Olśnienie! Już wszystko rozumiem.

Nasz pan i władca ogłosił kiedyś, że stworzy nową klasę ludzi (sic!).  Nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabierze,  co niestety źle świadczy o moim intelekcie, ale teraz już mnie olśniło.  Dokona tego przez edukację naszych dzieci w szkołach – przecież tak właśnie kształtuje się nowe pokolenie.

Napisze się im nowe podręczniki do historii, w których, owszem, będzie Solidarność, ale bez Wałęsy, który wśród myślących osób w Polsce oraz wszystkich w innych krajach jest słusznie przedstawiany  jako instygator ruchu wolnościowego, cokolwiek by zawinił w młodszym wieku.    Zapewne, chociaż to jeszcze nie obiło mi się o uszy, będą też lekcje na temat „zamachu” smoleńskiego – co z tego, że nieudowodniony, ważne, że sentyment jest patriotyczny.  Kiedyś pokłóciłam się e-mailowo z producentem zabawek edukacyjnych, który na mapie Europy zaznaczył miejsce „zamachu smoleńskiego” i okropnie się wzburzył, kiedy mu zwróciłam  uwagę, że, jako jego opinia a nie fakt, nie powinno to figurować  w materiałach do nauczania.  Już takie naprawianie historii przerabiałam w liceum w latach 1964 – 1968, na szczęście moi światli rodzice ochronili mnie przed kompletnym wypraniem mózgu.

Na próbnej maturze da się uczniom  zadanie z obrazkiem, gdzie mężczyzna pochyla się nad wózkiem z niemowlakiem, z pytaniem czy to jest  wizerunek tradycyjnej rodziny, a prawidłowa odpowiedź będzie brzmiała, że nie, bo to matka ma się zajmować dziećmi, a ojciec ma dostarczać środków do życia i reprezentować rodzinę.  To nie mój wymysł, gdzieś przeczytałam o takim zadaniu, ale już nie pamiętam gdzie.

Religia, oczywiście, będzie: katolicka. Sama jestem tego wyznania, ale dlaczego wmuszać ją wszystkim? Wydawało mi się, że moim kraju jest wolność wyznaniowa, ale może to mi się tylko przyśniło?

Na lekcjach o wychowaniu w społeczeństwie (bo o wychowaniu seksualnym nie ma co marzyć) dzieciaki dowiedzą się bajek o tym,  że stosunek przerywany i używanie prezerwatywy prowadzą do raka piersi, a w najlepszym wypadku do rozwodu, wpajanych im dlatego, żeby broń Boże nie pokusiły się na takie metody.

Ciekawa jestem, jak będzie wyglądał program nauczania biologii, tej części, która uczy o zwierzętach.  Pantofelek i rozwielitka są chyba bezproblemowe, bo za małe, ale co z tymi, które nie wiążą się w pary na całe życie, albo z tymi, gdzie samiec wychowuje młode?  Toż przecież nie można dzieciom takich rzeczy opowiadać, doprowadzi to, tak jak Unia Europejska, do zniszczenia polskiej tradycyjnej rodziny.  A co z anatomią? Jeżeli ten przedmiot w ogóle pozostanie w programie nauczania, to koniecznie trzeba będzie usunąć wszelkie wzmianki o genitaliach (bo służą do uprawiania seksu), chociaż narządy rozrodcze chyba muszą być uwzględnione, skoro kobieta ma być postrzegana jedynie jako wylęgarnia.

Matematyki też się nasze pociechy nie nauczą, bo odpowiedzialna pani minister nie rozróżnia cyfr od liczb. A zresztą, po co im to? Wystarczy ufnie i ślepo iść za wodzem i wszystko będzie dobrze. Tak jest przecież łatwiej i wygodniej, myśleć nie trzeba, a myślenie to wysiłek i jeszcze może przysporzyć kłopotów, więc to wszystko dla ich dobra.

Innych przedmiotów nie potrafię przewidzieć.  Fizykę i chemię raczej trudno będzie „naprawić”, ale np. geografia może być podatna na ulepszenia.  A nauczanie języków obcych?  Może niepotrzebne (chyba, że szpiegom), bo Polska jest dla Polaków i nikogo innego nam nie trzeba.

Genialny taktyczny ruch naszego panującego!  Jeżeli nauczyciele zaprotestują, to przeciw samorządom, a nie przeciw rządowi, a niezależne samorządy trzeba unicestwić, bo oczywiście są zbyt niezależne.

Nie wiem kim jestem

Wydawało mi się, że jestem patriotką, do kościoła uczęszczam, kocham mój kraj, cudzoziemcom  pokazuję jego najlepsze strony i  zachwalam zalety, bić bym się za ojczyznę też poszła i w ogóle zależy mi na jej przetrwaniu i przyzwoitej pozycji w świecie, czyli normalnie  „Bóg i Ojczyzna”.  Niestety, w ciągu ostatniego roku jednak zwątpiłam w swoje racje, bo najpierw okazało się, że jestem Polką gorszego sortu, bo żyję i udzielam się w Europie; potem wyszło na jaw, że z różnych powodów  nie trzymam się polskich tradycji, więc nie zasługuję na miano Polki, bo przecież nie potępiam wegetarian (choć  sama chętnie i często jadam mięso), rowerzystów nie mieszam z błotem (mimo, że rower, w moim doświadczeniu, poważnie zagraża mojemu zdrowiu i życiu), popieram tych, co troszczą się o przyszłość naszego środowiska, a na dodatek mam wielu przyjaciół, obu płci, którzy „kochają inaczej”.

Następnym moim politycznym grzechem jest wspieranie WOŚP, która została wyklęta przez pewną uczoną posłankę, ale która od wielu lat skutecznie doposaża srodze niedofinansowane szpitale w sprzęt nierzadko ratujący życie. Ciekawe, czy owa posłanka odmówiłaby skorzystania ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP, gdyby chodziło o życie kogoś jej bliskiego?

Mało tego, katoliczką też dobrą nie jestem, wobec czego pewnie po śmierci pójdę prosto do piekła.   Popieram uświadamianie dzieci  o współżyciu seksualnym już w szkole;  nie zgadzam się z zabranianiem im przebierania się za diabły i inne straszydła oraz wycinania lampionów z dyń z okazji Halloween  – owszem, to pogański zwyczaj, ale choinka też przecież pogańska, a Kościół nie ma do niej pretensji.  Nota bene, bardzo do mnie przemówił felieton Michała Ogórka w czasopiśmie „Angora” , w którym autor stwierdza, że diabeł kompletnie zszedł na psy, skoro jedyne czym może grozić naszej wierze to  warzywo.  Nie mam też żadnych uprzedzeń do osób, które uważają tatuaż, potępiony przez Kościół, za godną dekorację własnego ciała: sama bym tego nie zrobiła za żadne pieniądze, ale jak ktoś lubi, to niech ma, co mi do tego, ich ciało, nie moje.

Uczęszczam na mszę w każdą niedzielę i święto, ale czasami jedynie niesamowitym wysiłkiem woli powstrzymuję się od głośnego wyrażenia sprzeciwu na głoszone tam zalecenia dla wiernych.  Przy lojalności wobec Kościoła trzyma mnie tylko fakt, że pośród naszych duszpasterzy są również osoby światłe, które nie godzą się na żadną ściemę i na zniżanie Kościoła do narzędzia polityków. Mało ich jednak!

Na dodatek jeszcze, wykluczają mnie z patriotyzmu moje, zapewne zupełnie nieoświecone,  opinie na temat wypowiedzi oraz działań miłościwie nam panującego oraz jego wasali.  Powinnam przecież, jako dobra Polka, chciwie spijać każde słowo płynące z ich ust oraz przyjmować je, bez kwestionowania racji, jako moją Ewangelię.  A ja co robię?  Oglądam, czytam, słucham, rozważam i wyrabiam sobie własne zdanie.  I pytam Was, czy to jest patriotyczna postawa?

Do tego, że jestem gorszego sortu już się zdążyłam przyzwyczaić, ale według takich reguł, to nawet nie jestem ani patriotką ani katoliczką!  Czyli czym jestem w dobie tej „dobrej zmiany”?

Oda Patriotyczna 2017

Polsko, Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;
Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto Cię stracił. Dziś w ciężkich czasach upadek Twój
Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie.*

 

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Racz lud swój ochronić,
Który nad przepaść mroczną zepchnięty już stoi
I ma w Tobie nadzieję, że naród wybronisz
Od władców niecnych co zgnębić go pragną i znów
Pogrążyć w toni mrocznej, z której to przez braci
Prostych wybawion już był. Miej litość nad nami!

 

Przed ołtarzami Twymi kolana zginają
I Polski Cię królową wszędy ogłaszają,
Twojego Syna za króla obrali, Bogiem
Jest przecież, ale inne bóstwo uwielbiają
I comiesięczny hołd w pokorze mu składają.

 

Czy to diabeł wcielony dzisiaj nami rządzi?
Który Boga opiewa, lecz się go nie lęka
I mści się bezlitośnie i umarłych nęka,
I nienawidzi obcych, bo są dziwni jacyś,
A w rodzimym zaścianku niepotrzebni tacy.

 

I strasznych wrogów głosi we wszystkich sąsiadach
I kobiet nie szanuje, bo są przecież niczym
I myśl wolną tłamsi, bo ona go zniweczy
I listy godnych robi, a niegodnych dręczy
I zwalnia takich z posad, by w szkodę nie poszli.

 

Zaprowadza porządek wedle Belzebuba.
Wszelakie dobro niszczy i sieje nienawiść,
By jeden Polak skakał drugiemu do twarzy
By nikt już nie potrafił wybaczać bliźniemu,
Lecz każdy uległ władcy nam panującemu.
„Dziel i rządź”  absolutną jest jego zasadą,
Bo ludu zgodna jedność jest jego zagładą.
Czyż nie wie, że rozpętał w spokojnym narodzie
Emocje faszystowskie, jakich się nie godzi
Prawdziwym chrześcijanom oraz patriotom
Wyznawać, bo do zguby prosto wiodą potem?

 

Czyżby nie cenił ludu, z którego pochodzi
I szlachetnego kraju w którym się urodził?
Patriotą się woła, ale czyny jego
Przy każdym jego kroku dom nasz obrażają.
Jedna trzecia narodu go nam postawiła
A rządzi tak, jakby większość nasza z nim była.
Na wspólników wybierał same orły wielkie:
Niedouczonych posłów i prostaki wszelkie,
Co jemu bezmózgowo z góry przytakują;
Groźnego szaleńca co wraz z ministrów zgrają
Razem Ciebie, Ojczyzno, w świecie ośmieszają.
Obsesją jest wiedziony, dyktator bezwzględny,
Plan jego jest przejrzysty, ale tędy droga
Do zguby zdąża pewniej niźli atak wroga.

 

Już była w kraju szczęśliwa nadzieja, że po
Komunie lepsze będą dzieje: zniszczył on ją
I z nas się obśmiewa, naiwnych ziomków, co to
Totalitaryzm, tuszą, naszą jest przeszłością,
I nie ma o co walczyć, cieszmy się młodością
I pierwszą miłością, a resztę niech czart weźmie.
Tak myślą ludzie młodzi, co życia chcą zaznać.
Nie dla nich polityka, co to ich obchodzi,
Lecz gdy później ich dzieci o wolność poproszą,
To zadziwią się bardzo, że gdzieś im umknęła.
Naprawioną historią karmione przez szkoły,
Nie spostrzegą prawdy i nie będą świadome,
Kto je tak urządził, czy że w ogóle były
Urządzone. Jednak prawda zwycięży, może
Nie od razu, ale kiedyś musi – rozumu
Obrazy pominąć się nie da, i Boga nie.

 

Polsko, Ojczyzno moja, Ty która przetrwałaś
Po trzykroć już grabieże zaborczych rozbiorów,
Czy i ten rozbiór przetrwasz, co naród podzielił?
Bądź silna i rozsądna, niech się nikt nie sprzecza,
By bies ten nie zawrócił nas do średniowiecza.

 

*Mam nadzieję, że Wieszcz mi wybaczy wszystkie zapożyczenia oraz rażące braki w kunszcie, ale czułam, że sprawa wymaga poważnego wehikułu.

Kobieta nie człowiek

Wiele się działo w ciągu ostatnich kilku dni i są zapowiedzi dalszych działań.  Może dlatego nikt nie zauważył projektu nowelizacji ustawy o ewidencji  ludności, w którym m.in. proponuje się to, co opisuję poniżej.

Wg projektu, każda kobieta powinna zgłosić do miejscowego Urzędu:

- ile razy była w ciąży;

- ile razy poroniła lub urodziła martwe dziecko;

- ile razy urodziła zdrowe dziecko;

- gdzie mieszka;

- jakie wykształcenie mają rodzice dziecka, czyli ona i mąż/partner.

Odpowiedzialny minister twierdzi, że to wszystko dla statystyk.  A ja twierdzę, że to absolutnie niedopuszczalna ingerencja w prywatność człowieka (chociaż, ze tego co nasz miłościwie panujący rząd robi wynikałoby, że kobieta to nie człowiek, a maszyna rozrodcza, więc może jednak prawa człowieka nie są zagrożone i niepotrzebnie się denerwuję?).

Jeszcze z potrzebą ewidencji miejsca zamieszkania mogłabym się zgodzić, ostatecznie to nie nowość, nadal obowiązuje meldunek (choć ten obowiązek miał być zniesiony) i właściwie nie mam z tym problemu, bo, jeżeli nie prowadzę działalności przestępczej, to dlaczego władze nie powinny wiedzieć, gdzie mieszkam.

Jednak proponowany obowiązek zgłaszania ciąż, poronień, itp. uważam za bezczelny zamach na prywatność i prawa człowieka.  A co z tajemnicą lekarską?  Ciąża, poronienia, itp. są  sprawą między mną a moim lekarzem, a rządowi nic do tego.

Pretekst, że to dla uzyskania statystyk, jest śmieszny: przecież szpitale i lekarze domowi lub ginekolodzy prowadzący ciążę mogą takie dane dostarczyć, anonimowo, bez łamania prawa. Wobec tego podejrzewam inną motywację.

Piszę to zupełnie bezinteresownie, bowiem wiek rozrodczy już dawno za mną, ale nie potrafię nie reagować na łamanie praw człowieka. Projekt ustawy można sprawdzić na stronie MSWiA.

Bankowy szok

To, że w wielu sklepach spożywczych często nie mają drobnych żeby wydać resztę już mnie dawno przestało dziwić, więc zazwyczaj jestem przygotowana i noszę ze sobą sporą ilość metalu.  Wczoraj akurat tak się złożyło, że nie miałam monet ani nawet 20-to czy 10-ciozłotowych banknotów i najmniejszą denominacją w mojej portmonetce  był banknot stuzłotowy.  Z tego wałśnie powodu zaczęły się tzw. schody.

Najpierw, w drodze powrotnej z wypadu na wieś postanowiliśmy zatrzymać się w KFC Drive-Thru  leżącym na naszej trasie, bo nie miałam niczego na obiad, a czasu na normalną restaurację było za mało.  Za nasze zamówienie miłej panience z okienka wręczyłam banknot 50-ciozłotowy męża, na co ta załamała ręce, bo nijak nie miała wydać, same 50-tki i 100-ki w kasie leżały.  Na szczęście zapytałam, czy można zapłacić kartą.  Sama panienka tego nie zaproponowała, prawdopodobnie była tam nowa, bo np. na moje zamówienie na dwa kawałki kurczaka jako danie osobne, a nie dodatek do  zestawu zamawianego przez męża,  podała mi dwie nóżki , zresztą po właściwej cenie, ale stanowiące odrębny produkt w KFC.  Tak więc  udało się dokonać  tej transakcji i i skonsumowaliśmy nasze dania „na chybcika” w samochodzie, pod bacznym okiem naszego stareńkiego psa.

Następnie, po powrocie do domu udałam się do piekarni po ulubiony chleb, który dostępny jest akurat tylko we wtorki. Chleb kosztował 2,90 zł, ale musiałam zapłacić kartą, bo znowu nie mieli jak wydać reszty ze stówy: młodziutka ekspedientka uroczo stwierdziła, że wydawanie reszty zajęłoby godzinę…   Wtedy doszłam do wniosku, że, w celu uniknięcia podobnych sytuacji,  trzeba pofatygować się do banku i po prostu rozmienić setki na coś bardziej strawnego.

O naiwności moja!  Żadne „po prostu”!  Przechodziłam właśnie obok banku PKO (z którego od lat korzystam w elektronicznej formie Inteligo), więc  pomyślałam sobie: jest okazja, wstąpię.  Wstępuję, biorę numerek A124, zasiadam na krzesełku  i widzę przed sobą  4 obsadzone stanowiska.   Tylko przy pierwszym jest jakiś klient, drugie ma wyświetlony numer A122, ale obsługujący trwa w bezruchu,  trzecie ma same kreseczki na wyświetlaczu i też nikogo nie obsługuje, a czwarte podobnież, lecz z numerem A121 nad głową.  Siedzę i czekam, aż coś się zacznie dziać.  Petenci  A121 i A122 są najwyraźniej nieobecni, ale nie wydaje się to martwić urzędników na tych stanowiskach: są zrelaksowani, uśmiechają się do siebie i od czasu do czasu wymieniają się uwagami, a we mnie się gotuje, bo spieszę się na wizytę u lekarza.  Po jakichś 5-ciu minutach takiego stanu rzeczy urzędnik spod numeru  A122 naciska guziczek i numer zmienia się na A124, czyli mój! Wielce uradowana zrywam się z krzesełka, podchodzę żwawo do stanowiska, kładę dwie setki na stół i przedstawiam swoją kwestię, że to 100 zł chciałabym rozmienić na 10-tki, a to drugie na 20-tki, i  wtedy dowiaduję się, że nie da rady!!!  Uszom nie wierzę, nawet podejrzewam jakiś żart, ale urzędnik uprzejmie i całkiem na serio oznajmia mi, że muszę iść do mojego banku.  Ja na to, że to jest właśnie mój bank, bo Inteligo to elektroniczna wersja PKO,  ale urzędnik cierpliwie i z miłym uśmiechem mi wyjaśnia, że jedyną możliwością  zrealizowania mojego żądania byłoby wpłacenie tych dwóch setek na moje konto, a następnie wypłacenie mi ich w pożądanych przeze mnie denominacjach.  Tak mnie zatkało na to dictum, że odeszłam z kwitkiem, nawet nie myśląc o dociekaniu powodów takiej odmowy.

Po drodze do lekarza przechodziłam obok Deutsche Bank, a ponieważ miałam chwilę czasu, to weszłam i osiągnęłam mój cel w dwie minuty, bez żadnych problemów.

Dlaczego nie dało się tego dokonać w banku PKO?  Nie potrafię sobie wyobrazić powodu , dla którego  rozmienianie pieniędzy byłoby jakimkolwiek zagrożeniem dla banku, ale może jestem po prostu nieświadoma ważnych spraw kasowych?

Mój pies uratował mnie od stratowania

Nigdy nie chciałam dopuścić do świadomości myśli, co by było gdyby…

W Anglii obowiązuje odwieczne prawo „public right of way”, które pozwala każdemu chętnemu na nieograniczone używanie tzw. publicznych ścieżek, wytyczonych na mapach gminnych i odpowiednio oznakowanych.  Ścieżki te nierzadko prowadzą przez prywatne pola i nawet gospodarskie zagrody, których właściciele zobowiązani są prawem do przepuszczania nimi zupełnie obcych im ludzi o każdej porze dnia i nocy.  Prawo to jest ogólnie znane i często wykorzystywane przez amatorów pieszych wycieczek w wielu pięknych rejonach kraju.

Kiedyś, już po raz kolejny i nie ostatni, wybrałam się z grupą przyjaciół z pracy na wycieczkę pieszą, tym razem po niewysokich i głównie używanych jako pastwiska górkach w krainie Derbyshire.  Wzięłam ze sobą Mamę, która akurat była u mnie w odwiedziny, męża oraz mojego entuzjastycznego, 7-mio miesięcznego psa, złożonego po połowie z rasowego czarnego labradora i wielkiego długowłosego collie. Zakwaterowaliśmy się w pokoju na jakiejś farmie, gdzie następnego dnia mąż poświęcił się robocie, którą przywiózł ze sobą, Mama odpoczywała i zażywała spacerów, a ja i pies poszliśmy na wędrówkę po górkach z moimi współpracownikami.

Pogoda była piękna i w sam raz do spacerowania, ani za ciepło, ani za zimno. Przechodząc  publiczną ścieżką przez pastwisko należące do naszej farmy, na którym pasło się stado młodych byczków, nasza grupka wędrowników napotkała inną taką, idącą w przeciwnym kierunku.  Mijając się, wymieniliśmy grzecznościowe pozdrowienia, a jeden członek tamtej grupy, widząc mojego psa, ostrzegł nas, że byczki reagują negatywnie na psy.  Podziękowaliśmy i poszliśmy na naszą trasę, dłużej nie zastanawiając się nad tym ostrzeżeniem.

Spacerek był bardzo udany, choć nie bez problemów, bo przechodziliśmy przez różne pola przegrodzone ogrodzeniami z typowymi „furtkami”, czyli konstrukcjami z drewnianych pali, które właściwie były drabinami do przekraczania płotu: dwa wysokie stopnie z jednej strony, dwa z drugiej, a równie wysoką żerdź po środku trzeba było zwinnie przebyć , siadając na niej okrakiem.  Trochę czasu upłynęło zanim mój pies, mimo że bardzo pojętny, nauczył się pokonywać te przeszkody, więc przez pierwsze dwie trzeba było go przenosić, a ważył już wtedy dobre 20 kilo.

W drodze powrotnej ponownie musieliśmy przejść przez to pastwisko z byczkami, ogrodzone płotem i dwiema żelaznymi bramami przecinającymi ścieżkę publiczną. Kiedy weszliśmy na pastwisko przez pierwszą bramę,  ja, pomna ostrzeżenia otrzymanego od napotkanej grupy, zdecydowałam, że najlepiej będzie, jeżeli szybko przebiegnę z psem odcinek do następnej bramy, żeby nie denerwować  rogacizny.  Jak się okazało, to był duży błąd. W momencie, kiedy zaczęłam biec, stado młodych byków puściło się w pogoń za mną i psem.  Usłyszałam wołanie mojego szefa i przyjaciela: Zatrzymaj się!  Stanęłam w miejscu i odwróciłam się, razem z psem,  w stronę atakującego stada. Przez krótki moment  wszystko znieruchomiało, stado stanęło jak wryte i patrzyło na mnie około 60 par oczu bez wyrazu, należących do 200 – 300 kilowych bydlaków.  Widok był przerażający!  Pies, widząc to, zaparł się na wszystkie cztery nogi i zaczął głośno szczekać na to wrogie stado, nie bacząc na jego przewagę liczebną, wagową i rozmiarową.  Byki, nieprzygotowane na taki obrót sprawy,  zaczęły się wycofywać, a cała nasza grupa bezpiecznie dotarła do drugiej bramy.

Właściwie to nie wiem, czy to pies czy mój szef uratował sytuację, ale chyba obaj mieli równie ważny udział.

Biurokratyczny obłęd

Mimo, że jestem znowu w Polsce już 5 lat, nadal potrafi mnie zaskoczyć biurokracja.  Parę dni temu miałam niezbyt miłą wizytę w Urzędzie Skarbowym, którą wiernie opisuję poniżej.

Zacznę od początku: mam zaszczyt lub też pech być  wolontaryjną  przedstawicielką  naszej mikroskopijnej (3 mieszkania) Wspólnoty Mieszkaniowej, jaka automatycznie powstaje w momencie wydzielenia choćby jednego prywatnego lokalu, a  prawo zobowiązuje właścicieli lokali, czy o tym wiedzą, czy nie, do zarejestrowania Wspólnoty i składania corocznych zeznań podatkowych CIT (jak PIT, ale dla firm).

Nasza Wspólnota niczego nie produkuje, niczym nie handluje, w ogóle żadnej działalności gospodarczej nie prowadzi, ale i tak musi co rok składać zeznanie podatkowe CIT, nawet jeżeli te cztery strony zeznania są wypełnione samymi zerami.  Tak było w pierwszym roku składania CIT-u i właściwie poszło to w US dość gładko. Niestety każdy następny rok był coraz trudniejszy, bo sytuacja się zmieniała.  W drugim roku trzeba było uwzględnić w CIT-cie  fakt, że otworzyliśmy konto bankowe i zaczęliśmy się na nie składać, z własnych opodatkowanych pieniędzy,  na koszta utrzymania nieruchomości oraz drobne remonty.  Akurat w tym momencie US zmienił system i zamiast przedstawiania zeznania pani za ladą, która mogła pouczyć i doradzić,  należało je tylko oddać  w okienku kancelarii i oczekiwać na ewentualne konsekwencje.

Formularz CIT8 jest całkiem paskudny, nie dość, że ma 7 stron (łącznie z niezbędnym załącznikiem CIT8/O), to w instrukcjach odsyła do różnych paragrafów, o których żaden normalny śmiertelnik nie może mieć  zielonego pojęcia, a jak już ma, to na pewno nie może zrozumieć.  Nie pojmuję, dlaczego US  zakłada, bo na to wygląda, że każdy obywatel  to prawnik albo inny audytor.

W następnym roku sytuacja się trochę skomplikowała, bo oprócz naszych składek wystąpiły również wydatki z nich, a to na obowiązkowy przegląd kominiarski, a to na czyszczenie rynien , a to na sprawdzenie instalacji gazowych, itp. Po złożeniu dokumentów dostałam bardzo groźne wezwanie, bo jakieś kwoty wpisałam  w nieodpowiednie rubryki.  Dobrze, że dali mi szansę na korektę, a nie od razu posłali do zakładu poprawczego (bo atmosfera w US taka, że można by się tego spodziewać).

Tym razem idąc do Urzędu, byłam przekonana, że w tym roku już mi pójdzie gładko, bo wzór z zeszłego roku powinien pasować, lecz jednak tak się nie stało. Po pierwsze, zgłaszając się w US z moimi wypocinami oraz kopiami dokumentów takich jak uchwały Wspólnoty w sprawie funduszu remontowego i pełnomocnictwa dla mnie w US, oraz aktów notarialnych właścicielek jednego z mieszkań, dających ich matce prawo podpisywania tychże uchwał, nie wiedziałam albo może zapomniałam, że kopie są niewystarczające i że muszą być przedłożone do wglądu US również oryginały.  W okienku kancelarii US, po chwili oczekiwania (kolejki nie było, ale obie panie rezydentki były akurat bez reszty zajęte przerzucaniem papierków na biurku, więc, rzecz jasna, nie były w stanie się natychmiast mną zająć), trafiłam na małomówną, ale nie wiedzieć dlaczego poirytowaną panią w wieku ok. 50-tki. Pani, kiedy w końcu podeszła do okienka, pobieżnie przeglądnąwszy przyniesione przeze mnie dokumenty stwierdziła, że CIT może przyjąć, ale reszty dokumentów nie, bo to są kopie.  Nakazała mi zgłosić się ponownie z oryginałami.  Potulnie odeszłam od okienka, ale zanim dotarłam do wyjścia z Urzędu, uderzyła mnie myśl, że chociaż mogłabym okazać oryginały naszych uchwał, to aktów notarialnych nie, bo są one w prawowitym posiadaniu właścicielek mieszkania. Wróciłam więc do okienka, odwołałam  znowu tę panią od jej biurka i wyjaśniłam mój kłopot.  A pani na to, że ona przecież nie czepia się aktów notarialnych, których kopie są dopuszczalne, ale naszych uchwał.  A skąd miałam wiedzieć, że się ich nie czepia? Przecież powiedziała mi tylko, że moje załączone dokumenty powinny być w oryginale, bez wyszczególniania które dokładnie.  Zupełnie jak za komuny, chociaż ta pani chyba była trochę za młoda, żeby mogła w tym okresie urzędować.  Ale kto wie, może to są jakieś geny?

Po drugie, formularz się zmienił.  Przygotowując zeznanie CIT, najpierw ufnie zabrałam się do przepisywania odpowiedzi z zeszłorocznego zeznania (oczywiście z bieżącymi kwotami, bo na tyle rozumu jeszcze mam), ale natychmiast odkryłam, że  dodano nowe, zupełnie dla mnie niezrozumiałe,  pytania.  Na wszelki wypadek wpisałam w nich same zera, ale nie jestem pewna, czy w tej sprawie nie będą mnie wzywać, grożąc srogo.

Powoli zaczynam wątpić w moją zdolność rozumowania …

Dlaczego nie piszę?

Od kilku miesięcy nie piszę na moim blogu i właśnie zaczęłam się zastanawiać dlaczego i analizować możliwe tego przyczyny.

Najprostszym wytłumaczeniem byłby brak czasu, jednak to nie jest przyczyną.  Czas mam, już od czerwca nie pracuję, ponieważ statek mojej macierzystej firmy w Londynie utknął na mieliźnie, z której już chyba nic nie będzie w stanie go odholować na pełne morze.  Nie żałuję, bo przecież już w 2011 roku oficjalnie przeszłam na emeryturę i dorywczo pracowałam dalej tylko dlatego, że jeszcze byłam potrzebna. Teraz, kiedy już niczego nie mogę dla firmy zrobić, rozsądnie spoczęłam na zasłużonych laurach.

Innym powodem mogłaby być starcza demencja, odbierająca pamięć, logikę i zdolność konstruowania sensownych narracji, ale to, dziękować Bogu, jeszcze mnie nie dotknęło.  Nadal potrafię pisać zrozumiale, korespondencja mailowa wychodzi mi całkiem składnie, a i w różnych grupach na Facebook’u  też coś nie całkiem  głupiego wrzucę od czasu do czasu.

A może po prostu nie mam o czym pisać?  Może nic już nie rozbudza mojej wyobraźni, nie wzbudza silnych odczuć, nie powoduje reakcji lub refleksji, którymi chciałabym się podzielić z moimi (nielicznymi, ale wiernymi) czytelnikami?  Może bujam w obłokach jak po jakimś LSD, bez żadnego powiązania  z rzeczywistością?  Może straciłam zainteresowanie sprawami ludzkimi, podejrzewając   rychłe dostąpienie do życia wiecznego?

Nie, niestety to też nie tłumaczy mojego milczenia.  Jestem jak najbardziej trzeźwa i przytomna, obserwuję wydarzenia w kraju,  czuję,  myślę i przeżywam.  Natłok potencjalnych wypowiedzi cały mój umysł zajmuje, ale gardło mam ściśnięte, aby nie wydać krzyku bólu, mniej więcej tak, jak wtedy w Zakopanem, kiedy przy wysiadaniu z autobusu upadłam na lodzie na łokieć i usłyszałam jak pęka mi główka kości ramienia przy barku.  Jednak nie mam ochoty do publikowania swoich myśli na blogu, bo musiałby to być blog polityczny, który na bank ściągnąłby na moją niewinną głowę lawinę hejtowych komentarzy, a po co mi to na stare lata?

Tak więc wybaczcie, że rzadko piszę – bezpieczniejszych natchnień i tematów  mam obecnie zdecydowanie mniej, chociaż jeden taki wpis akurat opublikowałam na mojej anglojęzycznej stronie

Tajemniczy atak somnambulizmu w moim mieście

W moim ekskluzywnym i kosztownym  mieście, wbrew wszelkim oczekiwaniom,  niedawno otwarto bardzo tanią jadłodajnię z sieci siedmiu, które działają w województwie.  Jest idealna dla studentów, emerytów, chwilowo samotnych tatusiów z dziećmi oraz dla każdego, kto chce po prostu zjeść domowy obiad po bardzo przystępnej cenie, szybko podany  w czystej i przestronnej restauracji,  albo zabrać na wynos do domu . Znam już taką w innym, prowincjonalnym miasteczku (prawdopodobnie pierwszą w tej sieci) i bardzo sobie chwalę jako doskonałe rozwiązanie w sytuacji gdy nie mam czasu lub pomysłu na obiad.  Zawsze są do wyboru co najmniej dwie zupy i dwa drugie dania z dodatkiem różnych surówek, a  oprócz tego codziennie dodatkowo schabowy, filet z kurczaka, naleśniki i pierogi.  Wszystkie dania są pyszne i porcje jak dla głodnego Polaka, sprzedawane głównie w zestawach zupa + drugie za ok. 12 – 14 zł, zależnie od lokalizacji. Oprócz tych dodatkowych, wszystkie są natychmiast dostępne z gorącego bufetu.  Co prawda, trzeba się pogodzić z faktem, że drugie stygnie kiedy jesz zupę, ale trudno, inaczej by to nie funkcjonowało sprawnie, i  niektórzy klienci wobec tego jedzą w odwrotnej kolejności.

W prowincjonalnej  jadłodajni obsługa jest błyskawiczna, dziewczyny w bufecie i kuchni uwijają się jak w ukropie i nikt nie czeka, chyba, że zamówi danie spoza bufetu.  Za to w mojej nowej restauracji dziewczyny poruszają się jak we śnie, mają rozmarzone oczęta i spowolnione ruchy i chwilę to trwa, zanim się zorientują, że ktoś  chce być obsłużony. A jak już zauważą, to też im wolniutko idzie, bo rozglądają się na koleżanki  i na sufit, jakby szukając gdzieś ostatecznego potwierdzenia, że mają wkroczyć do akcji.

A tu następny przykład podpierający moją tezę o somnambulizmie w moim mieście. Parę tygodni  temu  otwarto od dawna wyczekiwany nowy dworzec  (umieszczony w gigantycznym, ale na razie pustym, centrum handlowym) oraz kilka towarzyszących mu sklepów i kawiarni. Weszłam do piekarni gdzie oferują kawę, kanapki, pieczywo i ciasta.  Lokal wyglądał bardzo przyzwoicie, jasno i czysto, na półkach pięknie prezentujące się bagietki i chleby, a w gablocie apetyczne, świeżo przygotowane kanapki, choć wszystko po nieco wygórowanych cenach.  Za ladą cztery młode osoby, trzy dziewczyny i jeden chłopak, w eleganckich granatowych fartuszkach. Wszystko pięknie, ale obsługa wydała mi się jakaś rozkojarzona, powolna i właśnie somnambuliczna.  Kiedy w końcu udało mi się przykuć uwagę dziewczyny stojącej przy kasie, ta się nagle obudziła i wpadła w panikę, że poprzednia klientka opuściła sklep bez zapłacenia  za zakup.  Druga ekspedientka  poleciała na dworzec  za podejrzaną, ale wróciła z niczym.  W międzyczasie ja zwróciłam uwagę kasjerki na monety leżące na kontuarze i okazało się, że to właśnie była zapłata za zakup tej ściganej klientki, tylko kasjerka tego nie zauważyła.

Chciałoby się zapytać, czy w moim mieście, niedostrzeżona przez  SanEpid czy jego dzisiejszy odpowiednik,  zapanowała epidemia  somnambulizmu, chociaż o ile mi wiadomo, nie jest to choroba zakaźna.   Mój mąż jest skłonny  złożyć  takie zachowanie na karb balowania do wczesnych godzin rannych (co zresztą sam też często uskutecznia, więc wie jak jest).   Jedna z naszych młodych przyjaciółek uważa, że to po prostu sprawa popytu i podaży: w moim mieście jest praca, w tym prowincjonalnym nie ma, więc się ją bardziej ceni.   A ja podejrzewam, że mogą to być  niedociągnięcia kierownictwa, które często bywają przyczyną złego funkcjonowania usług:  brak szkolenia, niejasne formułowanie obowiązków pracownika lub oczekiwanego standardu pracy.  Całkiem możliwe, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie, że w tej sieci jadłodajni jest taniej na miejscu niż na wynos, bo za styropianowe pojemniki się płaci.  To chyba coś mówi o cenie robocizny w Polsce:  np. w Anglii, jeżeli jest różnica w cenach, to na wynos jest taniej.

Internetowa niespodzianka

Parę dni temu, jeszcze przed śniadaniem, mąż zaskakuje mnie pytaniem o moje potencjalne poczynania na jego koncie bankowym, do którego posiadam kartę płatniczą: Czy wczoraj zapłaciłaś te  sumy kartą?  Pokazuje mi  listę czterech transakcji, w sumie na około 3200 zł, zarejestrowanych na koncie poprzedniego dnia. Kwoty nic mi nie mówią i zresztą wiem doskonale, że tego dnia użyłam karty tylko raz i to na niewielką sumę, nieodpowiadającą żadnej z tych kwot.  Ja to bywa z ludźmi, którzy nie muszą się rano spieszyć do pracy, jesteśmy jeszcze półprzytomni od za długiego spania (chociaż najwyraźniej mąż zdążył już sprawdzić konto w Internecie) i paradujemy po mieszkaniu w piżamach, ale powoli zaczyna do nas docierać, że coś jest nie tak. Mąż jest akurat na „posiedzeniu”, ale zostawił drzwi otwarte, więc możemy kontynuować nasze dociekania.

Na razie te cztery transakcje, opisane jakimiś cyframi i nazwą Facebook, są na liście zablokowanych środków, co oznacza, że zostały autoryzowane i czekają na realizację, a suma ich jest  zarezerwowana na koncie jako wydane pieniądze, więc mamy nadzieję, że może jeszcze da się te transakcje anulować.  Mąż jest za wizytą w banku jak tylko się ogarnie, ale ja uważam, że lepiej będzie niezwłocznie zadzwonić.  Wchodzę na stronę banku, odnajduję bez trudu numer linii pomocy i łączę się.  Oczywiście odbiera elektroniczna sekretarka, która proponuje mi kilka, na szczęście prostych, opcji do naciśnięcia lub wypowiedzenia, ale nie wybieram żadnej z nich i po krótkiej chwili zostaję połączona z ludzką istotą.  Imponuje mi to bardzo, bo już wiele razy doświadczyłam, w innych instytucjach, strasznie długiej i skomplikowanej listy opcji i bardzo wydłużonego  oczekiwania na kontakt z człowiekiem z krwi i kości.

Odzywa się bardzo miła pani, która rzeczowo zadaje pytania i radzi, żeby mąż sprawdził na koncie, z której z naszych dwóch kart te transakcje zostały wykonane, bo tę kartę trzeba natychmiast unieważnić, więc mąż, nadal w dezabilu bo właśnie się wybierał pod prysznic, leci włączyć komputer stacjonarny,  bo jego telefon nagle odmawia połączenia z kontem.  Pani cierpliwie czeka i kiedy się okazuje, że transakcje były z karty męża, prosi go do telefonu w celu potwierdzenia tożsamości i unieważnia jego kartę.  Twierdzi jednak, że tych transakcji nie da się już powstrzymać  i że te kwoty wyjdą z konta.  Doradza wizytę na policji w celu zgłoszenia przestępstwa i uzyskania o tym zaświadczenia, bo tylko wtedy bank będzie mógł zwrócić te pieniądze na konto.

Tego popołudnia udajemy się więc na komendę policji, z wydrukiem podejrzanych transakcji oraz okienka konta jakiejś tajemniczej reklamy, które w tym samym dniu ukazało się na Facebook’u męża jako jego zakup i potencjalnie ma związek z tymi transakcjami.  Zgłaszam sprawę dyżurnemu,  a mojemu  zgłoszeniu przysłuchują się dwie pary petentów w poczekalni oraz jakiś facet w drzwiach dyżurki, ubrany w koszulkę T-shirt  i spodnie dresowe, który wydaje się zainteresowany tym co mówię.

Zasiadamy w poczekalni, przygotowując się na dłuższy tu pobyt.  Jest ciepło i czysto, a kiedy informuję męża o istnieniu bufetu (bo już znam to miejsce), on kupuje sobie tam herbatę z cytryną i słodki pierożek i żartuje, że moglibyśmy tu przychodzić dla rozrywki.  Po chwili jednak wzywa nas ten facet z dyżurki i prowadzi na górę do swojego pokoju, gdzie jego koleżanka po fachu, przypuszczalnie po godzinach, właśnie odrabia lekcje z angielskiego, bo na dwóch ostatnich nie była i ma zaległości.

Zaczyna się przesłuchanie.  Najpierw, oczywiście, dokumenty tożsamości, nie tylko męża, ale mój też, bo ostatecznie biorę w tym udział. Pan Starszy Aspirant jest przyjazny i ludzki, nie żaden służbista, bardzo miły, żartobliwy i na pozór rozgadany, ale  widać, że wie, co robi -  gdybyśmy byli jakimiś przestępcami o średniej inteligencji, to możliwe, że wpadlibyśmy w pułapkę i niechcący się wygadali. To nie jest dokładnie to, co po angielsku nazywa się  „honey trap”, bo do tego niezbędna jest piękna kobieta a on takiej nie przypomina raczej, ale coś zbliżonego.

W protokole zapisuje mnie jako przybranego przez męża tłumacza, ale później, dowiedziawszy się, że ja też mam dostęp do konta,  chwilowo ogarnia go wątpliwość, czy ja mogę  występować w roli bezstronnego tłumacza.  Nawet pyta o to koleżankę, ale przecież ja też jestem poszkodowaną, no nie? I dlaczego miałabym używać karty męża, skoro mam równouprawnioną swoją?

Trochę też musi się nagłowić nad stosownym paragrafem Kodeksu do zaklasyfikowania tego przestępstwa, bo prosta kradzież to nie była skoro pieniądze chwilowo jeszcze nie wyszły z konta.   Skrupulatnie spisuje wszystko, co mówimy, od czasu do czasu przeklinając swój laptop, który rzekomo płata mu figle, np. pisząc 31550 zł zamiast 3155 zł.  Zagląda też na Facebook’a męża oraz na stronę WWW, której adres wymieniony jest w okienku konta reklamy na FB i okazuje się, że to jakiś irlandzki sklep internetowy z odzieżą i galanterią damską, o którym ani mąż ani ja nigdy nie słyszeliśmy.    Po około półtorej godziny przesłuchanie się kończy, składamy mnóstwo podpisów na protokole i otrzymujemy kwitek, o który nam chodziło, czyli potwierdzenie zawiadomienia policji.

Następnego dnia mąż biegnie z tym kwitkiem do banku, ale odprawiają go z niczym, bo pieniądze na te cztery transakcje jeszcze nie opuściły konta i nikogo to nie obchodzi.  Dzień później już jest inaczej, bo transakcje zostały zrealizowane i pomocna pracowniczka banku pomocnie formułuje za męża reklamację, w wyniku której on prawdopodobnie odzyska te pieniądze.  Zobaczymy!

Potwierdza się również związek tej Facebook’owej reklamy z kradzieżą numeru karty, bo okienko konta reklamy na FB męża zaczyna  wyświetlać wiadomość, że winien jest następne 2720 zł,  których nie da się pobrać z jego karty o numerze kończącym się na xxxx  i że ma podać inny środek płatniczy.  To właśnie ta karta, którą poprzedniego dnia zablokowaliśmy, więc gdybyśmy tego nie zrobili, to te 2720 zł też rozpłynęłoby się w eterze.    Jednak w dzisiejszych czasach właściwie nie da się uniknąć bankowości online i płatności przez Internet  – od dawna już płacimy w ten sposób domowe rachunki, sprawdzamy stan kont, robimy różne zakupy, itd., i bardzo to sobie chwalimy, bo to jednak znacząco ułatwia życie.  Więc jak tu się uchronić przed internetową kradzieżą, która może się każdemu przytrafić nawet przy zachowaniu wszystkich zalecanych środków ostrożności?

Niestety, internetowych przestępstw jest coraz więcej i, statystycznie rzecz biorąc, tak musi być.  Wnioskując z ich rozmowy, te dwie pary petentów spotkanych w poczekalni na policji też w powiązanych sprawach się zgłosiły.

Na koniec uderza mnie taka myśl: przez 38 lat w Anglii nigdy nie miałam powodu stawić się na policji, a tu w Polsce byłam już trzeci raz w przeciągu czterech lat.  Pierwszy raz, w 2012 roku, było to z okazji włamania do naszego mieszkania, potem w 2014 roku w celu zgłoszenia oszustwa przy kosztownym zakupie przez Allegro, a tym razem w sprawie skradzionych danych karty bankowej męża.  Jednak patrząc na ten fakt obiektywnie dochodzę do wniosku, że dokładnie te same perypetie mogły były się nam przydarzyć w Anglii, ale po prostu przez 38 lat mieliśmy szczęście.