Kropka – dzień 0

Zobaczyłam ją zupełnie przypadkowo na Facebook’u wieczorem we wtorek 7-go listopada, a w czwartek 9-go już zostałam jej właścicielką.  Ona to 3-miesięczna suczka, czarna podpalana, po części ostrowłosa i słodka do bólu.

Mój przyjaciel z 15-toletnim stażem, najradośniejszy pies na świecie a dla mnie również substytut naturalnego potomstwa, odszedł 21-go października, zostawiając po sobie straszliwą pustkę w sercu i wszechobecne widma w otoczeniu:  w każdym kącie mieszkania  - pod biurkiem w moim gabinecie, gdzie obowiązkowo leżał przy moich nogach kiedy tam siedziałam, w kuchni gdzie bardzo umiejętnie przeszkadzał przy gotowaniu, w ogródku gdzie obsesyjnie kopał olbrzymie dziury, zasypując przy tym podłogę wiaty i tworząc na niej wyboiste kopce ziemi;  w samochodzie, którym kiedyś przyjechał z Anglii i którym potem co tydzień jeździł na wieś, przy moim łóżku na wsi i w łazience, gdzie asystował mi przy myciu, czego w mieście nie mógł robić, bo by się nie zmieścił; w tamtejszym sadzie, z którego późnym latem znosił sobie zielone gruszki, każdorazowo obnosząc się z upolowaną zdobyczą zanim ją schrupał na podwórku.

Z niezmiernym bólem po stracie, lecz świadoma faktu, że jedynym lekarstwem na utratę psa jest następny pies, po tygodniu zaczęłam przeczesywać  schroniska w promieniu 50 km, ich strony internetowe oraz ogłoszenia o psach do oddania na OLX, szukając jakiegoś potrzebującego psa, którym mogłabym się zająć bez reszty, a wybór był ogromny, bo niestety nie brak bezdusznych ludzi, którzy albo katują psy albo wyrzucają z samochodu albo przywiązują do drzewa i zostawiają na pastwę losu.  Typowałam i notowałam, ale głęboka depresja nie pozwalała mi podjąć jakiegokolwiek działania; wiele razy mówiłam  „Jutro jadę zobaczyć tego psa”, ale nie mogłam się na to zdobyć.

W końcu, po dwóch tygodniach od śmierci mojego ukochanego psa, wybrałam się z mężem do schroniska, żeby poznać upatrzonego psa, około 6-cioletniego (bo ze względu na nasz wiek wymyśliliśmy, że starszy pies powinien odejść jeszcze przed nami).  Na miejscu pies na nas warczał, nie przymilał się, ale wzięliśmy go na próbny spacer i okazało się, że za nami nie przepada.  Nie chcieliśmy odjeżdżać z pustymi rękami, bo tyle tam było potrzebujących psów, więc wzięliśmy innego na spacer. Nie miał jednej przedniej łapy, co mu i nam zupełnie nie przeszkadzało, był szalenie uczuciowy i milusi, nawet dało się go wsadzić do samochodu, co dla nas ważne, bo co tydzień kursujemy między miastem a wsią, ale niestety okazało się, że nie znosi innych psów, więc zrezygnowaliśmy.

W następnym tygodniu, kiedy mąż przebywał na zagranicznych wojażach, pojechałam do innego, większego schroniska, gdzie przebywał interesujący mnie dorosły pies, ale okazał się być psem podwójnym:  w schronisku zaprzyjaźnił się z innym do tego stopnia, że nie sposób je było rozdzielić, więc jeżeli brać, to oba. Trochę się tego bałam, były bardzo nieufne, a poza tym dwa to stado, którego mogłabym nie opanować, więc po długim namyśle ich nie wzięłam.

W końcu doszłam do wniosku, że dla dwojga starszych i słabnących z dnia na dzień osób najłatwiejszy będzie szczeniak niedużej rasy, bez naleciałości schroniskowych, którego możnaby wychować i ustawić po swojemu.  I wtedy właśnie wieczorem znalazłam ogłoszenie o tej suczce.  Od razu mi się spodobała, więc następnego dnia rano zadzwoniłam do schroniska, opisałam moje warunki mieszkalne, wytłumaczyłam powód chęci do adopcji, i pomocna pani w schronisku zgodziła się zarezerwować ją dla mnie do południa następnego dnia, choć już wtedy na FB dwie inne osoby wyraziły zainteresowanie, ale osobiście się nie zgłosiły.

Tak więc w czwartek9-go listopada zostałam prawowitą właścicielką w/w suczki.  Przy jej odbiorze był moment zwątpienia, bynajmniej nie z mojej strony, ale z powodu dopustu bożego. Zajechaliśmy (ja i mąż) sprawnie pod dość odległe od domu schronisko, gdzie właśnie grupa bardzo młodych osób ustawiała pod bramą przywiezione worki karmy, misie, kocyki, itp., i robiła sobie z nimi zdjęcia pamiątkowe.  Zadzwoniłam do bramy i po chwili nadeszła pani, oznajmiając wszem i wobec, że dzisiaj do schroniska nikogo wpuścić nie może, bo wybuchła epidemia parwowirozy, na dodatek jakiejś tak zmutowanej, że nawet koty się zarażały.  Miny mocno zrzedły i nam i całej reszcie, bo wszyscy przybyliśmy tam z nadzieją w sercach, my na przygarnięcie słodkiego szczeniaczka, a oni na uroczyste przekazanie z poświęceniem uzbieranych w szkole darów wszystkim potrzebującym zwierzakom.  Na szczęście okazało się, że do biura znajdującego się zaraz za bramą nas wpuścili, jako że byliśmy umówieni, i suczkę przynieśli, a grupę młodzieży z darami pochwalili i wystawili szkole należne jej dyplomy.    cdn

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.