Kropka – dzień 1

W schronisku nazwano ją Dynia, nawet fajnie, ale  z jakiegoś powodu czułam potrzebę wołania jej po swojemu (pewnie jest na to jakieś uczone wytłumaczenie).  Przez całe czwartkowe popołudnie(dzień, w którym ją przywieźliśmy), odkąd zaistniała w naszym domu, i mąż i ja na wyścigi staraliśmy się znaleźć nowe imię dla tej słodkiej bestii, ale szło powoli, bo nic nie pasowało. Co jedno z nas wymyśliło, drugie natychmiast odrzucało i tak mogłoby jeszcze potrwać przez dłuższy czas, gdybym nagle nie wpadła na imię Kropka, które, według mnie, odzwierciadlało jej maleńkość i czarność, równocześnie spełniając podstawowe wymogi dla psich imion, bo było dwusylabowe i dźwięczne. Mąż też to odczuł i natychmiast się zgodził: imię było trafne i, jak nam się wydawało, nietuzinkowe, chociaż kiedy opowiedział o niej swojej fizjoterapeutce, to się okazało, że ona też miała pieska o takim imieniu. 

W samochodowej podróży z odległego schroniska była spokojna, ale na wszelki wypadek mąż z nią siedział na tylnim siedzeniu i trzymał za smycz, co okazało się całkiem zbędne, bo maleństwo usnęło i obudziło się dopiero po dotarciu na miejsce. Po wysadzeniu z samochodu była przez małą chwilkę zdezorientowana i troszkę przestraszona, ale zaraz potem zaczęła zwiedzać ogródek i najwyraźniej poczuła się w nim dobrze. Stało się oczywiste, że to nie jest bojaźliwy pies, i bardzo mnie to ucieszyło, bo bojaźliwe psy mogą być albo agresywne albo kompletnie skopane psychicznie, tak jak rasowy owczarek niemiecki mojej siostry, który nie wiedział, że jest duży i silny i wobec zagrożenia smyczą lub czymś innym zamarzał i sikał pod siebie. To było dziecko specjalnej troski, od urodzenia bardzo smutny pies, który nie umiał się bawić.  Na szczęście moja nowo nabyta suczka wcale nie wykazywała takich cech, wręcz przeciwnie, reagowała odważnie i otwarcie na ludzi , na smycz i na wszelkie inne dziwactwa napotykane co chwilę na nowej drodze życia.

Natychmiast po przyjeździe okazało się, że jeżeli kiedykolwiek miała dom, to nie nauczyła się w nim czystości i lała jak z cebra, wszędzie i mniej więcej co 15 minut. Robiła to pomimo wyprowadzania co pół godziny do ogródka, ale trudno było mieć o to do niej pretensje, ostatecznie 3-miesięczny szczeniak ma bardzo mały pęcherz i jeszcze słabiutkie mięśnie odpowiedzialne za trzymanie moczu. Wtedy właśnie po raz pierwszy dotarło do mnie, że przez te 15 lat z moim poprzednim psem zdążyłam zapomnieć, jak to jest z takim nowym maluchem w domu.

Nie chcąc zapeszać losu, przed jazdą po nią zupełnie nie przygotowywałam się na jej przyjęcie:  nie kupiłam karmy ani łóżeczka, nie miałam żadnych zabawek, odpowiedniej wielkości misek czy szelek do samochodu, ani szamponu do wykąpania nieładnie pachnącego pieska ze schroniska, mając świadomość, że jeżeli ją dostanę, to wszystko będę mogła kupić po powrocie, chociaż nie liczyłam się z tym, jak kompletnie absorbujące będzie takie nowe stworzenie w domu, wykluczając możliwość jakiegokolwiek wypadu na zakupy.  Na szczęście schronisko dało mi razem z suczką pakiet starterowy: plastikowy pojemnik z paczką suchej karmy, zabawką i kocykiem, który zresztą im zostawiłam, bo przywiozłam własny.  Po południu jeszcze przyszli brat i bratowa w celu poznania Kropki i przynieśli zabawki oraz paczkę „podkładów higienicznych” do przewijania niemowląt, które wypróbowali przy uczeniu ich suki czystości.  Jak już raz pies nasiusia na taki podkład rozłożony na podłodze, to potem tylko tam będzie to robił.

Przyszła pora na karmienie i nasypałam trochę suchej karmy do miseczki, ale od razu stało się jasne, że ta mała czegoś takiego nigdy przedtem nie jadła, bo bardzo ją to rozśmieszyło. Zjadła jednak, bo była głodna, ale raczej jej to nie odpowiadało.  Potem, kierując się wyglądem treści, którą zwróciła pod koniec jazdy ze schroniska oraz poradami bratowej, ugotowałam jej ryż z mięskiem z indyka i jarzynami, a następnego dnia kupiłam mięsne puszki dla szczeniaków.

Ten pierwszy dzień wydał się okropnie długi, równie ekscytujący co męczący dla nas wszystkich, nie opuszczaliśmy jej ani na chwilę, wieczorem więc, w zacisznym kącie w holu, ułożyłam jej kocyk zamiast łóżeczka, wrzuciłam tam jej zabawki i poszliśmy spać.  Noc przebiegła spokojnie, ale rano, co było do przewidzenia, było trochę sprzątania.

cdn

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.