Życie z Kropką – cz.3.

Kilka dni temu minął miesiąc od nastania Kropki.

Ciekawe, co z tego wyrośnie.  Na razie ostre włosy na pysku coraz bardziej się stroszą, ale te trzy śmiesznie sterczące kłaczki pod dolną szczęką w brodę się jeszcze ani myślą przekształcić.  Nogi i łapy są płowe, obie tylne i jedna przednia prążkowane wzdłuż na czarno, a czarny płaszczyk na grzbiecie robi się bardziej ostrowłosy i na udach tylnich nóg widać fajne loczki, więc może będzie ostrowłosa z kręconą sierścią.  Ma zastraszająco dużo cech niemieckiego jagdteriera, czyli psa do polowań.  Wyglądem całkiem go przypomina, a i charakterem też: jest inteligentna, nieustraszona, ale również krnąbrna i niełatwo nagiąć ją do swojej woli.  Napisałam „zastraszająco”, bo teriery są trudne.

Kropka jest przesłodka i chociaż bardzo się dla niej poświęcam, np. wstając trzy razy w ciągu nocy, żeby mogła się załatwić, pracowicie ucząc czego się da każdego dnia, pomijając własne posiłki, żeby nakarmić na czas, itp., to muszę wyznać, że robię to z poczucia obowiązku, a nie z miłości.  Jest śliczna i milusia, absolutnie nie oddałabym jej nikomu, ale w sercu wiem, że nigdy jej tak nie pokocham jak kochałam mojego wspaniałego, olbrzymiego i nadzwyczaj mądrego labradora z delikatną domieszką collie, z którym przeżyłam 15 radosnych i pełnych szczęścia lat.  Odszedł prawie dwa miesiące temu, ale nadal po nim płaczę i nadal bardzo mi go brak.  Kropka, co prawda, wypełniła moje życie obowiązkami, dopełnianie których pozostawia mi niewiele czasu na rozpamiętywanie, ale przecież to go zastąpić w żaden sposób nie może i żal po nim będzie mi jeszcze długo dokuczał.

Kropka jest teraz w stadium ludzkiego dwulatka, co to już dużo może, ale bardzo niewiele wie.  Potrafi się błyskawicznie przemieszczać o własnych siłach, stawać na nogach i sięgać po wszelkie rzeczy znajdujące się nie wyżej niż około 80 cm od podłogi, co w zupełności wystarcza, żeby narobić sporo szkód. Poniżej zdjęcie oszalałego z głodu zwierza sięgającego na stół do naszych talerzy.   Zaczęła od ściągania moich starych kalendarzyków, których cały zbiór (od 1973 roku) wraz z innymi historycznymi dokumentami znajduje się na dwóch najniższych półkach z książkami w moim gabinecie.  Udało jej się skonsumować okładki zeszycika, w którym za młodu zapisywałam skrzętnie słowa ulubionych piosenek moich ówczesnych idoli takich jak The Beatles, The Rolling Stones, Dusty Springfield, Adriano Celentano czy nawet czasem różnych Engelbertów Humperdincków i im podobnych, którym jedna piosenka się akurat udała, trafiając do mojego młodego i niewinnego serca.  Zapisywanie tekstów było konieczne, ponieważ moja siostra i ja miałyśmy w zwyczaju odtwarzać te utwory na dwa głosy przy ognisku, zwykle na prośbę Taty, który lubił tego słuchać, chociaż my zresztą też kochałyśmy śpiewać.  Ulubionym utworem Taty była „Hrabina z HongKongu” (wedlug nas „Hrabinia z HongKongu”, a po angielsku „This Is My Song”) Petuli Clark, zaczynająca się od słów „Why is my heart so light, why are the stars so bright”.

Po tej krótkiej dygresji wracam do tematu Kropki i jej destrukcyjnych tendencji.  Ta sytuacja zmusiła mnie do budowania lepszych lub gorszych Kropkoodpornych barier , które chociaż częściowo  powstrzymałyby nawałnicę jej niszczycielskich zapędów. W domu się udało z półką na książki, postawiłam zaporę z grubej tektury przy dwóch dolnych półkach regału, przyszpiliłam koszem na śmieci (z pokrywą, rzecz jasna) i demontaż kalendarzyków ustał.  Raz próbowała zerwać tekturę, ale w porę ją powstrzymałam, więc umocnienie działa nadal.  Udało się też z butami w garderobie (czytaj: rupieciarni), bo po prostu przestaliśmy ją tam wpuszczać, ale sytuacja z komódką i toaletką w holu czy stołem jadalnianym w salonie pozostaje nieogarnięta: jedyne co wymyśliłam do tej pory, to umieszczanie rzeczy na środku a nie na brzegach tych mebli.  Starczy to pewnie na jakiś czas …

Na wsi, na naszym mieszkalnym strychu na oborą, problem jest równie trudny, albo i trudniejszy, bo żadnych drzwi do zamykania tam nie ma, oprócz drzwi do łazienki , które muszą być otwarte, żeby ciepło z kozy ją nagrzało.  Kropka szybko się zorientowała, że na moim stołeczku przy łóżku znajdują się niezwykle interesujące rzeczy, więc jednej nocy po kolei zaczęła je sobie przywłaszczać.  Najpierw wychłeptała pół szklanki stojącej tam gazowanej wody, którą miałam na noc i do zażycia porannych leków.  Miałam nadzieje, że na tym poprzestanie, bo poprzedniej nocy też się napiła i przestała, więc usiłowałam zasnąć. Nic z tego!  Po chwili zauważyłam w półśnie jakieś migotanie w jej łóżeczku, i chwilę mi zabrało, zanim zidentyfikowałam źródło – mój telefon, oczywiście.  Zerwałam się na równe nogi i odzyskawszy go, odłożyłam na stół razem z pudełkiem moich leków, które było następne od brzegu, po czym znowu się położyłam w nadziei rychłego zaśnięcia.  W zasadzie mi się udało, posłyszałam jeszcze, jak bierze latarkę, ale nie ratowałam jej, bo doszłam do wniosku, że nie ma dużego ryzyka.  Rano na stołeczku zostało tylko jeszcze pudełko z chusteczkami i budzik, bo leżały najdalej od krawędzi, od której Kropka zaczęła plądrowanie, ale działała systematycznie i chyba się znudziła, zanim do nich dotarła. Rano wstałam z mocnym postanowieniem wystosowania jakiegoś systemu ochronnego, i wymyśliłam: przyniosłam z obory prostokątny metalowy koszyk i zamocowałam go do stołeczka sznurkiem, na krzyż, co nie było łatwym zadaniem, bo Kropkę sznurek okropnie podniecał, targała i wyrywała mi go z rąk, aż w końcu musiałam zamknąć ją w łazience, żeby dokończyć konstrukcję.  Do koszyka powkładałam wszystkie potrzebne mi w nocy i rano przedmioty i się udało: Kropka tylko przez chwilę interesowała się sznurkami, a potem doszła do wniosku, że są łatwiejsze łupy i zaprzestała.

I fakt, znalazła je.  Następnego dnia odkryłam w jej łóżeczku nieco sfatygowane szczątki elektronicznego papierosa mojego męża, który to papieros wraz z pudełkiem i akcesoriami bezkarnie sobie wzięła ze stoliczka przy fotelu, siedząc na którym mąż czyta e-książki w Kindle lub ogląda telewizję.

Walka o dominację przedmiotów codziennego użytku trwa nadal, i jeszcze nie wiadomo, kto wygra, my czy ona.

cdn

Życie z Kropką – cz.2.

Niedawno minął drugi, dla starszej osoby dość wyczerpujący, tydzień z Kropką.  Jest zwierzątkiem niewielkich rozmiarów, coś jak duży kot na wyższych nogach, ale energii ma tyle, co cały zastęp początkujących harcerzy, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie.  Bez cienia lęku usiłuje podbić otaczający ją nowy świat, uwielbia zabawy i przygody, wszystko ją okropnie ciekawi, ale koncentrację ma wyjątkowo krótką, góra 20 sekund, co sprawia, że każdy nowy bodziec zaraz ją nudzi i odczuwa potrzebę zajęcia się czymś innym.  Tych bodźców staram się jej dostarczać jak najwięcej, ale po prostu nie nadążam za jej niespożytym głodem wrażeń.

Jeden mój pomysł na zajęcie Kropki sprawdził się w 100%, przynosząc nam godziny ulgi od jej nadaktywności.  Pomyślałam sobie, że gdyby miała coś interesująco pachnącego i za dużego do zjedzenia, to miałaby zajęcie na dłuższy czas, i z tą myślą udałam się do pobliskiego sklepiku zoologicznego.  Jedyną dostępną rzeczą odpowiadającą mojej koncepcji okazała się być suszona tchawica wołowa, około 4 cm średnicy i 40 cm długości, więc ją zakupiłam za jedne 5 zł i bezzwłocznie przedstawiłam Kropce.  Ach, co to było za podniecające wydarzenie!  Rzuciłam to na podłogę, Kropka zbliżyła się jedynie na odległość półtora metra i zaczęła to groźnie obszczekiwać.  Najwyraźniej bała się tego – może dlatego, że wyglądało to trochę jak wąż, który prawdopodobnie jest zakodowany w genach mniejszych zwierząt jako śmiertelne zagrożenie.  Dopiero kiedy ja podeszłam do „węża” i go dotknęłam bez uszczerbku na zdrowiu, Kropka nabrała śmiałości i zbliżyła się, obwąchując z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, bo przecież nie wiadomo, co takiemu wężowi może przyjść do głowy.

Potem już było z górki. Kropka zawładnęła „wężem”, zaczęła go żuć i natychmiast stał się jej najcenniejszym skarbem. Po godzinnych zmaganiach z nową atrakcją, kiedy już się tym porządnie zmęczyła, zaczęła szukać miejsca, w którym dałoby się to schować na zaś.  Stawała przed drzwiami do ogrodu z tchawicą w pysku,  piszczała z podniecenia i domagała się wypuszczenia do ogródka, a potem gdzieś to tak sprytnie chowała, że nie mogłam tego znaleźć, pomimo, że ogródek jest wielkości chusteczki do nosa.  Ona czasami też nie mogła, ale po jakimś czasie jednak odnajdywała swój skarb i z wielką dumą przynosiła do domu.

Następnie zaczęła go zakopywać w domu – w swoim łóżeczku, pod poduszką na kanapie i w rogu kanapy pod podarowanym jej moim sweterkiem.   Porządnie to robiła, zagarniając jakikolwiek dostępny materiał nosem na skarb, ubijając na kupkę, a potem sprawdzając, czy nic nie wystaje.  W ciągu jednego dnia potrafiła trzy razy zmieniać kryjówkę na inną, która pewnie w tym momencie wydała się jej bezpieczniejsza.  Tchawica robiła się coraz krótsza, bo od czasu do czasu ją wygrzebywała i zawzięcie żuła, ale zawsze potem chowała ją na nowo.  Jej zachowanie tłumaczę sobie naturalną u wielu zwierząt potrzebą zapewnienia sobie pożywienia na później, bo inaczej zagrzebywałaby też inne zabawki.

cdn

Życie z Kropką – cz.1.

Trzeba zacząć pisać memoir o życiu z Kropką.  Decyzję te podjęłam nie bez pewnych oporów, bo wiem jak łatwo zanudzić innych opowiadaniem o tym, co właśnie zawładnęło Twoim życiem, jeżeli oni też przez to akurat nie przechodzą.  Jednak doszłam do wniosku, że skoro nikogo nie zmuszam do czytania, to mogę pisać tak po prostu dla siebie, żeby zapamiętać, a jeśli trafią się równolegle doświadczające osoby, to może powezmą z moich wpisów otuchę, że nie są sami w swoich zmaganiach.

Przy moich poprzednich psach tego nie zrobiłam i bardzo żałuję – tyle wspaniałych chwil zatraconych na zawsze w starczej niepamięci, które teraz może mogłabym przeżyć jeszcze raz.  A było co pamiętać: nastanie wielkiego, krnąbrnego, odważnego i wojowniczego szczeniaka, jego szczenięce ale bardzo skuteczne dewastowanie naszego domu, w tym obgryzanie ścian, przegryzanie kabli elektrycznych, niszczenie butów (oczywiście tylko po jednym z każdej pary) i tym podobne kosztowne, ale jakże słodkie wybryki.  Kiedy dołączyła do niego 2,5-roczna dominująca suka ze schroniska, przestał szaleć i skupił się całkowicie na podporządkowaniu się jej woli, bo na dzień dobry pocięła mu pysk jak żyletką.  Jednak po tym wszystkim bardzo się pokochały, przynajmniej on ją, bo ona sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała się go pozbyć.  Niemniej żyły w zgodzie przez bardzo długie lata i kiedy w 2013 roku ona odeszła tam, gdzie psy odchodzą po śmierci, on bardzo to przeżył i bardzo tęsknił za swoją nieodłączną towarzyszką od 11-tu lat.  Sam odszedł miesiąc temu, w sędziwym wieku 15-tu lat, co na nasze, z poprawkami na rozmiar psa, daje około100 lat.

Zatem będzie o Kropce.  Po spokojnie przespanej pierwszej nocy Kropka obudziła się w piątek zaprzyjaźniona z ze swoim nowym domem i z nami, i przepełniona energią życia, pod którym to delikatnym określeniem rozumiem daleko posunięte ADHD.

Większość dnia upłynęła na wyprowadzaniu Kropki do ogródka co godzinę, żeby się załatwiła, i sowitym chwaleniu za każde przypadkowe nasikanie czy kupkę na zewnątrz. Były przy tym pewne utrudnienia, bo okazało się, że jest na tyle mała, żeby przecisnąć się przez szczeble bramy wiaty czy ogrodzenie tarasu, z których to miejsc mogłaby przedostać się na ulicę, więc wyprowadzałam ją na smyczy i bez zwłoki zajęłam się uszczelnianiem ogrodzenia.  Dość szybko udało mi się ustawić prowizoryczne bariery ze znalezionych w piwnicy materiałów, ale niestety okazały się być nieodporne na wiatr, co moment trzeba było je stawiać na nowo, więc postanowiłam jak najszybciej zakupić siatkę i skonstruować porządne bariery, ale póki co trzeba było sobie jakoś radzić.

W wyniku moich usilnych starań, w drugi dzień pobytu Kropka ani raz nie załatwiła się w domu.  Następnej nocy to owszem, ale trudno, tylu godzin 3-miesięczny szczeniak nie da rady wytrzymać.

Następnego dnia musiałam jechać na wieś do Mamy i oczywiście ją wziąć ze sobą.  Używamy tam jako mieszkania odbudowanego po zawaleniu pod nawałem śniegu strychu w oborze, w której kiedyś na dole trzymało się świnie i kury, a teraz składuje się rowery, meble ogrodowe i wszelkie rupiecie, które jeszcze mogą się kiedyś przydać.. Na strych oczywiście wchodzi się po schodach i stojąc na samym dole, Kropka przeraziła się ich ogromem: każdy stopień był wyższy niż ona sama, a szczyt schodów sięgał prawie do nieba.  Musiałam ją wnieść po tych schodach, ale tam już ciekawość wzięła górę i suczka zaczęła dzielnie zwiedzać nowe miejsce. Przezornie zabrałam z domu poduszkę i zabawkę, z którymi była już zaznajomiona, i jak tylko włożyłam je do wypranego łóżeczka po moim staruszku, Kropka zaakceptowała je jako swoje.  Łóżeczko było około 10 rozmiarów za duże, ale po umieszczeniu w nim poduszki i okoleniu wałkiem z kocyka zrobiło się całkiem przytulne i chętnie w nim leżała i znosiła do niego swoje zabawki oraz inne zdobycze, np. moje kapcie, majtki męża, skarpetki, kawałki drewna i papieru z kosza na rozpałkę do kozy i w ogóle wszystko co udało się jej złapać w zęby.

Gorzej było z czystością, bo w nowym miejscu, do którego przybyła po zaledwie dwóch dniach pobytu u nas, malutka była bardzo zdezorientowana i całą naukę trzeba było zacząć od nowa.  To chyba jest trochę tak, jak uczenie 3 – 4-roletniego dziecka dwóch języków na raz: początkowo spowalnia to rozwój, ale po niedługim czasie dziecko sobie wszystko poukłada i da radę to ogarnąć, a nawet staje się przez to bystrzejsze.

Mam wrażenie, że suka jest pojętna, obserwuje mnie bardzo uważnie i wsłuchuje się w mój głos, ale na razie nie potrafi utrzymać koncentracji przez dłużej niż 10 sekund, co odrobinę utrudnia naukę.  Ja się jednak nie poddaję i cały czas próbuję.

Wzięłam tę młodziutką sunię, bo, po pierwsze, nie mogłam już znieść bólu po utracie mojego poprzedniego przyjaciela, po drugie podbiła ona moje zrozpaczone serce swoją bezradnością i łaknieniem człowieka, a po trzecie, przez te 15 lat odkąd miałam szczenię, zdążyłam zapomnieć jak to jest  z takim małym i ruchliwym stworzeniem w domu.  Niech ten wpis będzie przestrogą dla ludzi dobrego serca, którzy decydują się przygarnąć urocze i słodkie maleństwo: muszą się najpierw zastanowić, czy starczy im energii i cierpliwości, aby znieść co najmniej dwa – trzy miesiące ciężkiej aczkolwiek miłej sercu pracy wychowawczej.  Takie szczenię kocha się od pierwszego wejrzenia, ale trzeba się jeszcze urobić po łokcie zanim z tego będą ludzie.

Krótka notka o pisarzach skandynawskich

Pod choinkę dostałam w prezencie od męża kupon książkowy empiku, więc czym prędzej tam pobiegłam i nabyłam worek książek. Ponieważ pisarze skandynawscy są mi właściwie nieznani (oprócz, oczywiście, Stiega Larssona!) , znalazły się między nimi dwie napisane przez  szwedzkich autorów.

Na pierwszej się trochę zawiodłam, bo pisarstwo nietęgie, a i tłumaczenie mnie drażniło. Była to powieść sensacyjna Roberta Kviby’ego pod tytułem “Skorumpowani”.  Zaczęłam ją czytać w samolocie do Londynu podczas mojej niedawnej tam wizyty i już na początku miałam pewne wątpliwości, ale pomyślałam, że po prostu muszę się dalej wczytać i będzie dobrze. Niestety, nie było.  Po pierwsze, gubiłam się często w odnośnikach do postaci:  w dialogach było łatwo, bo wiadomo, raz ten, raz tamten, ale w opisach rozmów i akcji kilka razy zupełnie nie mogłam dojść, który „on” co zrobił lub powiedział.  Czasem w rozszyfrowaniu tego pomagała płeć postaci, ale nawet na tym nie można było polegać, bo raz mężczyzna „odpowiedziała”.

Po drugie, co najgorsze, postaci wydały mi się takie jakieś dwuwymiarowe, w zasadzie tylko fasady, a nie ludzie, których mogłabym ujrzeć oczyma wyobraźni.  Możliwe, że właśnie dlatego postać męża bohaterki, Maxa Landera, była dla mnie  kompletnie nieprzekonywująca, chociaż podejrzewam, że to raczej jej koncepcja nie całkiem się kupy trzymała.

Szwedzkiego nie znam, ale (po trzecie) odniosłam wrażenie, że tłumaczenie nie było doskonałe.  W wielu momentach trafiałam na słowo, które mi zupełnie nie pasowało do kontekstu, a czasem również któreś zdanie wydało mi się  dziwnie skonstruowane.  Parę razy też miałam silne odczucie, że wyrażenie, które w języku szwedzkim jest prawdopodobnie idiomem zostało przetłumaczone dosłownie.

Ciekawi mnie, czy ktoś z Was czytał tę książkę i jaką o niej ma opinię, wiec proszę, napiszcie.

Mój ogródek – aktualizacja

O moim pierwszym po powrocie z emigracji, i długo wyczekiwanym, ogródku pisałam 26-go maja, kiedy miał zaledwie miesiąc (nie mam pojęcia, jak się dodaje odnośnik do powiązanych wpisów, więc piszę „na piechotę”).  A tak właśnie wygląda on w wieku trzech miesięcy:

Nie można tego jeszcze nazwać dojrzałym ogrodem, bo np., nawłocie wysokością niemalże dorównują jabłonce, floksy są trzy razy wyższe niż czarny bez, a niektóre róże na tarasie niższe od miniaturowych iglaków, ale zdecydowanie idzie na lepsze.  Rośliny, które udało mi się przesadzić z tymczasowego ogródka w malarskich wannach są, oczywiście, już całkiem dorosłe, jak np. różowe lilie azjatyckie płożące się dzwoneczki czy jeżówka.  Musiałam w tych wannach mieć jakąś bardzo marną ziemię (podejrzewam, że za kwaśną), bo wszystkie przesadzone rośliny o wiele lepiej się mają na nowych grządkach.

Z nowo zakupionych roślin hortensje są najpokaźniejsze. Ta poniżej tworzy wielkie kwiatostany złożone z drobniutkich kwiatuszków, ale mam jeszcze trzy inne, widoczne na pierwszym zdjęciu.  Ta niebieska to odmiana typu macrophylla, która będzie wymagała ochrony na zimę, ale pozostałe mają wytrrzymywać temperatury do -30 C.

Róże, posadzone na tarasie jesienią, są jeszcze słabiutkie, a dwie sztuki odmiany Casanova nie przetrzymały zimy.  Najmocniejsze są Queen Elizabeth (klasyczna różowa) oraz Peace, żółta, przebarwiająca się na różowo. Mam też Westerland, której pierwszy kwiat otworzył się w dniu narodzin pierwszego dziecka w rodzinie od 30-tu lat,  pierwszego prawnuczątka, córeczki mojego bratanka, więc nazwałam tę różę jej imieniem (poniżej). Róża Folklore, w której pokładam wielkie nadzieje, jest na razie odrobinę rachityczna.  Był tylko jeden kwiat, mogły być dwa, ale mój pies jeden złamał, denerwując się na kota w sąsiednim ogrodzie, co wymagało energicznych podskoków w tym właśnie miejscu.

No i sprawiłam sobie tę ławeczkę, z której mogę sycić się widokiem ogródka do woli.

Nareszcie mam ogródek!

Jestem niewymownie szczęśliwa – po niemal trzech latach od przeprowadzki z Anglii nareszcie mam urządzony ogródek! Jest jeszcze bardzo młody, więc na pełen efekt trzeba będzie poczekać, ale póki co ożywiłam go letnimi sadzonkami i też jest pięknie. Jak tylko spojrzę przez drzwi na taras, robi mi się ciepło koło serca i uśmiecham się. Niestety, z mojego gabinetu nie widzę tego, ale i tak jest dobrze. Planuję postawić w nim ławeczkę w strategicznym punkcie, z którego będę miała widok na całość.   

W ogrodnictwie zakochałam się w 1976 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom na obczyźnie, w Walii,  z  małym, ale zgrabnym ogródkiem, choć troszkę zarośniętym (czytaj: trawa do kolan, a chwasty do pół uda). Było to nie lada wyzwanie.  Co prawda, w szkole interesowałam się botaniką i oznaczaniem roślin, ale nie miałam żadnego doświadczenia w zakładaniu ogrodów ani hodowaniu roślin, ale się tym zupełnie nie przejęłam i postanowiłam szybko dokształcić się w temacie. Zaczęłam od systematycznego studiowania katalogów roślin ogrodowych, które to katalogi można było uzyskać za darmo od  hodowców.  Stały się dla mnie kopalnią wiadomości na temat przydatności i wymagań roślin ogrodowych.  Kupiłam sobie też taniutką broszurkę dla początkujących ogrodników, która zawierała absolutnie podstawowe wiadomości o rodzajach ziemi, sadzeniu, pielęgnacji i szkodnikach.  Tak uzbrojona założyłam swój pierwszy ogródek, a były w nim i groszki pachnące i kwitnące zimozielone krzewy i poziomki i cukinie.

Doświadczenie zdobyte w tym pierwszym ogródku wykorzystałam potem w trzech następnych, nadal ucząc się z wszelkich dostępnych źródeł, głównie telewizyjnych programów ogrodniczych, których w Anglii nie brakowało. Mój ostatni ogród w Anglii był dość duży i składał się z rozległego trawnika,  skalniaka, kilku grządek kwiatowych, dwóch warzywnych, oczka wodnego z nenufarami i roślinami brzegowymi oraz sporej ilości donic i wiszących koszyków do letnich nasadzeń. Była w nim też stara śliwa a la renkloda, zdziczała czereśnia oraz młoda czereśnia, jabłonka i białe i czerwone porzeczki, które sama posadziłam. Czereśni nigdy nie udało się zebrać, bo zjadały je stada szpaków zanim jeszcze dojrzały i w żaden sposób nie dało się ich odstraszyć.  Ze starej śliwy zawsze można było coś zebrać, bo starczało tego i dla nas i dla ptaków i dla os, więc robiłam przepyszne dżemy. Z jabłkami było gorzej: kilka jabłek udało nam się co roku zebrać, były chrupkie, słodkie i soczyste, ale jednego roku wszystkie zniknęły dzień przed planowanym zbiorem – tu musiały zawinić  albo wiewiórki albo złodzieje. Z porzeczkami bywało różnie, czasem udawało mi się je na czas ochronić siatką, a czasem wielkie leśne gołębie pożerały wszystko zanim się zorientowałam.

Był też mniejszy ogródek przed domem, od strony ulicy, w którym miałam ozdobne drzewko na środku podwyższonej, owalnej grządki i kwitnące krzewy oraz byliny na kilku grządkach. Naokoło wejścia do domu powojniki otaczały ganek pnąc się do słońca i całość wyglądała urokliwie.

To był mój najlepszy i ukochany ogród, miałam go przez 14 lat i chyba tego najbardziej mi było żal, kiedy wyjeżdżałam z Anglii. Według popularnego powiedzonka z moich szkolnych czasów „Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr”, ale chyba jednak opiszę go kiedyś.  Nota bene, zdjęcie w nagłówku jest właśnie z tamtego ogrodu.

A teraz mam ten świeżo założony, maciupci, miejski ogródek – tamten w Anglii miał co najmniej 1000 m2, a ten, wliczając taras, ma 76, czyli nawet nie jedną dziesiątą.

Na początku był tu trawnik z piwoniami, grządka kwiatowa przed tarasem z kilkoma różami, niezapominajkami i tulipanami i druga wzdłuż granicy sąsiedniej parceli, z niesfornym żywopłotem z samosiejek.  Na wąskiej grządce na tarasie był zasadzony żywopłot, którego jedyną zaletą była zieleń przez cały sezon.

Jak to często bywa w miejskich ogródkach, nie ma w moim nadmiaru słońca. Zimą prawie wcale nie ma, bo słońce stoi nisko i nie ma szans wyjrzeć zza domu, ale w lecie każdy kącik dostaje trochę słońca, te najciemniejsze po 2 – 3 godziny dziennie, a najjaśniejsze nawet do 6 godzin.  Według ekspertów od ogrodnictwa, to jest, odpowiednio, cień i półcień. Dodać do tego psa, który  zamaszyście i bardzo skutecznie rozdrapuje ziemię przy każdej wizycie i jest problem – jak tu założyć ogródek, który miałby szanse na przetrwanie?

W planowaniu trawnik od razu odpadł, z oczywistych powodów, ale chciałam mieć krzewy, małe drzewka i grządki z kwiatami. Myślałam nad tym bardzo długo i w końcu wymyśliłam: ogródek będzie kamienny, z podwyższonymi grządkami dla mnie, na które niewchodzenia psa można łatwo nauczyć, i specjalnym miejscem dla załatwiania psich potrzeb. I tak powstał mój nowy ogródek. Rozrysowałam plany, wynajęłam brygadę budowniczą, która, pod moim ścisłym nadzorem, te plany (nie bez pewnych oporów) realizowała.  W ten sposób powstały dwie wysokie, owalne grządki, jedna półowalna i jedna prostokątna oraz ścieżki z płytek otoczonych kamykami. Głównym materiałem budowlanym był przepiękny granit w kolorach białozłotych, zbudowano również za tarasem piaskownicę dla psa. Tak dokonała się architektura mojego ogródka.

Potem to już była tylko kwestia nasadzeń.  Architektura była twarda, więc rośliny musiały ją złagodzić i rozmazać granice, żeby ogródek nie wyglądał jak kamienna pustynia. Poza tym wymarzyłam sobie aspekty użytkowności, takie jak mało znane owoce.   Zgodnie z planem, nad którym pracowałam ze dwa lata, tymczasowo sadząc moje ulubine rośliny w pojemnikach,  posadziłam  w moim nowym ogródku krzewy i małe drzewka, które nadadzą mu kształt i permanencję: różowo kwitnący migdałowiec centralnie na dużej owalnej grządce; po jednej, pieczołowicie wybranej,  hortensji na każdej grządce – wybrałam głównie bukietowe i drzewiaste, bo są niesamowicie mrozoodporne, ale skusiłam się na jedną ogrodową (nieodporna macrophylla), bo jest niebieska.  Na długiej grządce pod płotem posadziłam czarny bez z jadalnymi kwiatami i owocami i ciemnymi liśćmi;  ciekawą jabłonkę (jak papierówka, ale czerwona i przechowywalna), świdośliwę, która pięknie kwitnie na wiosnę, a potem rodzi jadalne jagody i na dodatek przebarwia się na czerwono jesienią oraz rokitnik syberyjski ze srebrnozielonymi listkami, który, jak się trafi na osobnika żeńskiego, będzie kwitł i produkował jadalne, pomarańczowe, owoce – wsadziłam trzy sadzonki  i mam nieśmiałą nadzieję, że jedna z nich będzie żeńska.

Dla natychmiastowej gratyfikacji i koloru, posadziłam na grządkach bratki i petunie, uzupełnione dla kontrastu srebrnymi i zielonożółtymi, zwisającymi roślinkami, których nazw nie znam.

Na tarasie, w miejsce wykarczowanego żywołotu, który przedtem otaczał go z dwóch stron, posadziłam jesienią różnokolorowe, pachnące róże, zamówione przez Internet od specjalistycznego hodowcy.  Dwie, które zresztą od razu wyglądały rachitycznie,  niestety się nie przyjęły, więc braki uzupełniłam trzema różami z mojego likwidowanego ogródka.  Róże na razie są niewielkie, ale powinny już  w tym sezonie zakwitnąć. Na razie powsadzałam pomiędzy nie kolorowe bratki i niecierpki, a jesienią planuję dodać krokusy i żonkile, żeby było ładnie wiosną.

Oprócz tego mam na tarasie donice z moimi ulubionymi ziołami: tymiankiem, rozmarynem, szałwią i lubczykiem, oraz dwie z dość dużymi żywotnikami (tuje), jedną z pięknym iglakiem, który przeżył już tu kilka zim i dwie z kwiatami – w jednej są zwisające begonie, a w drugiej będzie później fuksja

.

To jest tylko początek, ogródek ma dopiero miesiąc, architektura jest, ale permanentne nasadzenia są jeszcze raczej niepokaźne.  Mam nadzieję, że w przyszłym roku już zaczną spełniać swoje przypisane zadania. A na dodatek wygląda na to, że ogródek jest stosunkowo ślimako-odporny z powodu podłoża z piasku i drobnych kamieni, po których trudno się ślimakom poruszać.

Nie potrafię adekwatnie wyrazić w słowach zadowolenia, jakie daje uprawianie ogródka, nawet takiego maciupciego, ale jestem pewna, że każdy ogrodnik to zrozumie. Nawet jeżeli ma się tylko parapet z jedną skrzynką, to można tej radości doznać.

Nie mam czasu!

Znowu nie mam czasu pisać!  Co to za emerytura, kiedy nie można się samemu dogonić!

Właśnie pracuję nad korektą książki mojego męża (po angielsku), którą niedawno opublikował jako e-book, nieco przedwcześnie, bo przed korektą.  Mimo, że temat książki jest mi obojętny (polityka i Jan Paweł II), to czytam ją z zainteresowaniem, równocześnie korygując błędy gramatyczne i stylistyczne oraz zaznaczając miejsca, których nie rozumiem – albo dlatego, że są niejasno wyrażone, albo dlatego, że nie jestem obeznana w temacie.  Robię to dlatego, że mój angielski jest bardziej „uczony” niż jego, mimo, że on jest rodowitym Anglikiem, a ja po prostu zdolną lingwistką.

Równocześnie mam własną pracę, która akurat w ten weekend wymaga mojej kompletnej uwagi, więc będzie przerwa w pracy nad książką.

Requiem dla mojej suki – część II, Zycie

Suka miała ciężkie życie, chociaż mam nadzieję, że ostatnie 11 lat u nas jej to trochę wynagrodziło.  Przyszła na świat jako jedna z miotu 9-ciu szczeniąt w wyniku mezanliansu matki, rodowodowego wilczura, z jakimś przygodnym collie.  Szczenięta zostały uratowane od zagłady przez właścicielkę przytułka dla psów, panią psychlog od psów,  która zresztą zatrzymała sobie dwa z nich, stopniowo  rozparcelowując pozostałe i profesjonalnie wytrenowane szczeniaki do indywidualnych domów.

Moja suka nie miała szczęścia: najpierw trafiła do domu gdzie, mimo wyraźnych instrukcji, karmiono ją nieprawiodłowo.  Kiedy zaczęła mieć rozwolnienie i brudzić w domu, wygnano ją do ogrodu.  Suka bardzo cierpiała z tego powodu, bo potrzebowała być blisko ludzi.  Pani psycholog w końcu zabrała ją z tego domu i suka wróciła do przytułka.

Jej następnym domem był pub (rzecz dzieje sie w Anglii), w którym rezydowały już dwa spaniele.  Wszystko było dobrze, dopóki do domu nie sprowadziła się matka właściciela z 14-to letnią suką, foksterierem.  Suki się natychmiast serdecznie znienawidziły i, kiedy właściciele bezmyślnie zostawili wszyskie psy razem w ogrodzie i wyjechali na 5 godzin, po powrocie zastali trupa foksterierki, najoczywiściej zagryzionej przez psa.  Sprawczynią najprawdopodobniej była suka.

Wróciła więc do przytułka i jego klatek (w których chyba musiała gryźć cement lub metalowe kraty, bo przednie zęby miała starte).  W momencie kiedy jej zdjęcie znalazłam w Internecie, w trakcie poszukiwań towarzyszki dla mojego bardzo młodego labradora, którego zapotrzebowanie na osobistą uwagę przerastało moje możliwości, przytułek się likwidował z powodu braku środków i suka była ostatnim psem do wydania.  Napisałam do przytułka, następnie porozmawiałam szczerze z panią psycholog przez telefon  i zostałam zaproszona na próbę.  Próba wypadła świetnie:  mój 7-mio miesięczny labrador czytał sukę jak książkę i dostosowywał się do jej dominacji, a suka go tolerowała.

No więc zdecydowałam się ją wziąć.  Miała 2 lata i była kompletnie skopana psychicznie.  Z natury spięta, dozgonnie wierna i bojaźliwa (wilczurze cechy), wiele ucierpiała przez przykre doświadczenia w poprzednich domach i powroty do przytułka, a jeszcze na dodatek metoda zastosowana do jej szkolenia spowodowała, że suka histerycznie reagowała na metaliczne kliknięcia, np. takie, jak przy zatrzaskiwaniu kółek segregatora oraz na wysokie tony, takie jak np. odgłos korka wyciąganego z butelki wina.  Po kilku latach te problemy w końcu minęły.

Wzięłam ją wraz z całą listą instrukcji:

1) po przywiezieniu do domu, wpuścić ją pierwszą;

2) przez pierwszy miesiąc nie dawać zabawek obu psom na raz, bo ona za zabawkę może psa pogryźć;

3) karmić wyłącznie suchą karmą dobrej jakości (pani psycholog zaaprobowała IAMS);

4) nie pozwalać na kontakt z 2 – 3 letnimi maluchami, bo ich piski mogą sprowokować ją do ataku;

5) przez pierwszy miesiąc nie spuszczać ze smyczy na spacerze, żeby nie uciekła.

Trochę to wszystko brzmiało przerażająco, ale po przedyskutowaniu szczegółów z panią psycholog doszłyśmy do wniosku, że adopcja się uda i nie myliłyśmy się.  Wzięłam ją do samochodu i posadziłam na przednim siedzeniu pasażera, a mąż siedział z tyłu z młodym, który przez całą  drogę usiłował sprawdzić, co suka robi z przodu, podczas gdy ona go kompletnie ignorowała. Już na pierwszym postoju okazało się, że suka uznała samochód za swoje terytorium i zaciekłym szczekaniem broniła go przed potencjalnymi intruzami, którymi mogli byli się okazać ludzie przechodzący obok.  Po dotarciu na miejsce, instrukcji punkt 1 wykonałam, ale i tak na początek trochę pocięła psu pysk, tak profilaktycznie, żeby nie miał wątpliwości, kto tu rządzi. I nie miał: przez pierwszy tydzień nie miałam z nim kontaktu, liczyła się tylko ona, ale potem treningiem odzyskałam kontrolę nad nim.

Punkty 2 i 3 zastosowałam dokładnie, a punkt 4 nie sprawił trudności, bo ani w rodzinie ani wśród bliskich znajomych akurat takich maluchów nie było.  Na wszelki wypadek od samego początku zastosowałam aparthaid: zakupiłam bramki dla psów (takie jak dla maluchów, tylko większe) i wprowadziłam system rozdzielania ich na noc i na każdą naszą nieobecność.  Młody zostawał bezpiecznie za bramką w tylnej części kuchni, a suka w przedniej, żeby nie mogły się pogryźć, bo nigdy nie miałam do niej pełnego zaufania pod tym względem.

Co do punktu 5, to nie było takiej potrzeby.  Suka nie miała najmniejszego zamiaru uciekać, trzymała się mnie jak rzep psiego ogona i nie odchodziła dalej niż na metr. Co więcej, nie chciała sama wychodzić do ogrodu, ze strachu, że zamknę drzwi i już jej więcej nie wpuszczę do domu – minął chyba rok, zanim jej to przeszło.

Na początek musiałam ją wysterylizować, bo pies był jeszcze wtedy kompletny.  Myślałam, że się na mnie za to obrazi, ale nic podobnego.  Mijały lata i suka powoli zaczęła wierzyć, że ma stabilny dom i kochającą rodzinę.  Zrobiła się weselsza i zaczęła się bawić z psem, czasami nawet zalotnie.  Miło było patrzeć na jej radość z nowego życia i na powrót pewności siebie, które sowicie wynagrodziły wszelkie początkowe trudności.

Jeżeli chodzi o inteligencję, to uważam, że suka miała jej mniej niż pies.  Była świetna w obserwacji, ale mechaniczna w działaniach, podczas gdy pies był powolny, ale myślący. Znała wszystkie nasze rutyny, np. gdy szła ze mną do klozetu, to wychodziła w momencie kiedy brałam do ręki papier toaletowy, bo wiedziała, że to koniec tej procedury.

Zawsze leżała na wejściu do mojego gabinetu, bo uważała, że musi mnie pilnować.  Pies, który wolał być bliżej mnie i kładł się pod moim biurkiem, często miał kłopoty z wyjściem z pokoju, bo ona nieustępliwie zagradzała mu drogę, i musiałam ją prosić, żeby go przepuściła, bo gdyby sam próbował ją przeskoczyć, to dostałby po ryju.

Nigdy nie upominała się o jedzenie, nie jak pies, który dokładnie o 9-tej rano i 5-tej po południu (pory karmienia) napadał mnie przy komputerze, drapiąc łapami i ogólnie się naprzykrzając.  Suka miała swoje zasady.

Najgorsza dla niej była rozłąka. Nie potrzebowała mnie dotykać, ale musiała mnie widzieć.

Pod koniec życia miała kłopoty z żołądkiem, ale najbardziej z biodrami i tylnymi nogami, co jest typowe dla wilczurów.  Coraz gorzej chodziła, nie dawała rady wskakiwać do samochodu i w żaden sposób nie chciała używać trapu, pieczołowicie  skonstruowanego dla niej przez naszego przyjaciela.  Ze schodami dawała sobie jeszcze jakoś radę, ale do samochodu trzeba było ją wsadzać, co, zważając na cotygodniowe podróże, zaczęło być problemem, bo my też nie młodzi.  Coraz gorzej było też z jedzeniem.  Najpierw przestała jeść suchą karmę, więc zaczęłam gotować zupy z kury i jarzyn, które przez kilka miesięcy chętnie konsumowała, ale potem jej przeszło. Normalne suche też jej przestało smakować, więc kupowałam wszelkie inne, ale też na nic.  Po którymś epizodzie rozwolnienia zaczęłam jej gotować ryż z kurczakiem, ale to też na niewiele się zdało, bo po prostu nie chciała jeść.  Wychodziłam z siebie, żeby jej jakoś pomóc, ale natura robiła swoje i 13-letnia suka po prostu się kończyła.

W końcu nadszedł kryzys (opisany w części I) i koniec.

Czy ktoś jeszcze czyta Tuwima?

Jest on niewątpliwie moim najbardziej umiłowanym poetą.  Został mi wpojony przez rodziców we wczesnym dzieciństwie przez swoje cudowne wiersze dla dzieci i pozostał ze mną na zawsze. Pamiętam, że na jakimś konkursie recytatorskim w szkole podstawowej deklamowałam z wielkim przejęciem „Motyle” z „Kwiatów polskich”, i że wraz z siostrą z uciechą czytywałam historię Piotra Płaksina, gdzieś w mordobijskim powiecie, co to nie umiał grać na klarnecie.  Później odkrywałam go na nowo w piosenkach słynnych polskich wykonawców, takich jak Ewa Demarczyk czy Czesław Niemen, i zawsze był ze mną.

Mieliśmy w domu , nie wiem jakim cudem, bo w tamtych czasach o książki było trudno, oprawione w płótno cztery tomy jego dzieł, i wyprowadzając się na obczyznę w 1973 roku zabrałam dwa z nich, ku pokrzepieniu ducha, a dwa zostały u Mamy.

Studiując filologię angielską wiele lat temu przerabiałam literaturę anglojęzyczną od jej początków do połowy 20-go wieku, od Beowulfa przez Chaucera do T.S.Elliota  i Ezry Pounda, a kilka lat po studiach byłam też na audiencji współczesnego angielskiego poety nazwiskiem McGough (był doskonały!), ale nigdy żaden z nich nie przemówił do mnie tak jak Tuwim.  Znowu ostatnio zaczęłam go czytać i czerpię z tego samo dobro.

Nota bene, jego siostra, Irena Tuwim, też była niesamowicie utalentowana: jej tłumaczenie A.A.Milne’a jest tak doskonałe jak oryginał, co jestem w stanie ocenić, ponieważ oba języki znam bardzo dobrze i obie wersje czytałam.