Oda Patriotyczna 2017

Polsko, Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;
Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto Cię stracił. Dziś w ciężkich czasach upadek Twój
Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie.*

 

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Racz lud swój ochronić,
Który nad przepaść mroczną zepchnięty już stoi
I ma w Tobie nadzieję, że naród wybronisz
Od władców niecnych co zgnębić go pragną i znów
Pogrążyć w toni mrocznej, z której to przez braci
Prostych wybawion już był. Miej litość nad nami!

 

Przed ołtarzami Twymi kolana zginają
I Polski Cię królową wszędy ogłaszają,
Twojego Syna za króla obrali, Bogiem
Jest przecież, ale inne bóstwo uwielbiają
I comiesięczny hołd w pokorze mu składają.

 

Czy to diabeł wcielony dzisiaj nami rządzi?
Który Boga opiewa, lecz się go nie lęka
I mści się bezlitośnie i umarłych nęka,
I nienawidzi obcych, bo są dziwni jacyś,
A w rodzimym zaścianku niepotrzebni tacy.

 

I strasznych wrogów głosi we wszystkich sąsiadach
I kobiet nie szanuje, bo są przecież niczym
I myśl wolną tłamsi, bo ona go zniweczy
I listy godnych robi, a niegodnych dręczy
I zwalnia takich z posad, by w szkodę nie poszli.

 

Zaprowadza porządek wedle Belzebuba.
Wszelakie dobro niszczy i sieje nienawiść,
By jeden Polak skakał drugiemu do twarzy
By nikt już nie potrafił wybaczać bliźniemu,
Lecz każdy uległ władcy nam panującemu.
„Dziel i rządź”  absolutną jest jego zasadą,
Bo ludu zgodna jedność jest jego zagładą.
Czyż nie wie, że rozpętał w spokojnym narodzie
Emocje faszystowskie, jakich się nie godzi
Prawdziwym chrześcijanom oraz patriotom
Wyznawać, bo do zguby prosto wiodą potem?

 

Czyżby nie cenił ludu, z którego pochodzi
I szlachetnego kraju w którym się urodził?
Patriotą się woła, ale czyny jego
Przy każdym jego kroku dom nasz obrażają.
Jedna trzecia narodu go nam postawiła
A rządzi tak, jakby większość nasza z nim była.
Na wspólników wybierał same orły wielkie:
Niedouczonych posłów i prostaki wszelkie,
Co jemu bezmózgowo z góry przytakują;
Groźnego szaleńca co wraz z ministrów zgrają
Razem Ciebie, Ojczyzno, w świecie ośmieszają.
Obsesją jest wiedziony, dyktator bezwzględny,
Plan jego jest przejrzysty, ale tędy droga
Do zguby zdąża pewniej niźli atak wroga.

 

Już była w kraju szczęśliwa nadzieja, że po
Komunie lepsze będą dzieje: zniszczył on ją
I z nas się obśmiewa, naiwnych ziomków, co to
Totalitaryzm, tuszą, naszą jest przeszłością,
I nie ma o co walczyć, cieszmy się młodością
I pierwszą miłością, a resztę niech czart weźmie.
Tak myślą ludzie młodzi, co życia chcą zaznać.
Nie dla nich polityka, co to ich obchodzi,
Lecz gdy później ich dzieci o wolność poproszą,
To zadziwią się bardzo, że gdzieś im umknęła.
Naprawioną historią karmione przez szkoły,
Nie spostrzegą prawdy i nie będą świadome,
Kto je tak urządził, czy że w ogóle były
Urządzone. Jednak prawda zwycięży, może
Nie od razu, ale kiedyś musi – rozumu
Obrazy pominąć się nie da, i Boga nie.

 

Polsko, Ojczyzno moja, Ty która przetrwałaś
Po trzykroć już grabieże zaborczych rozbiorów,
Czy i ten rozbiór przetrwasz, co naród podzielił?
Bądź silna i rozsądna, niech się nikt nie sprzecza,
By bies ten nie zawrócił nas do średniowiecza.

 

*Mam nadzieję, że Wieszcz mi wybaczy wszystkie zapożyczenia oraz rażące braki w kunszcie, ale czułam, że sprawa wymaga poważnego wehikułu.

Wspomnienia w formie listy lubię / nie lubię

Niniejszy wpis to ukłon w stronę mojej najbliższej genealogicznie (ale nie geograficznie) Cioci, siostry Taty i jednej z moich najwierniejszych czytelniczek.  Ostatnio, rozmawiając z nią przez telefon (co się zdarza mniej więcej raz na rok, bo czasem widujemy się na Skypie, jak akurat jestem u Mamy), dowiedziałam się, że, choć znamy się sześćdziesiąt dwa lata, Ciocia dopiero poznaje mnie naprawdę przez mój blog.  I nic w tym dziwnego, mieszkamy na różnych końcach Polski i w związku z tym dość rzadko mamy okazję widywać się, a jak już, to na krótko.

Temat wpisu nasunął mi się, bo właśnie obcięłam paznokcie u nóg, co bynajmniej nie należy do moich ulubionych zajęć, i postanowiłam zrobić listę takich rzeczy, a dla równowagi również tych, które lubię.

Lubię:

- jeść, bo to jest jedna z niewielu stałych i zawsze dostępnych przyjemności w życiu, przynajmniej w krajach zamożnych, gdzie miałam szczęście się urodzić i żyć.  Zawsze miałam bardzo wyostrzony sens węchu i smaku, które, wbrew popularnym wierzeniom, nie stępiły się zanadto z powodu palenia papierosów.  Jedzenie jest dla mnie ważne, a mój metabolizm szczęśliwym trafem pozwala mi na objadanie się bez tycia.

- spać, bo zazwyczaj mam fajne i kolorowe sny, które czasami udaje mi się zapamiętać. Pracuję nad tym zapamiętywaniem od lat, i najlepiej mi to wychodzi kiedy budzę się powoli i jeszcze na chwilę udaje mi powstrzymać całkowite przebudzenie i powrócić do tego snu. Oprócz tych przyjemnych miewam też męczące i stresujące sny, ale trochę rzadziej. Właśnie taki jest sen, który powtarza się w różnych postaciach ( a czasami też dokładnie we wcześniej prześnionej wersji) i jest zawsze o tym, że w jakiś sposób zawiodłam w pracy, a raczej w jednej jej części, którą było prowadzenie szkoleń dla dorosłych. Na przykład, śni mi się, że zaglądam do terminarza i ze zgrozą odkrywam, że poprzedniego dnia miałam mieć szkolenie i nie stawiłam się, bo zupełnie mi wyleciało z głowy, albo że po przybyciu do odległego miasta w celu poprowadzenia tygodniowego kursu okazuje się, że wszystkie przygotowane materiały dla uczestników oraz moje plany i notatki zostawiłam w domu, więc prowadzę kurs bez nich, obserwując rosnące niezadowolenie słuchaczy, albo że przyjeżdżam na kurs spóźniona o dwie godziny z powodu niemożności znalezienia parkingu w obcym mieście i znajduję pustą salę, itp., itp.  Nic choćby trochę podobnego nigdy  mi się w rzeczywistości nie przytrafiło, bo jestem bardzo obowiązkową perfekcjonistką, więc,  nawet bez pomocy psychologa,  mogę się domyślić co te sny oznaczają.  Mimo tego, nadal lubię spać!  A raz, jako licealistce przygotowującej się do matury, przyśniło mi się rozwiązanie zadania z matematyki, nad którym ja i siostra mordowałyśmy się bezskutecznie w ciagu poprzedniego dnia.

- gotować, bo to mnie odstresowuje i pozwala mi się wyżyć twórczo – oczywiście tylko kiedy mam do tego tzw.melodię, co się zdarza kilka razy na tydzień, nie zawsze wtedy, kiedy powinnam ugotować codzienny obiad (na szczęście, na brak melodii są restauracje i dania na wynos, a poza tym, skoro nie mam dzieci, a mój mąż jest dorosły i może w razie czego sobie sam poradzić, nie muszę się za to bić po głowie). Przy pewnych potrawach ścisłe trzymanie się przepisu jest jak najbardziej wskazane, np. przy pieczeniu chleba czy ciasta drożdżowego, ale w większości wypadków wczytuję się w różne przepisy, a potem idę do kuchni i robię po swojemu, korzystając z wiadomości zdobytych przy tym czytaniu. Zazwyczaj te eksperymenty wychodzą całkiem dobrze, ale nie zawsze; np. pamiętam taką nadziewaną pieczeń, która zupełnie nie wyszła, bo nadzienie napuchło, rozwaliło zaszyte mięso i na stół podałam zaproszonym gościom brytfannę z wielką górą poszatkowanego mięsa, które może i było smaczne, ale nie przypominało żadnej rozpoznawalnej potrawy.  Teraz już wiem, że niektóre nadzienia puchną, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam.

- czytać długie powieści, bo jak coś mi się spodoba, to chciałabym, żeby trwało wiecznie.  Ostatnio taką była trylogia Larssena „Millenium”,  wcześniej trylogia Sapkowskigo o wiedźminie, a jeszcze wcześniej Sienkiewicz, Dumas i P.G.Woodhouse. Nie jestem znawczynią literatury pięknej, ale wiem co lubię, np. nieudolne tłumaczenia z obcych języków okropnie mnie denerwują i nie jestem w stanie ich czytać. To jest wyczuwalne nawet, jeżeli się nie zna języka oryginału, a jak się zna, to podchodzi się do tego jeszcze bardziej krytycznie, bo w oczy rzucają się wyraźnie niewłaściwe tłumaczenia.  Zawód tłumacza literatury pięknej jest, moim zdaniem, o wiele trudniejszy i bardziej wymagający niż samo pisanie: nie tylko trzeba doskonale znać oba języki i umieć pisać, ale też trzeba umieć wczuć się w styl oryginalnego autora i oddać to wiernie w tłumaczeniu.  Według mnie zdecydowanie osiągnęła to znakomicie  Irena Tuwim, tłumacząc „Kubusia Puchatka” – znam oryginał i tłumaczenie, i uważam, że oba są doskonałe. Inny pozytywny przykład to Ludwik Jerzy Kern, tłumaczący swojego ulubionego poetę (niestety chyba nie pamiętam w tej chwili dokładnie jego nazwiska – może Ogden Nash?).

- programować bazy danych, bo tam zawsze wiadomo, że jeżeli coś nie działa, to dlatego, że nie napisałam odpowiednich instrukcji, a nie że ktoś mnie nie lubi czy akurat ma zły dzień.  Zawsze wolałam samotną pracę na komputerze niż pracę z ludźmi, chociaż wykonywałam obie, i to nawet z pewnym powodzeniem.  Prawdopodobnie takie preferencje wywodzą się z mojej wrodzonej nieśmiałości, którą zawsze umiałam swobodnie przełamać w sytuacjach zawodowych, ale nie w prywatnych, bo w nich nie miałam podparcia, jakim jest wiedza czy wyszkolenie.

 

Nie lubię:

- obcinania paznokci – te u rąk trzymam w ryzach przy pomocy pilnika, bo to mogę robić prawie niezauważalnie dla siebie, np. oglądając telewizję lub czytając, ale u nóg i nożyczkami to już się tak nie da. Wobec tego posuwam się do tego kroku dopiero jak buty się robią za małe, chyba mam to po Tacie.

- wizyt u fryzjera, bo nidgdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie. To, po części, na pewno  jest pozostałością z mojego, skądinnąd bardzo szczęśliwego, dzieciństwa.  Mam, też zresztą  po Tacie, bardzo cieniutkie i słabiutkie włosy, i jako dziecko marzyłam o pięknych, długich tresach, ale moje słabo rosły , a jak już robiły się dłuższe, to wyglądały rozpaczliwie (nawet jeden przyjaciel w szkole podstawowej nazywał mnie i siostrę, która była w podobnym predykamencie, chochołami).  Wobec tego Mama od czasu do czasu wysyłała nas do fryzjera, żeby obciąć na krótko, co zazwyczaj wychodziło niepięknie, bo kto by się tam przejmował fryzurą 10-cio letniej klientki. Ale i w wieku dorosłym takie wizyty często dawały całkiem niezadowalające rezultaty, np. chciałam włosy skrócić o 2 cm, a obcinali 5, albo kiedy do ślubu chciałam gładki kok, fryzjerka zrobiła mi wysoki tapir, który akurat był modny, pomimo moich napominań w trakcie, które spowodowały tylko, że był w końcu może o jedną trzecią niższy niż jej się widziało. Kiedy wróciłam od fryzjera do domu, Tato stwierdził, bardzo trzeźwo i słusznie, że fryzurę mam straszną (ale może nie powinien był mi tego mówić akurat w tym momencie) , ale się nie załamałam, wpięło się kilka gerber i było dobrze.  Zresztą nie o to chodziło, chcieliśmy zostać malżeństwem, a już takie detale jak fryzura czy nawet lista gości weselnych (ustalona zresztą przez moją rodzinę, bez naszego udziału) nas specjanie nie obchodziła.  Byliśmy po prostu wdzięczni, że rodzina wszystko za nas załatwiła, podczas gdy my beztrosko bujaliśmy się w Paryżu.

- suszenia włosów, używania odkurzacza i prasowania. Te trzy różne zajęcia dzielą ze sobą parę cech.  Suszarka i odkurzacz hałasują i są gorące, prasowanie i suszenie włosów są gorące i mi nie wychodzą, a odkurzanie i prasowanie są nudne, gorące i męczące.

Nawiasem mówiąc, miałam pewien problem gramatyczny z powyższą częścią tego wpisu.  Zaczęłam pisać listę  „Nie lubię:” od „obcinać paznokcie” i zaraz ogarnęły mnie wątpliwości. Czy to nie powinno być „Nie lubię obcinać paznokci”?  Pierwsza wersja jest według mnie poprawna, bo nie lubię kogo czego, ale obcinać kogo co, za to z drugą spotykam się częściej. Pogłowiłam się jeszcze chwilę i w końcu napisałam „obcinania paznokci” (czyli nie lubię kogo czego i obcinania kogo czego, wszystko gra) i w ten sposób obeszłam problem.  Takie rozwiązanie przez bardzo wiele lat służyło mi w angielskim, więc dlaczego nie miałoby teraz działać tak samo dobrze i w polskim? Ale przy najbliższej okazji spróbuję znaleźć odpowiedź, bo nie lubię takich rzeczy nie wiedzieć (tu bez wątpienia poprawnie!).

Emerytura – i co dalej?

Ojej, jestem emerytką!

Zawsze się bałam emerytury i unikałam myślenia o momencie, kiedy na nią przejdę, a tym bardziej snucia jakichkolwiek planów na czas, kiedy już nie będę pracować zawodowo.  Rozmowy na ten temat z mężem, który mnie od dobrych kilku lat namawiał do podjęcia tego kroku, kończyły się zawsze moim „no, może, ale jeszcze nie teraz” i jedyne co ustaliliśmy przed faktem to to, że na emeryturę wrócimy do Polski.  Może trzeba było coś konkretnego zaplanować, ale, m.in., powstrzymywała mnie od tego zasada, chyba nie całkiem rozsądna, że najpierw dożyjmy, a potem będziemy się zastanawiać!

Jestem pracoholiczką (a moja siostra wręcz twierdzi, że jestem hiperaktywna). Praca zawodowa zawsze była dla mnie bardzo ważna, a przez ostanie 10 lat pochłaniała mnie prawie bez reszty, z weekendami łącznie, co było rezultatem nie tylko pracoholizmu, ale również nad-obowązkowości i perfekcjonizmu (a może te cechy są właśnie częścią pracoholizmu?). Pracując, miałam zawsze poczucie, że jestem potrzebna, że robię coś co daje dotykalne rezultaty (których brak był głównym powodem mojej rezygnacji we wczesnych latach 70. z dobrze zapowiadającej się kariery akademickiej) a mi zadowolenie z dobrej roboty. Takie odczucia pewnie działają jak narkotyk, im więcej się go bierze, tym bardziej jest potrzebny.  Psycholog, po przeczytaniu tych wynurzeń, miałby pewnie dokładny obraz mojej psychiki (też kiedyś chciałam być psychologiem i lekarzem, ale poszłam na łatwiznę: anglistyka).

Po półtora roku na emeryturze doszłam do wniosku, że pracoholikom emerytura szkodzi.  Nie od razu stało się to oczywiste.  Przez pierwsze kilka miesięcy dalej pracowałam, mniej więcej trzy dni w tygodniu, żeby skończyć wprowadzanie nowego systemu bazy danych w firmie, kóry planowo miał wejść w użytek 6 miesięcy przed moim odejściem z pracy, ale który, z powodu niesummienności dostawcy miał duży „poślizg” (i zresztą nadal mam z nim trochę zajęcia, bo ciągle nie jest w porządku i chyba będziemy musieli w końcu zagrozić dostawcy sądem, żeby dojść tego, co nam obiecali).  Potem na jakiś czas zajęła mnie logistyka repatriacji: sprzedaż domu i kupno małego mieszkanka w zamian; pozbywanie się rzeczy, które nie przydałyby się nam ani w Polsce (gdzie mamy małe mieszkanie w centrum miasta z maciupeńkim ogródkiem) ani w jednopokojowym mieszkanku w Londynie, w tym sprzedaż dwóch samochodów z kierownicami po prawej stronie;  zorganizowanie międzynarodowej przeprowadzki całego naszego dobytku oraz dwóch dużych psów do Polski oraz równoczesnej, mniejszej, przeprowadzki do londyńskiego lokum; przeprowadzenie z dawna planowanego remontu kapitalnego mieszkania docelowego w mieście i konieczne z tego powodu wyniesienie się na wieś do pokoju na strychu nad oborą, czyli znowu przeprowadzka plus wywóz mebli do przechowalni, a pięć miesięcy później to samo w drugą stronę, itp.

Mimo tych rozmaitych zajęć, szybko ogarnęło mnie przygnębienie i apatia, nie mówiąc już o różnych dolegliwościach, które zaczęły się pojawiać, jedna po drugiej, zaraz po przeprowadzce z Anglii: to kręgosłup szyjny, to zawroty głowy, to nawroty dawnego syndromu rozdrażnionego jelita, to jakieś paskudne przeziębienie.  Pracując, chorowałam bardzo rzadko, a nawet jak miałam jakąś grypę, to siadałam do komputera i maili jak tylko ustąpiła wysoka gorączka.  Może działo się tak dlatego, że miałam teraz czas na lekarzy (z szyją kłopoty miałam już od wielu lat), albo dopadały mnie obce wirusy, a może kompletna zmiana trybu życia, diety i pór posiłków też miały na to jakiś wpływ.

Przygnębienie i apatia się pogłębiały, pomimo tego, że od lat biorę leki antydepresyjne.  Zaczęły się problemy ze spaniem, a rano nie chciało mi się wstawać, bo po co? A jak już wstałam, to siedziałam w piżamie i bezmyślnie zwiedzałam Internet. Cieszył mnie fakt, że jestem blisko rodziny, to duży plus, i ciągle krążyłam pomiędzy moim mieszkaniem i miejscem pobytu Mamy i siostry, ale to nie zmieniało mojego stanu psychicznego.

Cały czas byłam świadoma, że muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale, jak to bywa w depresji (bo mam to przećwiczone), świadomość to jedno, a zdolność działania to zupełnie inna sprawa: trzeba się najpierw w jakiś sposób wyciągnąć z „dołka”. Zmusiłam się w końcu do zajęcia się urzędowymi sprawami naszej małej wspólnoty mieszkaniowej i to trochę pomogło.  Potem zaczęłama pisać blogi, polski i angielski, co daje mi pewną satysfakcję, bo lubię pisać, i za punkt honoru wzięłam sobie doszlifowanie obu języków.  To już jest jakieś wyzwanie i przygnębienie zaczęło ustępować, ale jeżeli nie znajdę sobie czegoś porządnego do roboty, to będzie źle.  Możeby odnowić znajomości z uniwersytetu?  Odnawianie (i utrzymywanie) znajomości to moja najsłabsza strona, ale może mi się uda?

Najbardziej uderzającą i, dla mnie, niespodziewaną zmianą w mojej psychice po przejściu na emeryturę była kompletna utrata wiary w swoje możliwości i, co za tym idzie, pewności siebie.  Zupełnie mnie to sparaliżowało i odebrało chęć podejmowania jaichkolwiek zadań.  Doszło nawet do tego, że utraciłam wiarę w moją zdolność prowadzenia samochodu.  W Anglii jeździłam bez stresu czy problemów przez 35 lat, w każdy dzień pracy w Londynie oraz często na dalszych trasach, a tu nagle zaczęłam się bać do tego stopnia, że wolałam pokonywać różne utrudnienia, byle tylko nie siadać za kierownicę (kultura jazdy w Polsce pozostawia wiele do życzenia, ale nie to było powodem).  Ale może nie powinno mnie to tak dziwić: pracując, codziennie byłam zapewniana o mojej wartości i chwalona za osiągnięcia, bo codziennie dokonywałam czegoś ważnego dla firmy albo przynajmniej skutecznie pomagałam innym czegoś dokonać, a tu nagle koniec! Niczego nie osiągam (no, może, smaczny obiad, ale to robiłam i pracując, bo traktowałam gotowanie jako odskok od stresu pracy),  i, oprócz rodziny, która zawsze tak uważała, nikt nie uważa, że jestem wspaniała i niezastąpiona, nikt nie potrzebuje moich porad czy polega na moim sporym talencie do negocjacji lub do rozwiązywania problemów .

Panuje powszechne przekonanie, że jeden z plusów emerytury to możliwość całkowitego poświęcenia się swojemu hobby.  Zgadzam się, to może zdawać egzamin, jeżeli masz hobby, które zajmuje dużo czasu i jest intelektualnym albo sprawnościowym wyzwaniem. Moje hobby to ogrodnictwo, które w Polsce można uprawiać właściwie tylko wiosną lub w lecie, a poza tym to nie jest takie wymagające.  Jestem też kolekcjonerką naczyń szklanych, kafelków i piór wiecznych, ale te też nie są sposobem na życie. Można się również zainteresować portalami społecznymi, ale to nie zastąpi pracy.

Nie chcę narzekać, ale czegoś mi brak!

Konie (i krowy)

Na rok 2013 kupiłam sobie kalendarz ścienny z pięknymi zdjęciami koni.  To dla mnie nowość, bo od lat miałam albo czarne labradory albo malarstwo (impresjoniści, Vetriano, ew. plakaty, np. Muchy).  Kocham konie, mimo, że nie jeżdżę konno (może raz siedziałam na koniu jako małe dziecko), ale jest w nich coś czarownego i urzekającego.  Te tajemnicze, wielkie, często zatrwożone oczy; olbrzymie i pięknie umięśnione ciało, z którego emanuje potężna siła fizyczna; długie, zgrabne nogi; imponujące grzywy i ogony, i uszy, których mowa jest znana tylko wtajemniczonym.

Dlaczego kocham konie? Nie wiem, miałam z nimi styczność (choć rzadką) od bardzo młodego wieku, ale może głównie przyczyniła się do tego powieść „Gulliver’s Travels”,  jednego z moich ulubinych autorów,  Jonathana Swifta, w której konie są istotami rozumnymi. Jonathan Swift był niezwykle mądrym człowiekiem; o ile się nie mylę, to właśnie on napisał bardzo trafną listę zachowań, których pragnął się wystrzegać w starszym wieku.

Niedawno, jadąc samochodem, ujrzałam piękny widok na pastwisku, na którym był siwy koń i krowa: krowa lizała konia po szyi, a koń sprawiał wrażenie, jakby mu się to podobało!

Krowy też uwielbiam, bo mają jeszcze większe oczy i, sądząc z moich obserwacji, filozoficzne podejście do życia.  Jeżeli po śmierci powraca się na ten świat w innej postaci, to chciałabym powrócić jako krowa (ale mleczna, nie mięsna!).