone serce swoją bezradnością i łaknieniem człowieka, a po trzecie, przez te 15 lat odkąd miałam szczenię, zdążyłam zapomnieć jak to jest  z takim małym i ruchliwym stworzeniem w domu.  Niech ten wpis będzie przestrogą dla ludzi dobrego serca, którzy decydują się przygarnąć urocze i słodkie maleństwo: muszą się najpierw zastanowić, czy starczy im energii i cierpliwości, aby znieść co najmniej dwa – trzy miesiące ciężkiej aczkolwiek miłej sercu pracy wychowawczej.  Takie szczenię kocha się od pierwszego wejrzenia, ale trzeba się jeszcze urobić po łokcie zanim z tego będą ludzie.

Kropka – dzień 1

W schronisku nazwano ją Dynia, nawet fajnie, ale  z jakiegoś powodu czułam potrzebę wołania jej po swojemu (pewnie jest na to jakieś uczone wytłumaczenie).  Przez całe czwartkowe popołudnie(dzień, w którym ją przywieźliśmy), odkąd zaistniała w naszym domu, i mąż i ja na wyścigi staraliśmy się znaleźć nowe imię dla tej słodkiej bestii, ale szło powoli, bo nic nie pasowało. Co jedno z nas wymyśliło, drugie natychmiast odrzucało i tak mogłoby jeszcze potrwać przez dłuższy czas, gdybym nagle nie wpadła na imię Kropka, które, według mnie, odzwierciadlało jej maleńkość i czarność, równocześnie spełniając podstawowe wymogi dla psich imion, bo było dwusylabowe i dźwięczne. Mąż też to odczuł i natychmiast się zgodził: imię było trafne i, jak nam się wydawało, nietuzinkowe, chociaż kiedy opowiedział o niej swojej fizjoterapeutce, to się okazało, że ona też miała pieska o takim imieniu. 

W samochodowej podróży z odległego schroniska była spokojna, ale na wszelki wypadek mąż z nią siedział na tylnim siedzeniu i trzymał za smycz, co okazało się całkiem zbędne, bo maleństwo usnęło i obudziło się dopiero po dotarciu na miejsce. Po wysadzeniu z samochodu była przez małą chwilkę zdezorientowana i troszkę przestraszona, ale zaraz potem zaczęła zwiedzać ogródek i najwyraźniej poczuła się w nim dobrze. Stało się oczywiste, że to nie jest bojaźliwy pies, i bardzo mnie to ucieszyło, bo bojaźliwe psy mogą być albo agresywne albo kompletnie skopane psychicznie, tak jak rasowy owczarek niemiecki mojej siostry, który nie wiedział, że jest duży i silny i wobec zagrożenia smyczą lub czymś innym zamarzał i sikał pod siebie. To było dziecko specjalnej troski, od urodzenia bardzo smutny pies, który nie umiał się bawić.  Na szczęście moja nowo nabyta suczka wcale nie wykazywała takich cech, wręcz przeciwnie, reagowała odważnie i otwarcie na ludzi , na smycz i na wszelkie inne dziwactwa napotykane co chwilę na nowej drodze życia.

Natychmiast po przyjeździe okazało się, że jeżeli kiedykolwiek miała dom, to nie nauczyła się w nim czystości i lała jak z cebra, wszędzie i mniej więcej co 15 minut. Robiła to pomimo wyprowadzania co pół godziny do ogródka, ale trudno było mieć o to do niej pretensje, ostatecznie 3-miesięczny szczeniak ma bardzo mały pęcherz i jeszcze słabiutkie mięśnie odpowiedzialne za trzymanie moczu. Wtedy właśnie po raz pierwszy dotarło do mnie, że przez te 15 lat z moim poprzednim psem zdążyłam zapomnieć, jak to jest z takim nowym maluchem w domu.

Nie chcąc zapeszać losu, przed jazdą po nią zupełnie nie przygotowywałam się na jej przyjęcie:  nie kupiłam karmy ani łóżeczka, nie miałam żadnych zabawek, odpowiedniej wielkości misek czy szelek do samochodu, ani szamponu do wykąpania nieładnie pachnącego pieska ze schroniska, mając świadomość, że jeżeli ją dostanę, to wszystko będę mogła kupić po powrocie, chociaż nie liczyłam się z tym, jak kompletnie absorbujące będzie takie nowe stworzenie w domu, wykluczając możliwość jakiegokolwiek wypadu na zakupy.  Na szczęście schronisko dało mi razem z suczką pakiet starterowy: plastikowy pojemnik z paczką suchej karmy, zabawką i kocykiem, który zresztą im zostawiłam, bo przywiozłam własny.  Po południu jeszcze przyszli brat i bratowa w celu poznania Kropki i przynieśli zabawki oraz paczkę „podkładów higienicznych” do przewijania niemowląt, które wypróbowali przy uczeniu ich suki czystości.  Jak już raz pies nasiusia na taki podkład rozłożony na podłodze, to potem tylko tam będzie to robił.

Przyszła pora na karmienie i nasypałam trochę suchej karmy do miseczki, ale od razu stało się jasne, że ta mała czegoś takiego nigdy przedtem nie jadła, bo bardzo ją to rozśmieszyło. Zjadła jednak, bo była głodna, ale raczej jej to nie odpowiadało.  Potem, kierując się wyglądem treści, którą zwróciła pod koniec jazdy ze schroniska oraz poradami bratowej, ugotowałam jej ryż z mięskiem z indyka i jarzynami, a następnego dnia kupiłam mięsne puszki dla szczeniaków.

Ten pierwszy dzień wydał się okropnie długi, równie ekscytujący co męczący dla nas wszystkich, nie opuszczaliśmy jej ani na chwilę, wieczorem więc, w zacisznym kącie w holu, ułożyłam jej kocyk zamiast łóżeczka, wrzuciłam tam jej zabawki i poszliśmy spać.  Noc przebiegła spokojnie, ale rano, co było do przewidzenia, było trochę sprzątania.

cdn

Kropka – dzień 0

Zobaczyłam ją zupełnie przypadkowo na Facebook’u wieczorem we wtorek 7-go listopada, a w czwartek 9-go już zostałam jej właścicielką.  Ona to 3-miesięczna suczka, czarna podpalana, po części ostrowłosa i słodka do bólu.

Mój przyjaciel z 15-toletnim stażem, najradośniejszy pies na świecie a dla mnie również substytut naturalnego potomstwa, odszedł 21-go października, zostawiając po sobie straszliwą pustkę w sercu i wszechobecne widma w otoczeniu:  w każdym kącie mieszkania  - pod biurkiem w moim gabinecie, gdzie obowiązkowo leżał przy moich nogach kiedy tam siedziałam, w kuchni gdzie bardzo umiejętnie przeszkadzał przy gotowaniu, w ogródku gdzie obsesyjnie kopał olbrzymie dziury, zasypując przy tym podłogę wiaty i tworząc na niej wyboiste kopce ziemi;  w samochodzie, którym kiedyś przyjechał z Anglii i którym potem co tydzień jeździł na wieś, przy moim łóżku na wsi i w łazience, gdzie asystował mi przy myciu, czego w mieście nie mógł robić, bo by się nie zmieścił; w tamtejszym sadzie, z którego późnym latem znosił sobie zielone gruszki, każdorazowo obnosząc się z upolowaną zdobyczą zanim ją schrupał na podwórku.

Z niezmiernym bólem po stracie, lecz świadoma faktu, że jedynym lekarstwem na utratę psa jest następny pies, po tygodniu zaczęłam przeczesywać  schroniska w promieniu 50 km, ich strony internetowe oraz ogłoszenia o psach do oddania na OLX, szukając jakiegoś potrzebującego psa, którym mogłabym się zająć bez reszty, a wybór był ogromny, bo niestety nie brak bezdusznych ludzi, którzy albo katują psy albo wyrzucają z samochodu albo przywiązują do drzewa i zostawiają na pastwę losu.  Typowałam i notowałam, ale głęboka depresja nie pozwalała mi podjąć jakiegokolwiek działania; wiele razy mówiłam  „Jutro jadę zobaczyć tego psa”, ale nie mogłam się na to zdobyć.

W końcu, po dwóch tygodniach od śmierci mojego ukochanego psa, wybrałam się z mężem do schroniska, żeby poznać upatrzonego psa, około 6-cioletniego (bo ze względu na nasz wiek wymyśliliśmy, że starszy pies powinien odejść jeszcze przed nami).  Na miejscu pies na nas warczał, nie przymilał się, ale wzięliśmy go na próbny spacer i okazało się, że za nami nie przepada.  Nie chcieliśmy odjeżdżać z pustymi rękami, bo tyle tam było potrzebujących psów, więc wzięliśmy innego na spacer. Nie miał jednej przedniej łapy, co mu i nam zupełnie nie przeszkadzało, był szalenie uczuciowy i milusi, nawet dało się go wsadzić do samochodu, co dla nas ważne, bo co tydzień kursujemy między miastem a wsią, ale niestety okazało się, że nie znosi innych psów, więc zrezygnowaliśmy.

W następnym tygodniu, kiedy mąż przebywał na zagranicznych wojażach, pojechałam do innego, większego schroniska, gdzie przebywał interesujący mnie dorosły pies, ale okazał się być psem podwójnym:  w schronisku zaprzyjaźnił się z innym do tego stopnia, że nie sposób je było rozdzielić, więc jeżeli brać, to oba. Trochę się tego bałam, były bardzo nieufne, a poza tym dwa to stado, którego mogłabym nie opanować, więc po długim namyśle ich nie wzięłam.

W końcu doszłam do wniosku, że dla dwojga starszych i słabnących z dnia na dzień osób najłatwiejszy będzie szczeniak niedużej rasy, bez naleciałości schroniskowych, którego możnaby wychować i ustawić po swojemu.  I wtedy właśnie wieczorem znalazłam ogłoszenie o tej suczce.  Od razu mi się spodobała, więc następnego dnia rano zadzwoniłam do schroniska, opisałam moje warunki mieszkalne, wytłumaczyłam powód chęci do adopcji, i pomocna pani w schronisku zgodziła się zarezerwować ją dla mnie do południa następnego dnia, choć już wtedy na FB dwie inne osoby wyraziły zainteresowanie, ale osobiście się nie zgłosiły.

Tak więc w czwartek9-go listopada zostałam prawowitą właścicielką w/w suczki.  Przy jej odbiorze był moment zwątpienia, bynajmniej nie z mojej strony, ale z powodu dopustu bożego. Zajechaliśmy (ja i mąż) sprawnie pod dość odległe od domu schronisko, gdzie właśnie grupa bardzo młodych osób ustawiała pod bramą przywiezione worki karmy, misie, kocyki, itp., i robiła sobie z nimi zdjęcia pamiątkowe.  Zadzwoniłam do bramy i po chwili nadeszła pani, oznajmiając wszem i wobec, że dzisiaj do schroniska nikogo wpuścić nie może, bo wybuchła epidemia parwowirozy, na dodatek jakiejś tak zmutowanej, że nawet koty się zarażały.  Miny mocno zrzedły i nam i całej reszcie, bo wszyscy przybyliśmy tam z nadzieją w sercach, my na przygarnięcie słodkiego szczeniaczka, a oni na uroczyste przekazanie z poświęceniem uzbieranych w szkole darów wszystkim potrzebującym zwierzakom.  Na szczęście okazało się, że do biura znajdującego się zaraz za bramą nas wpuścili, jako że byliśmy umówieni, i suczkę przynieśli, a grupę młodzieży z darami pochwalili i wystawili szkole należne jej dyplomy.    cdn

Mój pies uratował mnie od stratowania

Nigdy nie chciałam dopuścić do świadomości myśli, co by było gdyby…

W Anglii obowiązuje odwieczne prawo „public right of way”, które pozwala każdemu chętnemu na nieograniczone używanie tzw. publicznych ścieżek, wytyczonych na mapach gminnych i odpowiednio oznakowanych.  Ścieżki te nierzadko prowadzą przez prywatne pola i nawet gospodarskie zagrody, których właściciele zobowiązani są prawem do przepuszczania nimi zupełnie obcych im ludzi o każdej porze dnia i nocy.  Prawo to jest ogólnie znane i często wykorzystywane przez amatorów pieszych wycieczek w wielu pięknych rejonach kraju.

Kiedyś, już po raz kolejny i nie ostatni, wybrałam się z grupą przyjaciół z pracy na wycieczkę pieszą, tym razem po niewysokich i głównie używanych jako pastwiska górkach w krainie Derbyshire.  Wzięłam ze sobą Mamę, która akurat była u mnie w odwiedziny, męża oraz mojego entuzjastycznego, 7-mio miesięcznego psa, złożonego po połowie z rasowego czarnego labradora i wielkiego długowłosego collie. Zakwaterowaliśmy się w pokoju na jakiejś farmie, gdzie następnego dnia mąż poświęcił się robocie, którą przywiózł ze sobą, Mama odpoczywała i zażywała spacerów, a ja i pies poszliśmy na wędrówkę po górkach z moimi współpracownikami.

Pogoda była piękna i w sam raz do spacerowania, ani za ciepło, ani za zimno. Przechodząc  publiczną ścieżką przez pastwisko należące do naszej farmy, na którym pasło się stado młodych byczków, nasza grupka wędrowników napotkała inną taką, idącą w przeciwnym kierunku.  Mijając się, wymieniliśmy grzecznościowe pozdrowienia, a jeden członek tamtej grupy, widząc mojego psa, ostrzegł nas, że byczki reagują negatywnie na psy.  Podziękowaliśmy i poszliśmy na naszą trasę, dłużej nie zastanawiając się nad tym ostrzeżeniem.

Spacerek był bardzo udany, choć nie bez problemów, bo przechodziliśmy przez różne pola przegrodzone ogrodzeniami z typowymi „furtkami”, czyli konstrukcjami z drewnianych pali, które właściwie były drabinami do przekraczania płotu: dwa wysokie stopnie z jednej strony, dwa z drugiej, a równie wysoką żerdź po środku trzeba było zwinnie przebyć , siadając na niej okrakiem.  Trochę czasu upłynęło zanim mój pies, mimo że bardzo pojętny, nauczył się pokonywać te przeszkody, więc przez pierwsze dwie trzeba było go przenosić, a ważył już wtedy dobre 20 kilo.

W drodze powrotnej ponownie musieliśmy przejść przez to pastwisko z byczkami, ogrodzone płotem i dwiema żelaznymi bramami przecinającymi ścieżkę publiczną. Kiedy weszliśmy na pastwisko przez pierwszą bramę,  ja, pomna ostrzeżenia otrzymanego od napotkanej grupy, zdecydowałam, że najlepiej będzie, jeżeli szybko przebiegnę z psem odcinek do następnej bramy, żeby nie denerwować  rogacizny.  Jak się okazało, to był duży błąd. W momencie, kiedy zaczęłam biec, stado młodych byków puściło się w pogoń za mną i psem.  Usłyszałam wołanie mojego szefa i przyjaciela: Zatrzymaj się!  Stanęłam w miejscu i odwróciłam się, razem z psem,  w stronę atakującego stada. Przez krótki moment  wszystko znieruchomiało, stado stanęło jak wryte i patrzyło na mnie około 60 par oczu bez wyrazu, należących do 200 – 300 kilowych bydlaków.  Widok był przerażający!  Pies, widząc to, zaparł się na wszystkie cztery nogi i zaczął głośno szczekać na to wrogie stado, nie bacząc na jego przewagę liczebną, wagową i rozmiarową.  Byki, nieprzygotowane na taki obrót sprawy,  zaczęły się wycofywać, a cała nasza grupa bezpiecznie dotarła do drugiej bramy.

Właściwie to nie wiem, czy to pies czy mój szef uratował sytuację, ale chyba obaj mieli równie ważny udział.

Tajemniczy atak somnambulizmu w moim mieście

W moim ekskluzywnym i kosztownym  mieście, wbrew wszelkim oczekiwaniom,  niedawno otwarto bardzo tanią jadłodajnię z sieci siedmiu, które działają w województwie.  Jest idealna dla studentów, emerytów, chwilowo samotnych tatusiów z dziećmi oraz dla każdego, kto chce po prostu zjeść domowy obiad po bardzo przystępnej cenie, szybko podany  w czystej i przestronnej restauracji,  albo zabrać na wynos do domu . Znam już taką w innym, prowincjonalnym miasteczku (prawdopodobnie pierwszą w tej sieci) i bardzo sobie chwalę jako doskonałe rozwiązanie w sytuacji gdy nie mam czasu lub pomysłu na obiad.  Zawsze są do wyboru co najmniej dwie zupy i dwa drugie dania z dodatkiem różnych surówek, a  oprócz tego codziennie dodatkowo schabowy, filet z kurczaka, naleśniki i pierogi.  Wszystkie dania są pyszne i porcje jak dla głodnego Polaka, sprzedawane głównie w zestawach zupa + drugie za ok. 12 – 14 zł, zależnie od lokalizacji. Oprócz tych dodatkowych, wszystkie są natychmiast dostępne z gorącego bufetu.  Co prawda, trzeba się pogodzić z faktem, że drugie stygnie kiedy jesz zupę, ale trudno, inaczej by to nie funkcjonowało sprawnie, i  niektórzy klienci wobec tego jedzą w odwrotnej kolejności.

W prowincjonalnej  jadłodajni obsługa jest błyskawiczna, dziewczyny w bufecie i kuchni uwijają się jak w ukropie i nikt nie czeka, chyba, że zamówi danie spoza bufetu.  Za to w mojej nowej restauracji dziewczyny poruszają się jak we śnie, mają rozmarzone oczęta i spowolnione ruchy i chwilę to trwa, zanim się zorientują, że ktoś  chce być obsłużony. A jak już zauważą, to też im wolniutko idzie, bo rozglądają się na koleżanki  i na sufit, jakby szukając gdzieś ostatecznego potwierdzenia, że mają wkroczyć do akcji.

A tu następny przykład podpierający moją tezę o somnambulizmie w moim mieście. Parę tygodni  temu  otwarto od dawna wyczekiwany nowy dworzec  (umieszczony w gigantycznym, ale na razie pustym, centrum handlowym) oraz kilka towarzyszących mu sklepów i kawiarni. Weszłam do piekarni gdzie oferują kawę, kanapki, pieczywo i ciasta.  Lokal wyglądał bardzo przyzwoicie, jasno i czysto, na półkach pięknie prezentujące się bagietki i chleby, a w gablocie apetyczne, świeżo przygotowane kanapki, choć wszystko po nieco wygórowanych cenach.  Za ladą cztery młode osoby, trzy dziewczyny i jeden chłopak, w eleganckich granatowych fartuszkach. Wszystko pięknie, ale obsługa wydała mi się jakaś rozkojarzona, powolna i właśnie somnambuliczna.  Kiedy w końcu udało mi się przykuć uwagę dziewczyny stojącej przy kasie, ta się nagle obudziła i wpadła w panikę, że poprzednia klientka opuściła sklep bez zapłacenia  za zakup.  Druga ekspedientka  poleciała na dworzec  za podejrzaną, ale wróciła z niczym.  W międzyczasie ja zwróciłam uwagę kasjerki na monety leżące na kontuarze i okazało się, że to właśnie była zapłata za zakup tej ściganej klientki, tylko kasjerka tego nie zauważyła.

Chciałoby się zapytać, czy w moim mieście, niedostrzeżona przez  SanEpid czy jego dzisiejszy odpowiednik,  zapanowała epidemia  somnambulizmu, chociaż o ile mi wiadomo, nie jest to choroba zakaźna.   Mój mąż jest skłonny  złożyć  takie zachowanie na karb balowania do wczesnych godzin rannych (co zresztą sam też często uskutecznia, więc wie jak jest).   Jedna z naszych młodych przyjaciółek uważa, że to po prostu sprawa popytu i podaży: w moim mieście jest praca, w tym prowincjonalnym nie ma, więc się ją bardziej ceni.   A ja podejrzewam, że mogą to być  niedociągnięcia kierownictwa, które często bywają przyczyną złego funkcjonowania usług:  brak szkolenia, niejasne formułowanie obowiązków pracownika lub oczekiwanego standardu pracy.  Całkiem możliwe, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie, że w tej sieci jadłodajni jest taniej na miejscu niż na wynos, bo za styropianowe pojemniki się płaci.  To chyba coś mówi o cenie robocizny w Polsce:  np. w Anglii, jeżeli jest różnica w cenach, to na wynos jest taniej.

Chorwacja

We wrześniu na parę dni odwiedziliśmy Chorwację, która natychmiast sprawiła mi problem językowy.   Jeżeli ma się na myśli region, to byłam na Chorwacji, a jeżeli państwo, to w Chorwacji, i jak tu wszystkich zadowolić?  Tak samo jest z Ukrainą i Słowacją.   „Na” używa się do regionów i wysp, a „w” do państw, ale co jest poprawne, kiedy i państwo i region mają tę samą nazwę? Zabójczy jest ten polski język!  Odstawiając ten problem na boczny tor, postaram się w poniższym wpisie oddać moje wrażenia z tego wypadu.

Podróż była, delikatnie mówiąc, upierdliwa, bo bezpośrednich lotów do Splitu nie było ani z Gdańska ani z Warszawy ani nawet z Berlina czy Frankfurtu,  więc musieliśmy lecieć przez Londyn, czyli bardzo okrężną drogą. No ale dotarliśmy na miejsce.  Po tylu godzinach spędzonych na lotniskach, w samolotach a potem w autobusie, który dowiózł nas do miasta, pragnęłam tylko kilku zastrzyków nikotyny oraz bardzo zimnego piwa, co, na szczęście,  udało mi się zrealizować w podłej kafejce tuż przy stacji autobusowej.

Tymczasem gospodarz zamówionego wcześniej apartamentu już czekał na miejscu i niecierpliwił się naszym opóżnieniem.  Telefonicznie doradził nam dojście do apartamentu piechotą wzdłuż nabrzeża, bo taksówka i tak dojechałaby tylko na najbliższą przecznicę od naszej ulicy. Nie było daleko i mieliśmy jedynie lekki bagaż podręczny, ale poza płaskim paskiem nabrzeża droga wiodła dość stromo pod górę, więc osoby z większym bagażem miałyby ciężko, i, pomimo, że uprzednio dokładnie przestudiowałam lokalizację na  booking.com, takich wiadomości nie uzyskałam.

Jednak nie mogę narzekać:  długa podróż i, w dużo mniejszym stopniu,  pieszy dostęp do kwatery  były jedynymi  mankamentami  tej wyprawy (to drugie okazało się być dużym problemem dla pary Izraelczyków, którzy dobili do naszej kwatery jednego wieczora wyrażnie w stanie wyczerpania fizycznego i psychicznego).  Wszystko inne było zachwycające! Widoki, jedzenie, klimat, zapachy, morze i bardzo serdeczni tubylcy. Nawet język mi się spodobał, bo nie był aż tak różny od naszego. Niektóre wyrazy były bardzo podobne lub wręcz takie same, np. kontrola, potpis, pivo, a wielu znaczeń można się było domyślić przy odrobinie chęci i wyobrażni, np. ljekarnia – apteka, otkup – skup, pekarna / pekarnica – piekarnia.   Nad innymi trzeba się było dużo bardziej zastanowić, ale we własnym kontekście nabierały oczywistego znaczenia, np. blagalnja w banku to kasa, mesnica jako sklep to sklep mięsny, a namaz na plastikowym pudełku w sklepie spożywczym to smarowidło do chleba.  Spotkałam też słowa rosyjskie, np. czaj – herbata czy bolnica – szpital. A najszybciej nauczyliśmy się wyrazu hvala czyli dziękuję, bo zupełnie jak polskie chwała.

Moim najsilniejszym wrażeniem ze Splitu jednak pozostaną ryby. Każda szanująca się restauracja (a było ich mnóstwo) brała sobie za punkt honoru podawanie najświeższych ryb z porannego połowu.  Wobec tego w ich menu pozycje takie jak filet z dorady, itp., były bardzo nieliczne, natomiast na  samym czele widniały: ryba klasy I, ze świeżego morskiego połowu – 430 kuna za kilogram, ryba klasy II,  świeża ale z hodowli  – 310 kuna (1 kuna to 56 groszy, więc orientacyjnie można było ceny dzielić na pół).  Jeżeli to się zamówiło, to przynosili wielki półmiskek świeżych ryb i kazali sobie wybrać sztukę, a potem ważyli i odpowiednio kasowali.  A nawet jak się zamówiło danie, które opiewało na filet, to dostawało się całą rybę, ale małą.  Podawali je otoczone w pachnące zioła i z grilla, nie elektrycznego, ale prawdziwego z węglem drzewnym i to było niebo w gębie.  Niezdecydowani mogli też zamówić  półmisek ryb na dwoje, co raz uczyniliśmy i bardzo nam smakowało, bo  to był cały okoń morski oraz steki z tuńczyka i dwóch innych, mięsnych ryb w towarzystwie langust i krewetek, które niestety na poniższym zdjęciu nie figurują, bo wcześniej  zdążyłam je skonsumować.  

Po raz pierwszy w życiu jadłam dość płaską i paskudnie wyglądającą rybę z wielką głową i grożnymi kolcami na grzbiecie i płetwach, która po angielsku zwie się John Dory albo Peter’s Fish, a po polsku piotrosz.  Nazwa John Dory była mi znajoma, musiałam się chyba z nią zetknąć w angielskiej literaturze, bo na pewno nie w żadnym supermarkecie, a w Anglii ta ryba była znana i ceniona już w drugiej połowie 19-go wieku.  W Splicie po raz pierwszy spotkałam ją „na żywo”  (no może niekoniecznie na żywo z punktu widzenia tej sztuki, ale w każdym razie oko w oko).  Polecił mi ją kelner, któremu zaznaczyłam, że półtorakilogramowej ryby nie zjem, więc proszę o mniejszą.  Ugrillowana była doskonała, bardzo delikatna, trochę jak sola, ale bardziej mięsista.  Wspaniałość!  Absolutnie nie jestem  zagorzałą miłośniczką ryb (pewnie głównie z powodu ignorancji), zwłaszcza że kilka razy się porządnie rybą zatrułam, ale w Splicie rzuciłam uprzedzenia na wiatr i sobie nie odmawiałam, jadłam je codziennie i nie żałuję. Jeżeli jeszcze raz zdecyduję się wybrać na Chorwację, to powodem będą te ryby.

Nasza kwatera była fajna, kompletnie adekwatnie wyposażony apartamencik (bo malutki) na wysokim parterze pięknego domku, z dostępem na ganek, z którego schodki prowadziły na ulicę. Na ganku stał stoliczek z dwoma krzesłami i tam właśnie jadaliśmy śniadania złożone z miejscowych produktów: wspaniałego chleba, pysznego sera, pomidorów  i suchej kiełbasy w rodzaju salami, które dostępne były w malutkim sklepiku spożywczym położonym  ok. 150 metrów od naszej kwatery.  Do tego jeszcze była miseczka świeżo ususzonych fig, które kupiliśmy na targu – sprzedawano je w torebkach plastikowych ze świeżymi  listkami laurowymi.  Nie miałam pojęcia, że te liście tak pięknie pachną jak są świeże, podejrzewałam, że może to są liście granatów i nawet zerwałam jeden z czyjegoś ogródka, żeby powąchać , ale jednak okazało się, że te nie pachną, więc to jednak liście laurowe.

Targi nas trochę ominęły, albo raczej my je, bo odbywały się rano, a nam, jak zwykle od czasu przejścia na emeryturę, nie udawało się ruszyć z pieleszy przed 12-tą.  Szkoda, bo to, co po nich pozostało wyglądało ciekawie.   Na targu rybnym w południe zostało już tylko jedno stoisko, na które ktoś akurat dowoził przed naszymi oczami skrzynkę świeżych  sardynek, a na targu zielonym było jeszcze kilka niemrawych stoisk z pomidorami, cukiniami i paprykami oraz ze dwa z wędlinami i serami. Nawet coś tam kupiłam, kilka pomidorów na śniadanie, a potem jeszcze jakiś dobry ser i salami, ale po mocno zawyżonych cenach, bo cwaniak sprzedawca zoczył frajera.  Ja często dobrowolnie daję się oszukiwać, bo zważywszy koszty emocjonalne i monetarne, dochodzę do wniosku, że tak będzie najlepiej. Ale nie zrozumcie mnie żle, jeżeli na czymś mi szczególnie zależy albo w rachubę wchodzi zasada, to nie pozwolę nikomu dmuchać w moją kaszę i się postawię!

Nie uda mi się tutaj opisać wszystkich moich wrażeń z Chorwacji, bo musiałabym chyba książkę napisać, więc na zakończenie chyba najstosowniejsza będzie skrócona chronologia. W dzień przylotu dotarliśmy do kwatery około 7-mej wieczorem, po powyżej wspomnianym postoju w kafejce na stacji autobusowej, i natychmiast udałam się do pobliskiego sklepiku w celu zabezpieczenia wiktuałów na śniadanie. Zaraz potem poszliśmy na kolację do najbliższej restauracji pod tytułem Głęboki Cień (tyle, że po chorwacku) i tam zjedliśmy cielęce steki z grilla, bo jeszcze nie ośmieliłam się do ryb.  Następnego dnia, po całkiem miłym śniadanku na ganku wyruszyłam sama na pobliskie wzgórze Marjan, podczas gdy mąż, oderwawszy się w końcu od obsługi swoich gadżetów, poszedł się umyć i ubrać. Po wspinaniu się po naszej uliczce przez tylko 10 minut, w ciągu których doświadczyłam  pięknego, kwiatowo-ziołowego aromatu chorwackich sosen oraz odgłosów tysięcy cykad, dotarłam na (prawie) szczyt i oszołomiły mnie wspaniałe  widoki na port  i miasto, z których żyła usytuowana tam restauracja.  Można jeszcze było iść wyżej, ale nie miałam ani czasu ani sił w tym upale.

Poszliśmy potem do banku w mieście, żeby wymienić pieniądze, bo gdzieś wyczytaliśmy, że na miejscu lepiej niż w obcych krajach.  Potem kupiłam sobie na jakimś  stoisku szal, którego używałam przez cały pobyt, a to jako osłonę przed słońcem czy wieczornym chłodkiem, a to jako spódniczkę przyzwoitkę kiedy byłam w szortach, a to znowu jako wyściółkę na twarde siedzenie na promie.  Odwiedziliśmy też te dwa targi, których już nie było i  zwiedziliśmy pałac, który jakiś wielki władca przygotował dla siebie, ale z którego nigdy nie skorzystał, pałac  już teraz wtopiony w okoliczne budynki , ale nadal imponujący.

Następnego dnia wybraliśmy się promem na najbliższą z tysiąca chorwackich wysp i jedną z pięciu zamieszkałych, Brać (Bracz), do jej głównego miasta Supetar.  Warto było, bo widoki po drodze były zachwycające, a sama wyspa też piękna, z kamienistymi plażami naokoło.  Zjadłszy tam jakiś niespecjalny, ale dobry lekki lunch, udaliśmy się na plażę, bo byłam zdeterminowana umoczyć stopy w Adriatyku.  Jednak stąpanie po kamyczkach bez wodnego obuwia przerosło moje granice bólu (chociaż widziałam, jak dwójka rozbrykanych dzieciaków bawiła się w wodzie bez problemów) i celu dopięłam dopiero powoli przesuwając się na własnym sprzęcie (siedzeniu)  do brzegu oceanu.  Podbudowana tym osiągnięciem wyciągnęłam mojego obolałego (od kręgosłupa) męża na spacer do najbliższego końca wyspy i było pięknie. Wróciliśmy na stały ląd tym samym promem i wtedy właśnie skonsumowałam tego piotrosza na kolację.

W końcu, przewidywalnie,  nadszedł ostatni dzień pobytu.  Samolot mieliśmy póżnym popołudniem, więc jeszcze zdążyliśmy odbyć śniadanko na ganku oraz zjeść pyszny obiad w restauracji:  ja doskonałego okonia morskiego, a mąż befsztyk. Powrotna droga mnie mocno wymęczyła:  dwa loty po dwie i dwie i pół godziny, szwendanie się po lotniskach i brak nikotyny sprawiły, że dotarłam na lotnisko w Gdańsku w bardzo zestresowanym stanie.  Już chyba nigdy nie zdecyduję się na taką długą podróż, chyba, że własnym samochodem gdzie mogę palić i odpoczywać kiedy chcę.

Ale Chorwację polecam bez zastrzeżeń!

Nieproszony gość

Do wczoraj nie miałam pojęcia, że udzielam mu schronienia, chociaż musiał rezydować i tyć na moim wikcie już dobre kilka lat.  Nie zauważyłam go, bo siedział cicho i się nie odzywał, więc odkrycie jego obecności zaskoczyło mnie kompletnie.

Odkrycia dokonała lekarka przy okazji USG jamy brzusznej, zleconego przez lekarkę domową, która chciała się dowiedzieć, jak wyglądają moje nerki i nadnercza.  USG wykazało, że te czują się świetnie a moja trzustka jest po prostu piękna, za to w pęcherzyku żółciowym zalega kamień o średnicy 15 mm, który charakterem przypomina trochę tykającą bombę, bo w każdej chwili może wybuchnąć, np. zatkać przewód żółciowy , powodując ostry stan zapalny, który wymagałby natychmiastowej interwencji na pogotowiu. Lekarka od USG pytała, czy miewałam ostre bóle poniżej mostka lub pod prawym żebrem, ale powiedziałam, że nie, bo nic takiego nie przychodziło mi na myśl. Jednak, po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że może był jeden taki kwalifikujący się epizod, chyba w zeszłym roku, kiedy to natychmiast po zjedzeniu obiadu doznałam ostrego bólu w nadbrzuszu, który utrzymywał się przez około dwie godziny, a potem ustąpił.  Nie przypominam sobie innych takich przypadków, więc chyba było to tylko ten jeden raz.

Naturalnie od razu zrobiłam wywiad na temat w Internecie, który wykazał, że najlepszym rozwiązaniem jest usunięcie całego pęcherzyka, a nie tylko kamienia.  Mogę to zrobić odpłatnie w prywatnej klinice w Warszawie, gdzie czas oczekiwania jest  ok. miesiąca, lub za darmo w Anglii, gdzie mam ubezpieczenie zdrowotne, pozyskane przez wiele lat pracy i płacenia składek, ale nie wiem, jak długo musiałabym czekać na operację – tam też są kolejki, a ponieważ ja na razie nie mam stanu ostrego, to byłabym na szarym końcu.  Istnieje jeszcze jedna opcja: odpłatna operacja w Anglii w prywatnej opiece zdrowotnej BUPA, z której już dwa razy korzystałam w celu wykonania ogólnych badań diagnostycznych, ale to na pewno byłaby najkosztowniejsza opcja.

Z oczywistych względów nie uśmiecha mi się operacja „na ostro”, więc chciałabym profilaktycznie mojego nieproszonego gościa jak najprędzej wyeksmitować, zanim zrobi mi poważny kłopot. Pragnę  poznać Wasze opinie na ten temat i opisy ewentualnych doświadczeń z taką dolegliwością,  bo jestem trochę zagubiona w tym wszystkim.

Wizyta w Paryżu – cz.2

O Paryżu możnaby oczywiście pisać bez końca, ale spróbuję tu zmieścić resztę naszych najważniejszych wrażeń z tych trzech dni pobytu, z których jeden, niedzielę,  spędziliśmy prawie całkowicie pijąc i jedząc w barach i restauracjach, bo lało jak z cebra. Za to połaziliśmy sobie po mieście do woli i w sobotę, kiedy było ciepło i słonecznie, i w poniedziałek, też słoneczny ale zimny z powodu bardzo silnego wiatru.

W sobotę trafiliśmy na dwa małe targowiska żywnościowe, które we Francji są zawsze wyjątkowo piękne i ciekawe: piękne z powodu natchnionej aranżacji barwnych produktów na stoiskach, a ciekawe z powodu różnorodności towaru oraz dobrze poinformowanych, czasem ekscentrycznych, pomocnych sprzedawców, najwyraźniej kochających to co oferują publice.  Pierwsze odkryłam paląc przedśniadaniowego papierosa na balkonie, na placyku tuż przy naszym hotelu, więc tamże udaliśmy się zaraz po śniadaniu. Było tylko 6 czy 8 stoisk, z warzywami i owocami, serami, rybami,   wędlinami i może jeszcze jakieś inne,   ale nie pamiętam, bo natychmiast zaabsorbowały mnie sery i wędliny.  Najpierw obejrzałam sery, które na jednym stoisku wyglądały o wiele bardziej autentycznie niż na drugim.  Ażeby dać sobie czas do namysłu, poszłam potem do wędlin, gdzie od rozmaitości suchych kiełbas w rodzaju salami (saucisson sec) kręciło się w głowie.     Długo myślałam i oglądałam, spróbowałam jednej z osła i była bardzo dobra, ale w końcu kupiłam dwie bardziej tradycyjne, wieprzowe i przepyszne.  Później jeszcze wróciłam na to stoisko i poprosiłam, żeby mi pokrojono po kilka plasterków z każdej, włożyłam je do torebki i podjadaliśmy je przez cały dzień.  Potem udałam się po sery i kupiłam dojrzały kozi w czarnej posypce i jakiś inny, bardzo pachnący i tłusty.  Zjadłabym to wszystko na raz, ale na szczęście rozsądek wziął górę, odnieśliśmy je do hotelu i wyruszyliśmy w Paryż.

Następny rynek był trochę większy i ruchliwszy i najbardziej zaciekawiło mnie jedno stoisko z serami, któremu prezydował chyba ciut podpity właściciel w prawie napoleońskim kapeluszu.   Niektóre sery były imponujących rozmiarów, w życiu nie widziałam tak olbrzymich jak bardzo stary Cantal (dość łagodny, ale szlachetny i doskonały) i trochę młodszy Comte, którego nienapoczętych kół używano jako stołu do krojenia. 

Na inne, bardzo sławne, targowisko natknęliśmy się w poniedziałek, kiedy niestety było nieczynne: Marche des Enfants Rouges (Targ Czerwonych Dzieci) w 3-ciej dzielnicy, Rue de Bretagne.  Jest to najstarszy zadaszony targ w Paryżu, a jego nazwa pochodzi od sierocińca, który znajdował się w pobliżu i w którym dzieci nosiły czerwone mundurki czy może fartuszki. Bardzo żałowałam, że to był poniedziałek – zły dzień dla turystów we Francji, bo wiele interesujących miejsc jest zamknięte, np. wszystkie muzea.   Na dodatek okazało się też, że zamknięta jest piekarnia koło hotelu, której prężne działanie zaobserwowałam z balkonu w niedzielę i w której planowałam w poniedziałek zakupić świeże bagietki do naszych serów i kiełbas, żeby uczynić z nich kanapki na drogę powrotną.

Paryż ma swoistą architekturę, np. te typowe kamienice z balkonami i mansardami  czy te osławione, przepiękne, chyba bardziej fin-de-siecle niż art deco, stacje metra.   Tu nie ma małych budowli, wszystko jest z rozmachem, np. budynek domu towarowego Samaritaine (który stoi pusty, ale jest możliwość, że znowu ożyje)

    czy chyba 40-metrowej wysokości  pomnik na placu Bastille.    

W niedzielę chciałam iść na mszę do Notre Dame, co już raz kiedyś zrobiłam, ale dla pewności w sobotę poszłam sprawdzić, kiedy są msze i jak się tam dostać.  Oczywiście była spora kolejka do wejścia, ale stał przy nim znak, który kierował zwiedzających do wejścia po prawej, a kongregację mszalną do wejścia po lewej, więc większość kolejki szła w prawo.  Kiedy dotarłam tam w niedzielę rano, okazało się, że kolejka miała ok. kilometr długości (nie przesadzam), a znak ktoś odwrócił tyłem, tak, że wszyscy pchali się do wejścia mszalnego po lewej.  W katedrze jest ruch jednokierunkowy i przy wyjściu stał strażnik, ale dlaczego nikogo nie było przy wejściu, zwłaszcza w niedzielę?  Wobec takiego bałaganu zrezygnowałam z walki i ruszyłam w stronę hotelu.  Po drodze napotkałam kościół St. Gervais, w którym właśnie odbywała się msza, więc tam weszłam.  Trochę późno, bo już zbliżało się podniesienie, ale trudno, nie miałam wyboru.  Kościół był, jak wszystko w Paryżu, olbrzymi, i należał do jakiegoś zakonnego bractwa.  Bardzo uroczystą i długą mszę odprawiali bracia zakonni, a towarzyszyły im zakonnice zebrane przed ołtarzem.  Zamiast ławek były drewniane stołki i ludzie nie klękali, bo klęczników nie było, ale we właściwych momentach wstawali.  Msza była piękna, w akompaniamencie chóru zakonnic, ale najbardziej zachwyciło mnie zachowanie wiernych.  Wszyscy bez wyjątku zachowywali się bardzo nabożnie, poruszali się z namaszczeniem i cicho,  w ich postawach widać było ogromny szacunek i nie było wrzeszczących i biegających dzieci.  Dla mnie to było niezwykłe, bo w Anglii, we Włoszech i w Polsce na mszach jest hałas i rozgardiasz i takich rozmodlonych ludzi się nie widuje.

Podczas naszej poniedziałkowej wędrówki trafiliśmy na Pont de L’Archeveche, na którym od wielu lat odwiedzający Paryż wieszają kłódki z różnymi napisami upamiętniającymi ich wizytę.   Ogólny widok jest imponujący, ale zaczyna brakować miejsca do podczepiania kłódek, więc tworzą się z nich zwisające winogrona.   Szkoda, że byliśmy tam tak przelotnie, bo jestem pewna, że niektóre stare kłódki miałyby ciekawą historię do opowiedzenia.

Najzupełniej zgadzam się ze słowami znanej piosenki  „I love Paris in the springtime” – w mieście kwitła już wisteria   i niezwykłe, duże,  niebieskie kwiecie na drzewach, których nazwy niestety nie znam, a po drodze z lotniska Beauvais, ok. 90 km od Paryża, widziałam też pola kwitnącego rzepaku.

Jeszcze na koniec dwie ciekawostki, które zwróciły moją uwagę: artystyczne, trochę art deco,  wszechobecne miejskie kosze na śmieci   oraz apetyczne stoisko z owocami morza przy jakiejś restauracji. 

Wizyta w Paryżu (z dygresjami) – cz.1

Tydzień temu, w poniedziałek w nocy, wróciliśmy z weekendowego wypadu do Paryża, mojego ulubionego europejskiego miasta, w którym bywałam już z mężem wiele razy.  Mąż odwiedzał Paryż od najmłodszych lat dziecięcych, ponieważ tam właśnie mieszkali jego francuscy dziadkowie ze strony matki, ale pierwszy raz byliśmy tam razem w podróży „przedślubnej” w 1971 roku, kiedy to na dwa tygodnie przed wstąpieniem w związek małżeński uciekliśmy tam na tydzień, samolubnie i beztrosko pozostawiając wszelkie przygotowania do wesela, łącznie z listą gości i dopilnowaniem szycia mojej sukni, w rękach mojej Mamy oraz jej najbliższej przyjaciółki, w czym spisały się na medal. Przesunęły też termin ślubu na tydzień wcześniej, bo tak akurat pasowało najbliższej rodzinie z drugiego końca Polski, ale my nie ingerowaliśmy, byliśmy po prostu wdzięczni, że ktoś ma to wszystko pod kontrolą i my nie musimy sobie tym zaprzątać głów bujających w obłokach młodości i miłości.  Może właśnie dlatego nigdy potem nie mogłam zrozumieć dziewczyn, które przez rok przed ślubem pochłonięte były planowaniem wesela w najdrobniejszych nawet  szczegółach,  ale istnieje też możliwość, że wynikało to z mojego kompletnego braku romantyzmu.

Ostatni raz byliśmy w Paryżu ładne parę lat temu, ale, zapewne z powodu starczej demencji, ani mąż ani ja nie możemy sobie przypomnieć, kiedy to było. Mniejsza o to, ważne, że znowu nas tam zagnało i znowu odczuliśmy specyficzny czar tej metropolii.  Mimo wielu zmian i unowocześnień, Paryż to Paryż i nadal zachwyca atmosferą, architekturą i francuskością.

Nasz hotel był ok. 200 m od imponująco masywnego budynku merostwa Paryża,  w bardzo dostojnej  4-tej dzielnicy stanowiącej główną część rejonu Le Marais, obejmującego również partie 3-ciej dzielnicy.  Długo zastanawiałam się nad jego wyborem  (przez sprawdzony portal booking.com),  bo szukałam pokoju z balkonem, na którym mogłbym spokojnie palić.  W końcu trafiłam na Hotel de Nice na Rue de Rivoli, który, co prawda, w opisie zarzekał się, że wszystkie pokoje są dla niepalących, ale miał balkony.  Na miejscu okazało się, że w publicznych pomieszczeniach się nie paliło, ale w pokojach nie było to zabronione.  Dotarliśmy tam późno w piątek, więc przed zamknięciem lokali starczyło czasu jedynie na zaspokojenie pragnienia w jednym z siedmiu okalających hotel barów/bistro.  Pokój był maciupci  ale czysty, okna z podwójnymi szybami, które skutecznie izolowały od hałasu z zewnątrz,  łóżka wygodne, łazienka z dobrym ciśnieniem wody i bez tak częstych we Francji nieprzyjemnych zapachów czy odgłosów.   Na ścianach oraz większych panelach drzwi była niesamowicie kolorowa tapeta, przedstawiająca wielkie papugi na kwitnących gałązkach    – może w domu bym sobie takiej nie sprawiła, ale tu w jakiś sposób nie zgrzytała i pasowała do reszty.  Cały wystrój hotelu był intensywnie kolorowy, np. lustra na schodach zdobione trochę rażącym turkusem, ale w jadalni i holu przed recepcją kolory te pochodziły z przepięknych afgańskich czy perskich dywaników oraz ze stylowo i kolorystycznie z nimi zgodnymi, powłóczystych obrusów.  Wszystkie ściany w jadalni zawieszone były starymi  obrazami w ramach, a jedną prawie całkowicie zajmował wyglądający na oryginał portet eleganckiej kobiety w czarnej sukni, z małym pieskiem i kotem u stóp.  Do tego wszystkiego fantazyjnym ubiorem pasowała Madame, która pojawiła się w recepcji w poniedziałek, w beżowym szyfonowym szalu owiniętym na głowie, z którego na czubku  wystawał kok włosów, i w zwiewnej czarnej bluzce do bladoróżowych pantalonów.

Hotel zwał się Hotel de Nice i polecam go bez zastrzeżeń, nie tylko z powodu lokalizacji czy bogatego francuskiego wystroju z przełomu XIX / XX wieku, ale także z powodu przepysznego, typowo francuskiego śniadania za 8 €, co w porównaniu z 5 – 6 € za kawę w pobliskich barach jest bardzo przyzwoitą ceną.  Podawano kawę i ciepłe mleko, sok pomarańczowy, paczuszki prawdziwego masła i różnych dżemów,  a do tego duży kawałek świeżutkiej i chrupiącej bagietki oraz rozpływającego się w ustach croissanta. W jadalni słyszeliśmy krytyczne głosy angielskich gości,  a to że za mało, a to że bagietka zbyt chrupiąca i zębów szkoda, ale wytłumaczyliśmy je sobie ich nieznajomością francuskich zwyczajów.  Pamiętam, jak za którymś naszym pobytem w Paryżu zamówiliśmy śniadanie do pokoju, ale powiedziano nam, że skończyły się bagietki.  Mąż zrobił awanturę przez telefon, niezbyt gramatyczną francuszczyzną ale z właściwą intonacją, że to skandal, że jak tak można, i za 10 minut dostaliśmy śniadanie z bagietkami, które ktoś z personelu przyniósł z pobliskiej piekarni.  Dowód to niezbity, że francuskie śniadanie to instytucja, no i czy wypada na to narzekać?  Nie wiem jak reagują na nie Niemcy, którzy bez kilku rodzajów wędlin i sera żółtego oraz gotowanych jajek w towarzystwie rozmaitego pieczywa śniadania nie uznają, a Anglicy pewnie oczekiwaliby jajecznicy lub jajek na bekonie i tostów albo ewentualnie (ci bardziej o zdrowie dbający) płatków śniadaniowych z mlekiem i jogurtów, ale uważam, że francuskie śniadanie jest nieodłączną częścią narodowej tradycji i, zwłaszcza kiedy pieczywo jest takie doskonałe, należy to docenić.

Kontynuując temat jedzenia, tym razem jakoś nie trafiliśmy na zjawiskowo dobre potrawy, może dlatego, że jadaliśmy w dzielnicy Marais a nie np. we wcześniej nam znanych i kochanych okolicach Montmartre, a może dlatego, że Paryż się za bardzo skomercjalizował, ale i tak zjadłam pyszne ślimaki, niezwyczajnie przyprawione rozmarynem, dobry pasztet z kaczki z ziołami oraz znakomicie przyprawioną sałatkę z z chrupiącą sałatą Romaine, awokado, kurczakiem z grilla i serem pleśniowym.

I mąż i ja zaobserwowaliśmy wiele zmian od naszego poprzedniego pobytu, np.:

- nowocześniejsze  wagony i perony metro

- brak ofert „vin de table” (najtańsze wino stołowe) i mniejszą ilość tanich zestawów menu w baro-restauracjach

- wprowadzenie w barach, na modłę angielską, Happy Hours, czyli godzin, kiedy wszelkiego rodzaju napoje alkoholowe kosztują mniej niż zwykle

- wszechobecność „service compris”,  czyli napiwku zawartego w cenie serwowanego napoju czy dania

- zwiększoną ilość żebraków (spotykało się ich dosłownie co dwieście metrów) i wykorzystywanie przez nich psów, kotów i małych dzieci do wzbudzenia litości przechodniów.  Byli też inni, młodzi ludzie, niewyglądający na bezdomnych i zaniedbanych, którzy  stawiali przed sobą tabliczkę z napisem „Jestem głodny/a”, jakich przedtem w Paryżu nigdy nie widywałam.

I jeszcze jedno, co nie jest zmianą, a wręcz atawizmem: kawiarniane toalety nad którymi trzeba kucać, bo są po prostu pokrytą ceramiką dziurą w ziemi.

Co do bezdomnych,  to udało mi się poczynić trochę obserwacji, ponieważ, nie chcąc zaśmierdzać pokoju, często wychodziłam na balkon, żeby wypalić papierosa i to właśnie dało mi okazję do uzyskania odrobiny wglądu w ich życie.   Moja działalność przywodziła mi na myśl Georga Orwella, który prawie wiek wcześniej obserwował takich wyrzutków społeczeństwa („Down and Out in Paris” czyli „Na dnie w Paryżu”), jednak jego wyrzutkowie z 1929 1930 roku byli raczej nieporównywalni z moimi, bo z zupełnie innych powodów takimi się stali.  Ci na skwerze pod hotelem byli z nowszej generacji i tworzyli dobrze zorganizowaną grupę. W sobotę o 9-tej rano zauważyłam czterech mężczyzn, siedzących na ławce na końcu skweru.  Każdy miał zarost, czapkę, ciepłą kurtkę i troszkę zdezelowną walizkę na kółkach z całym ziemskim dobytkiem.  Palili papierosy, pili piwo i cydr i zabawiali się rozmową, której oczywiście nie słyszałam.  Wieczorem już ich tam nie było.  W niedzielę rano znowu się tam pojawili z tymi swoimi walizkami, siadając na tej ławce jeden po drugim.  Jeden odszedł na chwilę i powrócił z puszkami piwa i zakorkowanymi butelkami cydru, z których jedną inny z nich przelał do plastikowej zakręcanej butelki.  Drugi w międzyczasie pozbierał niedopałki ze skweru i tytoń z nich zawijał w gazetę, a potem to palili jako papierosy.  Któryś przyniósł radio, przy muzyce z którego tańczyli naokoło ławki, najwyraźniej  ciesząc się życiem.  W poniedziałek rano było zupełnie inaczej.  Spotkali się jak zwykle, ale był jakiś popęd, nikt się nie obijał.  Jeden jeszcze przed 9-tą wziął swą torbę i szybkim krokiem się oddalił, co chyba oznaczało, że poszedł do pracy.  Drugi też odszedł, ale wrócił po chwili z rozpłaszczonym kartonem, z którego, pożyczywszy nóż od kolegi, wyciął zgrabną samostojącą tabliczkę, na której potem coś mozolnie pisał. Później widziałam jednego z nich siedzącego pod murem merostwa.  Miał przed sobą tę tabliczkę, nie przeczytałam jej,  ale można śmiało przyjąć, że widniał na niej powód żebrania.  Nie wiem, gdzie ci ludzie sypiali, ale może w przytułku dla bezdomnych, który znajdował się w pobliżu. Najbardziej w ich zachowaniu zadziwiło mnie to, że śmieci, własne lub leżące w ich pobliżu, skrupulatnie wrzucali do pobliskiego miejskiego kosza  – toć to większa kultura niż np. wśród londyńskich przechodniów, którzy rzucają śmieci wszędzie, dokładnie tak, jak nieświadome ptaszęta odchody.

Tekst się zrobił długi, więc resztę opiszę w następnym odcinku.