Bankowy szok

To, że w wielu sklepach spożywczych często nie mają drobnych żeby wydać resztę już mnie dawno przestało dziwić, więc zazwyczaj jestem przygotowana i noszę ze sobą sporą ilość metalu.  Wczoraj akurat tak się złożyło, że nie miałam monet ani nawet 20-to czy 10-ciozłotowych banknotów i najmniejszą denominacją w mojej portmonetce  był banknot stuzłotowy.  Z tego wałśnie powodu zaczęły się tzw. schody.

Najpierw, w drodze powrotnej z wypadu na wieś postanowiliśmy zatrzymać się w KFC Drive-Thru  leżącym na naszej trasie, bo nie miałam niczego na obiad, a czasu na normalną restaurację było za mało.  Za nasze zamówienie miłej panience z okienka wręczyłam banknot 50-ciozłotowy męża, na co ta załamała ręce, bo nijak nie miała wydać, same 50-tki i 100-ki w kasie leżały.  Na szczęście zapytałam, czy można zapłacić kartą.  Sama panienka tego nie zaproponowała, prawdopodobnie była tam nowa, bo np. na moje zamówienie na dwa kawałki kurczaka jako danie osobne, a nie dodatek do  zestawu zamawianego przez męża,  podała mi dwie nóżki , zresztą po właściwej cenie, ale stanowiące odrębny produkt w KFC.  Tak więc  udało się dokonać  tej transakcji i i skonsumowaliśmy nasze dania „na chybcika” w samochodzie, pod bacznym okiem naszego stareńkiego psa.

Następnie, po powrocie do domu udałam się do piekarni po ulubiony chleb, który dostępny jest akurat tylko we wtorki. Chleb kosztował 2,90 zł, ale musiałam zapłacić kartą, bo znowu nie mieli jak wydać reszty ze stówy: młodziutka ekspedientka uroczo stwierdziła, że wydawanie reszty zajęłoby godzinę…   Wtedy doszłam do wniosku, że, w celu uniknięcia podobnych sytuacji,  trzeba pofatygować się do banku i po prostu rozmienić setki na coś bardziej strawnego.

O naiwności moja!  Żadne „po prostu”!  Przechodziłam właśnie obok banku PKO (z którego od lat korzystam w elektronicznej formie Inteligo), więc  pomyślałam sobie: jest okazja, wstąpię.  Wstępuję, biorę numerek A124, zasiadam na krzesełku  i widzę przed sobą  4 obsadzone stanowiska.   Tylko przy pierwszym jest jakiś klient, drugie ma wyświetlony numer A122, ale obsługujący trwa w bezruchu,  trzecie ma same kreseczki na wyświetlaczu i też nikogo nie obsługuje, a czwarte podobnież, lecz z numerem A121 nad głową.  Siedzę i czekam, aż coś się zacznie dziać.  Petenci  A121 i A122 są najwyraźniej nieobecni, ale nie wydaje się to martwić urzędników na tych stanowiskach: są zrelaksowani, uśmiechają się do siebie i od czasu do czasu wymieniają się uwagami, a we mnie się gotuje, bo spieszę się na wizytę u lekarza.  Po jakichś 5-ciu minutach takiego stanu rzeczy urzędnik spod numeru  A122 naciska guziczek i numer zmienia się na A124, czyli mój! Wielce uradowana zrywam się z krzesełka, podchodzę żwawo do stanowiska, kładę dwie setki na stół i przedstawiam swoją kwestię, że to 100 zł chciałabym rozmienić na 10-tki, a to drugie na 20-tki, i  wtedy dowiaduję się, że nie da rady!!!  Uszom nie wierzę, nawet podejrzewam jakiś żart, ale urzędnik uprzejmie i całkiem na serio oznajmia mi, że muszę iść do mojego banku.  Ja na to, że to jest właśnie mój bank, bo Inteligo to elektroniczna wersja PKO,  ale urzędnik cierpliwie i z miłym uśmiechem mi wyjaśnia, że jedyną możliwością  zrealizowania mojego żądania byłoby wpłacenie tych dwóch setek na moje konto, a następnie wypłacenie mi ich w pożądanych przeze mnie denominacjach.  Tak mnie zatkało na to dictum, że odeszłam z kwitkiem, nawet nie myśląc o dociekaniu powodów takiej odmowy.

Po drodze do lekarza przechodziłam obok Deutsche Bank, a ponieważ miałam chwilę czasu, to weszłam i osiągnęłam mój cel w dwie minuty, bez żadnych problemów.

Dlaczego nie dało się tego dokonać w banku PKO?  Nie potrafię sobie wyobrazić powodu , dla którego  rozmienianie pieniędzy byłoby jakimkolwiek zagrożeniem dla banku, ale może jestem po prostu nieświadoma ważnych spraw kasowych?

Mój pies uratował mnie od stratowania

Nigdy nie chciałam dopuścić do świadomości myśli, co by było gdyby…

W Anglii obowiązuje odwieczne prawo „public right of way”, które pozwala każdemu chętnemu na nieograniczone używanie tzw. publicznych ścieżek, wytyczonych na mapach gminnych i odpowiednio oznakowanych.  Ścieżki te nierzadko prowadzą przez prywatne pola i nawet gospodarskie zagrody, których właściciele zobowiązani są prawem do przepuszczania nimi zupełnie obcych im ludzi o każdej porze dnia i nocy.  Prawo to jest ogólnie znane i często wykorzystywane przez amatorów pieszych wycieczek w wielu pięknych rejonach kraju.

Kiedyś, już po raz kolejny i nie ostatni, wybrałam się z grupą przyjaciół z pracy na wycieczkę pieszą, tym razem po niewysokich i głównie używanych jako pastwiska górkach w krainie Derbyshire.  Wzięłam ze sobą Mamę, która akurat była u mnie w odwiedziny, męża oraz mojego entuzjastycznego, 7-mio miesięcznego psa, złożonego po połowie z rasowego czarnego labradora i wielkiego długowłosego collie. Zakwaterowaliśmy się w pokoju na jakiejś farmie, gdzie następnego dnia mąż poświęcił się robocie, którą przywiózł ze sobą, Mama odpoczywała i zażywała spacerów, a ja i pies poszliśmy na wędrówkę po górkach z moimi współpracownikami.

Pogoda była piękna i w sam raz do spacerowania, ani za ciepło, ani za zimno. Przechodząc  publiczną ścieżką przez pastwisko należące do naszej farmy, na którym pasło się stado młodych byczków, nasza grupka wędrowników napotkała inną taką, idącą w przeciwnym kierunku.  Mijając się, wymieniliśmy grzecznościowe pozdrowienia, a jeden członek tamtej grupy, widząc mojego psa, ostrzegł nas, że byczki reagują negatywnie na psy.  Podziękowaliśmy i poszliśmy na naszą trasę, dłużej nie zastanawiając się nad tym ostrzeżeniem.

Spacerek był bardzo udany, choć nie bez problemów, bo przechodziliśmy przez różne pola przegrodzone ogrodzeniami z typowymi „furtkami”, czyli konstrukcjami z drewnianych pali, które właściwie były drabinami do przekraczania płotu: dwa wysokie stopnie z jednej strony, dwa z drugiej, a równie wysoką żerdź po środku trzeba było zwinnie przebyć , siadając na niej okrakiem.  Trochę czasu upłynęło zanim mój pies, mimo że bardzo pojętny, nauczył się pokonywać te przeszkody, więc przez pierwsze dwie trzeba było go przenosić, a ważył już wtedy dobre 20 kilo.

W drodze powrotnej ponownie musieliśmy przejść przez to pastwisko z byczkami, ogrodzone płotem i dwiema żelaznymi bramami przecinającymi ścieżkę publiczną. Kiedy weszliśmy na pastwisko przez pierwszą bramę,  ja, pomna ostrzeżenia otrzymanego od napotkanej grupy, zdecydowałam, że najlepiej będzie, jeżeli szybko przebiegnę z psem odcinek do następnej bramy, żeby nie denerwować  rogacizny.  Jak się okazało, to był duży błąd. W momencie, kiedy zaczęłam biec, stado młodych byków puściło się w pogoń za mną i psem.  Usłyszałam wołanie mojego szefa i przyjaciela: Zatrzymaj się!  Stanęłam w miejscu i odwróciłam się, razem z psem,  w stronę atakującego stada. Przez krótki moment  wszystko znieruchomiało, stado stanęło jak wryte i patrzyło na mnie około 60 par oczu bez wyrazu, należących do 200 – 300 kilowych bydlaków.  Widok był przerażający!  Pies, widząc to, zaparł się na wszystkie cztery nogi i zaczął głośno szczekać na to wrogie stado, nie bacząc na jego przewagę liczebną, wagową i rozmiarową.  Byki, nieprzygotowane na taki obrót sprawy,  zaczęły się wycofywać, a cała nasza grupa bezpiecznie dotarła do drugiej bramy.

Właściwie to nie wiem, czy to pies czy mój szef uratował sytuację, ale chyba obaj mieli równie ważny udział.

Biurokratyczny obłęd

Mimo, że jestem znowu w Polsce już 5 lat, nadal potrafi mnie zaskoczyć biurokracja.  Parę dni temu miałam niezbyt miłą wizytę w Urzędzie Skarbowym, którą wiernie opisuję poniżej.

Zacznę od początku: mam zaszczyt lub też pech być  wolontaryjną  przedstawicielką  naszej mikroskopijnej (3 mieszkania) Wspólnoty Mieszkaniowej, jaka automatycznie powstaje w momencie wydzielenia choćby jednego prywatnego lokalu, a  prawo zobowiązuje właścicieli lokali, czy o tym wiedzą, czy nie, do zarejestrowania Wspólnoty i składania corocznych zeznań podatkowych CIT (jak PIT, ale dla firm).

Nasza Wspólnota niczego nie produkuje, niczym nie handluje, w ogóle żadnej działalności gospodarczej nie prowadzi, ale i tak musi co rok składać zeznanie podatkowe CIT, nawet jeżeli te cztery strony zeznania są wypełnione samymi zerami.  Tak było w pierwszym roku składania CIT-u i właściwie poszło to w US dość gładko. Niestety każdy następny rok był coraz trudniejszy, bo sytuacja się zmieniała.  W drugim roku trzeba było uwzględnić w CIT-cie  fakt, że otworzyliśmy konto bankowe i zaczęliśmy się na nie składać, z własnych opodatkowanych pieniędzy,  na koszta utrzymania nieruchomości oraz drobne remonty.  Akurat w tym momencie US zmienił system i zamiast przedstawiania zeznania pani za ladą, która mogła pouczyć i doradzić,  należało je tylko oddać  w okienku kancelarii i oczekiwać na ewentualne konsekwencje.

Formularz CIT8 jest całkiem paskudny, nie dość, że ma 7 stron (łącznie z niezbędnym załącznikiem CIT8/O), to w instrukcjach odsyła do różnych paragrafów, o których żaden normalny śmiertelnik nie może mieć  zielonego pojęcia, a jak już ma, to na pewno nie może zrozumieć.  Nie pojmuję, dlaczego US  zakłada, bo na to wygląda, że każdy obywatel  to prawnik albo inny audytor.

W następnym roku sytuacja się trochę skomplikowała, bo oprócz naszych składek wystąpiły również wydatki z nich, a to na obowiązkowy przegląd kominiarski, a to na czyszczenie rynien , a to na sprawdzenie instalacji gazowych, itp. Po złożeniu dokumentów dostałam bardzo groźne wezwanie, bo jakieś kwoty wpisałam  w nieodpowiednie rubryki.  Dobrze, że dali mi szansę na korektę, a nie od razu posłali do zakładu poprawczego (bo atmosfera w US taka, że można by się tego spodziewać).

Tym razem idąc do Urzędu, byłam przekonana, że w tym roku już mi pójdzie gładko, bo wzór z zeszłego roku powinien pasować, lecz jednak tak się nie stało. Po pierwsze, zgłaszając się w US z moimi wypocinami oraz kopiami dokumentów takich jak uchwały Wspólnoty w sprawie funduszu remontowego i pełnomocnictwa dla mnie w US, oraz aktów notarialnych właścicielek jednego z mieszkań, dających ich matce prawo podpisywania tychże uchwał, nie wiedziałam albo może zapomniałam, że kopie są niewystarczające i że muszą być przedłożone do wglądu US również oryginały.  W okienku kancelarii US, po chwili oczekiwania (kolejki nie było, ale obie panie rezydentki były akurat bez reszty zajęte przerzucaniem papierków na biurku, więc, rzecz jasna, nie były w stanie się natychmiast mną zająć), trafiłam na małomówną, ale nie wiedzieć dlaczego poirytowaną panią w wieku ok. 50-tki. Pani, kiedy w końcu podeszła do okienka, pobieżnie przeglądnąwszy przyniesione przeze mnie dokumenty stwierdziła, że CIT może przyjąć, ale reszty dokumentów nie, bo to są kopie.  Nakazała mi zgłosić się ponownie z oryginałami.  Potulnie odeszłam od okienka, ale zanim dotarłam do wyjścia z Urzędu, uderzyła mnie myśl, że chociaż mogłabym okazać oryginały naszych uchwał, to aktów notarialnych nie, bo są one w prawowitym posiadaniu właścicielek mieszkania. Wróciłam więc do okienka, odwołałam  znowu tę panią od jej biurka i wyjaśniłam mój kłopot.  A pani na to, że ona przecież nie czepia się aktów notarialnych, których kopie są dopuszczalne, ale naszych uchwał.  A skąd miałam wiedzieć, że się ich nie czepia? Przecież powiedziała mi tylko, że moje załączone dokumenty powinny być w oryginale, bez wyszczególniania które dokładnie.  Zupełnie jak za komuny, chociaż ta pani chyba była trochę za młoda, żeby mogła w tym okresie urzędować.  Ale kto wie, może to są jakieś geny?

Po drugie, formularz się zmienił.  Przygotowując zeznanie CIT, najpierw ufnie zabrałam się do przepisywania odpowiedzi z zeszłorocznego zeznania (oczywiście z bieżącymi kwotami, bo na tyle rozumu jeszcze mam), ale natychmiast odkryłam, że  dodano nowe, zupełnie dla mnie niezrozumiałe,  pytania.  Na wszelki wypadek wpisałam w nich same zera, ale nie jestem pewna, czy w tej sprawie nie będą mnie wzywać, grożąc srogo.

Powoli zaczynam wątpić w moją zdolność rozumowania …

Dlaczego nie piszę?

Od kilku miesięcy nie piszę na moim blogu i właśnie zaczęłam się zastanawiać dlaczego i analizować możliwe tego przyczyny.

Najprostszym wytłumaczeniem byłby brak czasu, jednak to nie jest przyczyną.  Czas mam, już od czerwca nie pracuję, ponieważ statek mojej macierzystej firmy w Londynie utknął na mieliźnie, z której już chyba nic nie będzie w stanie go odholować na pełne morze.  Nie żałuję, bo przecież już w 2011 roku oficjalnie przeszłam na emeryturę i dorywczo pracowałam dalej tylko dlatego, że jeszcze byłam potrzebna. Teraz, kiedy już niczego nie mogę dla firmy zrobić, rozsądnie spoczęłam na zasłużonych laurach.

Innym powodem mogłaby być starcza demencja, odbierająca pamięć, logikę i zdolność konstruowania sensownych narracji, ale to, dziękować Bogu, jeszcze mnie nie dotknęło.  Nadal potrafię pisać zrozumiale, korespondencja mailowa wychodzi mi całkiem składnie, a i w różnych grupach na Facebook’u  też coś nie całkiem  głupiego wrzucę od czasu do czasu.

A może po prostu nie mam o czym pisać?  Może nic już nie rozbudza mojej wyobraźni, nie wzbudza silnych odczuć, nie powoduje reakcji lub refleksji, którymi chciałabym się podzielić z moimi (nielicznymi, ale wiernymi) czytelnikami?  Może bujam w obłokach jak po jakimś LSD, bez żadnego powiązania  z rzeczywistością?  Może straciłam zainteresowanie sprawami ludzkimi, podejrzewając   rychłe dostąpienie do życia wiecznego?

Nie, niestety to też nie tłumaczy mojego milczenia.  Jestem jak najbardziej trzeźwa i przytomna, obserwuję wydarzenia w kraju,  czuję,  myślę i przeżywam.  Natłok potencjalnych wypowiedzi cały mój umysł zajmuje, ale gardło mam ściśnięte, aby nie wydać krzyku bólu, mniej więcej tak, jak wtedy w Zakopanem, kiedy przy wysiadaniu z autobusu upadłam na lodzie na łokieć i usłyszałam jak pęka mi główka kości ramienia przy barku.  Jednak nie mam ochoty do publikowania swoich myśli na blogu, bo musiałby to być blog polityczny, który na bank ściągnąłby na moją niewinną głowę lawinę hejtowych komentarzy, a po co mi to na stare lata?

Tak więc wybaczcie, że rzadko piszę – bezpieczniejszych natchnień i tematów  mam obecnie zdecydowanie mniej, chociaż jeden taki wpis akurat opublikowałam na mojej anglojęzycznej stronie

Tajemniczy atak somnambulizmu w moim mieście

W moim ekskluzywnym i kosztownym  mieście, wbrew wszelkim oczekiwaniom,  niedawno otwarto bardzo tanią jadłodajnię z sieci siedmiu, które działają w województwie.  Jest idealna dla studentów, emerytów, chwilowo samotnych tatusiów z dziećmi oraz dla każdego, kto chce po prostu zjeść domowy obiad po bardzo przystępnej cenie, szybko podany  w czystej i przestronnej restauracji,  albo zabrać na wynos do domu . Znam już taką w innym, prowincjonalnym miasteczku (prawdopodobnie pierwszą w tej sieci) i bardzo sobie chwalę jako doskonałe rozwiązanie w sytuacji gdy nie mam czasu lub pomysłu na obiad.  Zawsze są do wyboru co najmniej dwie zupy i dwa drugie dania z dodatkiem różnych surówek, a  oprócz tego codziennie dodatkowo schabowy, filet z kurczaka, naleśniki i pierogi.  Wszystkie dania są pyszne i porcje jak dla głodnego Polaka, sprzedawane głównie w zestawach zupa + drugie za ok. 12 – 14 zł, zależnie od lokalizacji. Oprócz tych dodatkowych, wszystkie są natychmiast dostępne z gorącego bufetu.  Co prawda, trzeba się pogodzić z faktem, że drugie stygnie kiedy jesz zupę, ale trudno, inaczej by to nie funkcjonowało sprawnie, i  niektórzy klienci wobec tego jedzą w odwrotnej kolejności.

W prowincjonalnej  jadłodajni obsługa jest błyskawiczna, dziewczyny w bufecie i kuchni uwijają się jak w ukropie i nikt nie czeka, chyba, że zamówi danie spoza bufetu.  Za to w mojej nowej restauracji dziewczyny poruszają się jak we śnie, mają rozmarzone oczęta i spowolnione ruchy i chwilę to trwa, zanim się zorientują, że ktoś  chce być obsłużony. A jak już zauważą, to też im wolniutko idzie, bo rozglądają się na koleżanki  i na sufit, jakby szukając gdzieś ostatecznego potwierdzenia, że mają wkroczyć do akcji.

A tu następny przykład podpierający moją tezę o somnambulizmie w moim mieście. Parę tygodni  temu  otwarto od dawna wyczekiwany nowy dworzec  (umieszczony w gigantycznym, ale na razie pustym, centrum handlowym) oraz kilka towarzyszących mu sklepów i kawiarni. Weszłam do piekarni gdzie oferują kawę, kanapki, pieczywo i ciasta.  Lokal wyglądał bardzo przyzwoicie, jasno i czysto, na półkach pięknie prezentujące się bagietki i chleby, a w gablocie apetyczne, świeżo przygotowane kanapki, choć wszystko po nieco wygórowanych cenach.  Za ladą cztery młode osoby, trzy dziewczyny i jeden chłopak, w eleganckich granatowych fartuszkach. Wszystko pięknie, ale obsługa wydała mi się jakaś rozkojarzona, powolna i właśnie somnambuliczna.  Kiedy w końcu udało mi się przykuć uwagę dziewczyny stojącej przy kasie, ta się nagle obudziła i wpadła w panikę, że poprzednia klientka opuściła sklep bez zapłacenia  za zakup.  Druga ekspedientka  poleciała na dworzec  za podejrzaną, ale wróciła z niczym.  W międzyczasie ja zwróciłam uwagę kasjerki na monety leżące na kontuarze i okazało się, że to właśnie była zapłata za zakup tej ściganej klientki, tylko kasjerka tego nie zauważyła.

Chciałoby się zapytać, czy w moim mieście, niedostrzeżona przez  SanEpid czy jego dzisiejszy odpowiednik,  zapanowała epidemia  somnambulizmu, chociaż o ile mi wiadomo, nie jest to choroba zakaźna.   Mój mąż jest skłonny  złożyć  takie zachowanie na karb balowania do wczesnych godzin rannych (co zresztą sam też często uskutecznia, więc wie jak jest).   Jedna z naszych młodych przyjaciółek uważa, że to po prostu sprawa popytu i podaży: w moim mieście jest praca, w tym prowincjonalnym nie ma, więc się ją bardziej ceni.   A ja podejrzewam, że mogą to być  niedociągnięcia kierownictwa, które często bywają przyczyną złego funkcjonowania usług:  brak szkolenia, niejasne formułowanie obowiązków pracownika lub oczekiwanego standardu pracy.  Całkiem możliwe, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie, że w tej sieci jadłodajni jest taniej na miejscu niż na wynos, bo za styropianowe pojemniki się płaci.  To chyba coś mówi o cenie robocizny w Polsce:  np. w Anglii, jeżeli jest różnica w cenach, to na wynos jest taniej.

Internetowa niespodzianka

Parę dni temu, jeszcze przed śniadaniem, mąż zaskakuje mnie pytaniem o moje potencjalne poczynania na jego koncie bankowym, do którego posiadam kartę płatniczą: Czy wczoraj zapłaciłaś te  sumy kartą?  Pokazuje mi  listę czterech transakcji, w sumie na około 3200 zł, zarejestrowanych na koncie poprzedniego dnia. Kwoty nic mi nie mówią i zresztą wiem doskonale, że tego dnia użyłam karty tylko raz i to na niewielką sumę, nieodpowiadającą żadnej z tych kwot.  Ja to bywa z ludźmi, którzy nie muszą się rano spieszyć do pracy, jesteśmy jeszcze półprzytomni od za długiego spania (chociaż najwyraźniej mąż zdążył już sprawdzić konto w Internecie) i paradujemy po mieszkaniu w piżamach, ale powoli zaczyna do nas docierać, że coś jest nie tak. Mąż jest akurat na „posiedzeniu”, ale zostawił drzwi otwarte, więc możemy kontynuować nasze dociekania.

Na razie te cztery transakcje, opisane jakimiś cyframi i nazwą Facebook, są na liście zablokowanych środków, co oznacza, że zostały autoryzowane i czekają na realizację, a suma ich jest  zarezerwowana na koncie jako wydane pieniądze, więc mamy nadzieję, że może jeszcze da się te transakcje anulować.  Mąż jest za wizytą w banku jak tylko się ogarnie, ale ja uważam, że lepiej będzie niezwłocznie zadzwonić.  Wchodzę na stronę banku, odnajduję bez trudu numer linii pomocy i łączę się.  Oczywiście odbiera elektroniczna sekretarka, która proponuje mi kilka, na szczęście prostych, opcji do naciśnięcia lub wypowiedzenia, ale nie wybieram żadnej z nich i po krótkiej chwili zostaję połączona z ludzką istotą.  Imponuje mi to bardzo, bo już wiele razy doświadczyłam, w innych instytucjach, strasznie długiej i skomplikowanej listy opcji i bardzo wydłużonego  oczekiwania na kontakt z człowiekiem z krwi i kości.

Odzywa się bardzo miła pani, która rzeczowo zadaje pytania i radzi, żeby mąż sprawdził na koncie, z której z naszych dwóch kart te transakcje zostały wykonane, bo tę kartę trzeba natychmiast unieważnić, więc mąż, nadal w dezabilu bo właśnie się wybierał pod prysznic, leci włączyć komputer stacjonarny,  bo jego telefon nagle odmawia połączenia z kontem.  Pani cierpliwie czeka i kiedy się okazuje, że transakcje były z karty męża, prosi go do telefonu w celu potwierdzenia tożsamości i unieważnia jego kartę.  Twierdzi jednak, że tych transakcji nie da się już powstrzymać  i że te kwoty wyjdą z konta.  Doradza wizytę na policji w celu zgłoszenia przestępstwa i uzyskania o tym zaświadczenia, bo tylko wtedy bank będzie mógł zwrócić te pieniądze na konto.

Tego popołudnia udajemy się więc na komendę policji, z wydrukiem podejrzanych transakcji oraz okienka konta jakiejś tajemniczej reklamy, które w tym samym dniu ukazało się na Facebook’u męża jako jego zakup i potencjalnie ma związek z tymi transakcjami.  Zgłaszam sprawę dyżurnemu,  a mojemu  zgłoszeniu przysłuchują się dwie pary petentów w poczekalni oraz jakiś facet w drzwiach dyżurki, ubrany w koszulkę T-shirt  i spodnie dresowe, który wydaje się zainteresowany tym co mówię.

Zasiadamy w poczekalni, przygotowując się na dłuższy tu pobyt.  Jest ciepło i czysto, a kiedy informuję męża o istnieniu bufetu (bo już znam to miejsce), on kupuje sobie tam herbatę z cytryną i słodki pierożek i żartuje, że moglibyśmy tu przychodzić dla rozrywki.  Po chwili jednak wzywa nas ten facet z dyżurki i prowadzi na górę do swojego pokoju, gdzie jego koleżanka po fachu, przypuszczalnie po godzinach, właśnie odrabia lekcje z angielskiego, bo na dwóch ostatnich nie była i ma zaległości.

Zaczyna się przesłuchanie.  Najpierw, oczywiście, dokumenty tożsamości, nie tylko męża, ale mój też, bo ostatecznie biorę w tym udział. Pan Starszy Aspirant jest przyjazny i ludzki, nie żaden służbista, bardzo miły, żartobliwy i na pozór rozgadany, ale  widać, że wie, co robi -  gdybyśmy byli jakimiś przestępcami o średniej inteligencji, to możliwe, że wpadlibyśmy w pułapkę i niechcący się wygadali. To nie jest dokładnie to, co po angielsku nazywa się  „honey trap”, bo do tego niezbędna jest piękna kobieta a on takiej nie przypomina raczej, ale coś zbliżonego.

W protokole zapisuje mnie jako przybranego przez męża tłumacza, ale później, dowiedziawszy się, że ja też mam dostęp do konta,  chwilowo ogarnia go wątpliwość, czy ja mogę  występować w roli bezstronnego tłumacza.  Nawet pyta o to koleżankę, ale przecież ja też jestem poszkodowaną, no nie? I dlaczego miałabym używać karty męża, skoro mam równouprawnioną swoją?

Trochę też musi się nagłowić nad stosownym paragrafem Kodeksu do zaklasyfikowania tego przestępstwa, bo prosta kradzież to nie była skoro pieniądze chwilowo jeszcze nie wyszły z konta.   Skrupulatnie spisuje wszystko, co mówimy, od czasu do czasu przeklinając swój laptop, który rzekomo płata mu figle, np. pisząc 31550 zł zamiast 3155 zł.  Zagląda też na Facebook’a męża oraz na stronę WWW, której adres wymieniony jest w okienku konta reklamy na FB i okazuje się, że to jakiś irlandzki sklep internetowy z odzieżą i galanterią damską, o którym ani mąż ani ja nigdy nie słyszeliśmy.    Po około półtorej godziny przesłuchanie się kończy, składamy mnóstwo podpisów na protokole i otrzymujemy kwitek, o który nam chodziło, czyli potwierdzenie zawiadomienia policji.

Następnego dnia mąż biegnie z tym kwitkiem do banku, ale odprawiają go z niczym, bo pieniądze na te cztery transakcje jeszcze nie opuściły konta i nikogo to nie obchodzi.  Dzień później już jest inaczej, bo transakcje zostały zrealizowane i pomocna pracowniczka banku pomocnie formułuje za męża reklamację, w wyniku której on prawdopodobnie odzyska te pieniądze.  Zobaczymy!

Potwierdza się również związek tej Facebook’owej reklamy z kradzieżą numeru karty, bo okienko konta reklamy na FB męża zaczyna  wyświetlać wiadomość, że winien jest następne 2720 zł,  których nie da się pobrać z jego karty o numerze kończącym się na xxxx  i że ma podać inny środek płatniczy.  To właśnie ta karta, którą poprzedniego dnia zablokowaliśmy, więc gdybyśmy tego nie zrobili, to te 2720 zł też rozpłynęłoby się w eterze.    Jednak w dzisiejszych czasach właściwie nie da się uniknąć bankowości online i płatności przez Internet  – od dawna już płacimy w ten sposób domowe rachunki, sprawdzamy stan kont, robimy różne zakupy, itd., i bardzo to sobie chwalimy, bo to jednak znacząco ułatwia życie.  Więc jak tu się uchronić przed internetową kradzieżą, która może się każdemu przytrafić nawet przy zachowaniu wszystkich zalecanych środków ostrożności?

Niestety, internetowych przestępstw jest coraz więcej i, statystycznie rzecz biorąc, tak musi być.  Wnioskując z ich rozmowy, te dwie pary petentów spotkanych w poczekalni na policji też w powiązanych sprawach się zgłosiły.

Na koniec uderza mnie taka myśl: przez 38 lat w Anglii nigdy nie miałam powodu stawić się na policji, a tu w Polsce byłam już trzeci raz w przeciągu czterech lat.  Pierwszy raz, w 2012 roku, było to z okazji włamania do naszego mieszkania, potem w 2014 roku w celu zgłoszenia oszustwa przy kosztownym zakupie przez Allegro, a tym razem w sprawie skradzionych danych karty bankowej męża.  Jednak patrząc na ten fakt obiektywnie dochodzę do wniosku, że dokładnie te same perypetie mogły były się nam przydarzyć w Anglii, ale po prostu przez 38 lat mieliśmy szczęście.

Nowy wariant oszustwa „na wnuka”

Dzwoni mój stacjonarny telefon, który charakteryzuje się tym, że przychodzą nań jedynie rzadkie telefony of moich dwóch sąsiadek oraz dużo niechcianych zaproszeń na bezpłatne badania diagnostyczne, wypasione spotkania „wybrednych” konsumentów i inne podobne okazje nie do przepuszczenia.

Odbieram i słyszę:  Ciocia?

Ja:  Kto mówi?

Kobieta:  No, nie poznaje Ciocia? To ja. (i tak dobrze, że nie uznała mnie za mężczyznę z powodu mojego niskiego głosu, na co się łapie wielu z tych dzwoniących)

Ja:  Przepraszam, ale nie poznaję.

Kobieta:  Dla ułatwienia dodam, że nie z (nazwa mojego miasta).  No niech sobie Ciocia przypomni gdzie ma rodzinę?  No gdzie?

Ja, podejrzewając  próbę wyciągnięcia informacji w celu kontynuowania oszustwa:  Nie wiem, proszę się przedstawić.

Kobieta na to rozłącza się.

Podejrzewam, że to był dość nieudolny wariant oszustwa „na wnuka”.  Gdybym wyjawiła, że mam rodzinę w X, Y i Z, to kobieta podpisałaby się pod jednym z tych miejsc  i dalej działałaby w celu wyciągnięcia ode mnie kasy.  Scenariusz pewnie byłby typowy: jestem w wielkiej potrzebie, ale sama nie mogę po forsę przyjechać z jakiegoś ważnego i przekonywującego  powodu, więc poślę kolegę.  Ja, wzruszona do głębi jej trudną sytuacją, miałabym popędzić do banku i wyjąć wszystkie moje oszczędności w gotówce, żeby przekazać je koledze dla uratowania mojej krewnej.

Niestety, takie oszustwa odbywają się od lat i wiele starszych osób pada ich ofiarą.  Na szczęście ja jeszcze jestem w miarę przytomna, ale kto wie, jak zareagowałabym, gdybym była 20 lat starsza.

Dziwi  mnie, że przy  dostępnej technologii  takich oszustów nie da się wyśledzić  po numerze telefonu.

 

Chorwacja

We wrześniu na parę dni odwiedziliśmy Chorwację, która natychmiast sprawiła mi problem językowy.   Jeżeli ma się na myśli region, to byłam na Chorwacji, a jeżeli państwo, to w Chorwacji, i jak tu wszystkich zadowolić?  Tak samo jest z Ukrainą i Słowacją.   „Na” używa się do regionów i wysp, a „w” do państw, ale co jest poprawne, kiedy i państwo i region mają tę samą nazwę? Zabójczy jest ten polski język!  Odstawiając ten problem na boczny tor, postaram się w poniższym wpisie oddać moje wrażenia z tego wypadu.

Podróż była, delikatnie mówiąc, upierdliwa, bo bezpośrednich lotów do Splitu nie było ani z Gdańska ani z Warszawy ani nawet z Berlina czy Frankfurtu,  więc musieliśmy lecieć przez Londyn, czyli bardzo okrężną drogą. No ale dotarliśmy na miejsce.  Po tylu godzinach spędzonych na lotniskach, w samolotach a potem w autobusie, który dowiózł nas do miasta, pragnęłam tylko kilku zastrzyków nikotyny oraz bardzo zimnego piwa, co, na szczęście,  udało mi się zrealizować w podłej kafejce tuż przy stacji autobusowej.

Tymczasem gospodarz zamówionego wcześniej apartamentu już czekał na miejscu i niecierpliwił się naszym opóżnieniem.  Telefonicznie doradził nam dojście do apartamentu piechotą wzdłuż nabrzeża, bo taksówka i tak dojechałaby tylko na najbliższą przecznicę od naszej ulicy. Nie było daleko i mieliśmy jedynie lekki bagaż podręczny, ale poza płaskim paskiem nabrzeża droga wiodła dość stromo pod górę, więc osoby z większym bagażem miałyby ciężko, i, pomimo, że uprzednio dokładnie przestudiowałam lokalizację na  booking.com, takich wiadomości nie uzyskałam.

Jednak nie mogę narzekać:  długa podróż i, w dużo mniejszym stopniu,  pieszy dostęp do kwatery  były jedynymi  mankamentami  tej wyprawy (to drugie okazało się być dużym problemem dla pary Izraelczyków, którzy dobili do naszej kwatery jednego wieczora wyrażnie w stanie wyczerpania fizycznego i psychicznego).  Wszystko inne było zachwycające! Widoki, jedzenie, klimat, zapachy, morze i bardzo serdeczni tubylcy. Nawet język mi się spodobał, bo nie był aż tak różny od naszego. Niektóre wyrazy były bardzo podobne lub wręcz takie same, np. kontrola, potpis, pivo, a wielu znaczeń można się było domyślić przy odrobinie chęci i wyobrażni, np. ljekarnia – apteka, otkup – skup, pekarna / pekarnica – piekarnia.   Nad innymi trzeba się było dużo bardziej zastanowić, ale we własnym kontekście nabierały oczywistego znaczenia, np. blagalnja w banku to kasa, mesnica jako sklep to sklep mięsny, a namaz na plastikowym pudełku w sklepie spożywczym to smarowidło do chleba.  Spotkałam też słowa rosyjskie, np. czaj – herbata czy bolnica – szpital. A najszybciej nauczyliśmy się wyrazu hvala czyli dziękuję, bo zupełnie jak polskie chwała.

Moim najsilniejszym wrażeniem ze Splitu jednak pozostaną ryby. Każda szanująca się restauracja (a było ich mnóstwo) brała sobie za punkt honoru podawanie najświeższych ryb z porannego połowu.  Wobec tego w ich menu pozycje takie jak filet z dorady, itp., były bardzo nieliczne, natomiast na  samym czele widniały: ryba klasy I, ze świeżego morskiego połowu – 430 kuna za kilogram, ryba klasy II,  świeża ale z hodowli  – 310 kuna (1 kuna to 56 groszy, więc orientacyjnie można było ceny dzielić na pół).  Jeżeli to się zamówiło, to przynosili wielki półmiskek świeżych ryb i kazali sobie wybrać sztukę, a potem ważyli i odpowiednio kasowali.  A nawet jak się zamówiło danie, które opiewało na filet, to dostawało się całą rybę, ale małą.  Podawali je otoczone w pachnące zioła i z grilla, nie elektrycznego, ale prawdziwego z węglem drzewnym i to było niebo w gębie.  Niezdecydowani mogli też zamówić  półmisek ryb na dwoje, co raz uczyniliśmy i bardzo nam smakowało, bo  to był cały okoń morski oraz steki z tuńczyka i dwóch innych, mięsnych ryb w towarzystwie langust i krewetek, które niestety na poniższym zdjęciu nie figurują, bo wcześniej  zdążyłam je skonsumować.  

Po raz pierwszy w życiu jadłam dość płaską i paskudnie wyglądającą rybę z wielką głową i grożnymi kolcami na grzbiecie i płetwach, która po angielsku zwie się John Dory albo Peter’s Fish, a po polsku piotrosz.  Nazwa John Dory była mi znajoma, musiałam się chyba z nią zetknąć w angielskiej literaturze, bo na pewno nie w żadnym supermarkecie, a w Anglii ta ryba była znana i ceniona już w drugiej połowie 19-go wieku.  W Splicie po raz pierwszy spotkałam ją „na żywo”  (no może niekoniecznie na żywo z punktu widzenia tej sztuki, ale w każdym razie oko w oko).  Polecił mi ją kelner, któremu zaznaczyłam, że półtorakilogramowej ryby nie zjem, więc proszę o mniejszą.  Ugrillowana była doskonała, bardzo delikatna, trochę jak sola, ale bardziej mięsista.  Wspaniałość!  Absolutnie nie jestem  zagorzałą miłośniczką ryb (pewnie głównie z powodu ignorancji), zwłaszcza że kilka razy się porządnie rybą zatrułam, ale w Splicie rzuciłam uprzedzenia na wiatr i sobie nie odmawiałam, jadłam je codziennie i nie żałuję. Jeżeli jeszcze raz zdecyduję się wybrać na Chorwację, to powodem będą te ryby.

Nasza kwatera była fajna, kompletnie adekwatnie wyposażony apartamencik (bo malutki) na wysokim parterze pięknego domku, z dostępem na ganek, z którego schodki prowadziły na ulicę. Na ganku stał stoliczek z dwoma krzesłami i tam właśnie jadaliśmy śniadania złożone z miejscowych produktów: wspaniałego chleba, pysznego sera, pomidorów  i suchej kiełbasy w rodzaju salami, które dostępne były w malutkim sklepiku spożywczym położonym  ok. 150 metrów od naszej kwatery.  Do tego jeszcze była miseczka świeżo ususzonych fig, które kupiliśmy na targu – sprzedawano je w torebkach plastikowych ze świeżymi  listkami laurowymi.  Nie miałam pojęcia, że te liście tak pięknie pachną jak są świeże, podejrzewałam, że może to są liście granatów i nawet zerwałam jeden z czyjegoś ogródka, żeby powąchać , ale jednak okazało się, że te nie pachną, więc to jednak liście laurowe.

Targi nas trochę ominęły, albo raczej my je, bo odbywały się rano, a nam, jak zwykle od czasu przejścia na emeryturę, nie udawało się ruszyć z pieleszy przed 12-tą.  Szkoda, bo to, co po nich pozostało wyglądało ciekawie.   Na targu rybnym w południe zostało już tylko jedno stoisko, na które ktoś akurat dowoził przed naszymi oczami skrzynkę świeżych  sardynek, a na targu zielonym było jeszcze kilka niemrawych stoisk z pomidorami, cukiniami i paprykami oraz ze dwa z wędlinami i serami. Nawet coś tam kupiłam, kilka pomidorów na śniadanie, a potem jeszcze jakiś dobry ser i salami, ale po mocno zawyżonych cenach, bo cwaniak sprzedawca zoczył frajera.  Ja często dobrowolnie daję się oszukiwać, bo zważywszy koszty emocjonalne i monetarne, dochodzę do wniosku, że tak będzie najlepiej. Ale nie zrozumcie mnie żle, jeżeli na czymś mi szczególnie zależy albo w rachubę wchodzi zasada, to nie pozwolę nikomu dmuchać w moją kaszę i się postawię!

Nie uda mi się tutaj opisać wszystkich moich wrażeń z Chorwacji, bo musiałabym chyba książkę napisać, więc na zakończenie chyba najstosowniejsza będzie skrócona chronologia. W dzień przylotu dotarliśmy do kwatery około 7-mej wieczorem, po powyżej wspomnianym postoju w kafejce na stacji autobusowej, i natychmiast udałam się do pobliskiego sklepiku w celu zabezpieczenia wiktuałów na śniadanie. Zaraz potem poszliśmy na kolację do najbliższej restauracji pod tytułem Głęboki Cień (tyle, że po chorwacku) i tam zjedliśmy cielęce steki z grilla, bo jeszcze nie ośmieliłam się do ryb.  Następnego dnia, po całkiem miłym śniadanku na ganku wyruszyłam sama na pobliskie wzgórze Marjan, podczas gdy mąż, oderwawszy się w końcu od obsługi swoich gadżetów, poszedł się umyć i ubrać. Po wspinaniu się po naszej uliczce przez tylko 10 minut, w ciągu których doświadczyłam  pięknego, kwiatowo-ziołowego aromatu chorwackich sosen oraz odgłosów tysięcy cykad, dotarłam na (prawie) szczyt i oszołomiły mnie wspaniałe  widoki na port  i miasto, z których żyła usytuowana tam restauracja.  Można jeszcze było iść wyżej, ale nie miałam ani czasu ani sił w tym upale.

Poszliśmy potem do banku w mieście, żeby wymienić pieniądze, bo gdzieś wyczytaliśmy, że na miejscu lepiej niż w obcych krajach.  Potem kupiłam sobie na jakimś  stoisku szal, którego używałam przez cały pobyt, a to jako osłonę przed słońcem czy wieczornym chłodkiem, a to jako spódniczkę przyzwoitkę kiedy byłam w szortach, a to znowu jako wyściółkę na twarde siedzenie na promie.  Odwiedziliśmy też te dwa targi, których już nie było i  zwiedziliśmy pałac, który jakiś wielki władca przygotował dla siebie, ale z którego nigdy nie skorzystał, pałac  już teraz wtopiony w okoliczne budynki , ale nadal imponujący.

Następnego dnia wybraliśmy się promem na najbliższą z tysiąca chorwackich wysp i jedną z pięciu zamieszkałych, Brać (Bracz), do jej głównego miasta Supetar.  Warto było, bo widoki po drodze były zachwycające, a sama wyspa też piękna, z kamienistymi plażami naokoło.  Zjadłszy tam jakiś niespecjalny, ale dobry lekki lunch, udaliśmy się na plażę, bo byłam zdeterminowana umoczyć stopy w Adriatyku.  Jednak stąpanie po kamyczkach bez wodnego obuwia przerosło moje granice bólu (chociaż widziałam, jak dwójka rozbrykanych dzieciaków bawiła się w wodzie bez problemów) i celu dopięłam dopiero powoli przesuwając się na własnym sprzęcie (siedzeniu)  do brzegu oceanu.  Podbudowana tym osiągnięciem wyciągnęłam mojego obolałego (od kręgosłupa) męża na spacer do najbliższego końca wyspy i było pięknie. Wróciliśmy na stały ląd tym samym promem i wtedy właśnie skonsumowałam tego piotrosza na kolację.

W końcu, przewidywalnie,  nadszedł ostatni dzień pobytu.  Samolot mieliśmy póżnym popołudniem, więc jeszcze zdążyliśmy odbyć śniadanko na ganku oraz zjeść pyszny obiad w restauracji:  ja doskonałego okonia morskiego, a mąż befsztyk. Powrotna droga mnie mocno wymęczyła:  dwa loty po dwie i dwie i pół godziny, szwendanie się po lotniskach i brak nikotyny sprawiły, że dotarłam na lotnisko w Gdańsku w bardzo zestresowanym stanie.  Już chyba nigdy nie zdecyduję się na taką długą podróż, chyba, że własnym samochodem gdzie mogę palić i odpoczywać kiedy chcę.

Ale Chorwację polecam bez zastrzeżeń!

Wybrednego smakosza przegląd sopockich restauracji

Uwielbiam jeść i zresztą gotować też, ale tak się składa, że co najmniej raz na tydzień jadam w restauracji.  W Sopocie jest ich zastraszająca ilość i wiele z nich przez ostatnie parę lat odwiedziłam, z różnym powodzeniem.  Poniżej opisuję moje wrażenia z nich, ale, żeby je w pełni zrozumieć, trzeba znać mój gust kulinarny.  Lubię potrawy wyraziste, dobrze przyprawione, nie unikam ostrych; uwielbiam kuchnię polską,  francuską, włoską, hinduską i chińską;  nierozgotowane warzywa swojskie i śródziemnomorskie, kiszonki, surówki i zielone sałatki z odpowiednim sosikiem oraz wszelkie zioła i czosnek. Lubię mięsa i sery, najświeższe ryby oraz krewetki, homary i raki (niestety na małżowate mam uczulenie) a także pierogi, naleśniki i kluski (oprócz śląskich, bo zbyt gumowate).  W poniższych opisach nie podaję dokłanych adresów, ale chętni mogą  je łatwo znaleźć w Internecie – wiele jest na głównym sopockim deptaku prowadzącym do mola, ul. Bohaterów Monte Cassino.

Bar Przystań – najpopularniejsza w Sopocie restauracja rybna i bodajże jedyna, która się w rybach specjalizuje. Znajduje się tuż przy plaży na gdańskim skraju Sopotu i zawsze jest zatłoczona.  Moim zdaniem jest mocno przereklamowana: ryby, owszem, świeże, ale te z pieca są wysuszone i słabo przyprawione, a dodatki miernej jakości. Można tam pójść, ale niekoniecznie.

Baroco – na rogu ulic Boh.Monte Cassino i Westerplatte, ze stolikami na zewnątrz.  Jedzenie jest wspaniałe i pięknie podane: befsztyki, pieczone i smażone ryby, sałatki oraz bardzo tanie i pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) w południe, ale obsługa i organizacja marniutka i łatwo się załamuje –  przypuszczalnie z powodu niedoświadczonego kierownika i niedoświadczonych, przepracowanych kelnerek.  Moje ulubione danie to pieczony łosoś z mozzarellą i suszonymi pomidorami na gotowanych warzywach (kalafior, brokuły, marchew, cukinia), ale jadłam tam też świetne flądry z pieca. Polecam cierpliwym gościom o stoickim usposobieniu.

Smakosz – mniej więcej w połowie ul. Boh.Monte Cassino. Reklamuje polskie dania i owszem, ma  je w menu, ale kiedy tam zawitaliśmy z naszymi litewskimi gośćmi, okazało się, że np. żadnych pierogów akurat nie ma. Mąż tam tydzień wcześniej jadł pyszny szpinak z masłem i czosnkiem, ale tego dnia nam się nie powiodło.  Ja zamówiłam smażonego łososia, którego podali wysmażonego do sucha,  w panierce – no toż to świętokradztwo! Towarzyszące surówki były znośne, ale nieciekawe.  Kolega jadł smutno i wątle wyglądające pieczone żeberka, a mąż polędwiczki wieprzowe z kurkami, które były bardzo smaczne.  Ogólnie więc nie polecam.

Cuda Wianki – przyjazna i tania naleśnikarnia na górze Monte Cassino. Pyszne naleśniki ze zwykłej mąki lub pełnoziarnistej albo ziemniaczane, z dużym wyborem farszu.  M.in. robią naleśnik z farszem jak do pierogów ruskich – niebo w gębie!  Jedyny mankament to mała ilość stolików, więc zwykle trzeba chwilę poczekać. Uwaga: nie podają piwa ani wina!  Zdecydowanie polecam.

Błękitny Pudel – na Monte Cassino, mniej więcej naprzeciw Krzywego Domku, ze stolikami  na zewnątrz.  Ceny przystępne, jedzenie bardzo dobre,  mają niezbyt szerokie menu zawierające  swojskie polskie potrawy (np. doskonałe pierogi ruskie, kaszanka, wątróbka) oraz różne bardziej wykwintne, ale co najmniej pół godziny się na nie czeka.  Polecam dla cierpliwych, zawsze można czas zabić herbatką czy piwem.

Mówisz i MASZ (do niedawna Image) – cenowo niezbyt droga jak na Sopot, bardzo dobra restauracja / pub na Grunwaldzkiej. Jako Image, jeszcze na początku tego roku, była moją ulubioną restauracją, bo miała ciekawy,  przytulny  i niecodzienny wystrój (m. in.  z rysunkami z Kamasutry na suficie) i oferowała  pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) za 20 zł, z których mąż zawsze korzystał, a w menu miała wykwintne dania, np. skwierczące krewetki w maśle z czosnkiem (moje ulubione) czy kotleciki z jagnięciny.  Obecny wystrój jest prosty i mniej przytulny, ale może bardziej atrakcyjny dla młodych?  Podejrzewam, że w nowej nazwie „i MASZ”   odzwierciedla polską wymowę francuskiego słowa „image”.  Menu nie zawiera już tanich zestawów obiadowych, chociaż może po sezonie do nich powrócą, ale nadal serwują te wspaniałe krewetki oraz codziennie wybór świeżutkich i dobrze przyrządzonych ryb.   Podczas ostatniej tam wizyty, dwa tygodnie temu, odrobinę się zawiodłam, bo przy zamawianiu wskazałam palcem na menu ciekawie brzmiący chłodnik z jogurtem, rzodkiewką i kalarepą, a przyniesiono mi  taki z botwinki, który widniał na tablicy przed restauracją, i na dodatek nie tak smaczny jak ten, który często sama robię.  Absolutnie nie był zły, ale uważam, że kelnerka  (jakaś nowa, bo nigdy przedtem jej tam nie widziałam) powinna była mnie poinformować  o tym przy zamawianiu. Pomimo tego,  polecam  gorąco.

Sanatorium – dwa kroki od Mówisz i MASZ, potrawy tańsze i bardzo pyszne. Najlepsze są makarony, które można wybrać do każdej potrawy.  Ja zwykle biorę moje ulubione farfalle w potrawie  Sanatorium – szparagi, czosnek, oliwa i boczek.  Polecam.

Pizza Tresoro – na górze Monte Cassino oraz przy Władysława łokietka w kierunku na Gdańsk. Ciasto doskonałe!  Moja ulubiona pizza to ta z pikantnym włoskim salami, ale wybór jest olbrzymi.  Polecam.

Dwie restauracje hinduskie, niedaleko od siebie na Grunwaldzkiej, jedna po tej stronie co Sanatorium, a druga po przeciwnej.  W pierwszej podają potrawy może i z hinduskich przepisów, ale chyba robione z polskich zastępczych składników, więc efekt w niczym nie przypomina mojej ukochanej kuchni hinduskiej.  W drugiej każde danie jest serwowane w takim samym pomidorowym sosie, co w ogóle nie ma odniesienia do prawdziwej kuchni hinduskiej, którą dobrze znam.  To jest skandal i obraza! Absolutnie odradzam!

Browar Sopocki – były  Złoty Ul  na górze Monciaka – od niepamiętnych czasów była to knajpa dla samotnych i spragnionych oraz dla chętnych na czarnorynkowe dolary, gdzie równie dobrze można było wypić kawę i zjeść ciastko jak się upić.  Od niedawna  jest tam elegancka restauracja, a w głębi prawdziwy i działający browar, produkujący najprzedziwniejsze piwa, które serwowane są w restauracji . Mają wspaniałe befsztyki, ale podają je z wielkimi i kompletnie nieporęcznymi  kuchennymi nożami zamiast noży do steków – może wydaje im się, że tak jest bardziej światowo, ale naprawdę trudno tym jeść.  Warto spróbować.

Ostatni zajazd na Litwie

Planując i przygotowując imprezę na 90-te urodziny Mamy nie mogłam się opędzić od podtytułu „Pana Tadeusza”.  Wbił mi się w mózg z kilku powodów, z których najważniejsze to zdrowotna równia pochyła, po której Mama coraz szybciej zjeżdża oraz postępujący niedobór energii u organizatorów, czyli  mnie i mojej siostry.

Na imprezę chciałyśmy zaprosić wszystkich przyjaciół domu oraz najbliższą rodzinę z Krakowa i Bielska-Białej i wyszło tego ok. 50-ciu osób, więc, pomimo tego, że Mamy urodziny wypadają w listopadzie, impreza musiała się odbyć w lecie, w ogrodzie, bo jej dwuizbowy wiejski domek takiej liczby gości nie byłby w stanie pomieścić, toż to prawie jak całkiem przyzwoite wesele!

Wyznaczyłyśmy termin na sobotę 25-go lipca i planowanie zaczęłyśmy miesiąc wcześniej, a zakupy niedługo potem. Menu było obszerne i urozmaicone: na początek barszcz z krokietami, których sporą ilość wyprodukowałyśmy dużo wcześniej i zamroziłyśmy na właśnie taką okazję; kilka wykwintnych potraw na zimno z pieczywem, żeby umilić czekanie na grill, a z grilla marynowane polędwiczki wieprzowe i kiełbaski z bardzo dobrej wędliniarni.  Na koniec jeszcze dodałam kilka filetów z łososia, żeby się nie zmarnowały, bo miałam przygotowane do usmażenia poprzedniego dnia dla gości z południa, ale nie wszystkie się zjadły, więc  na imprezie przyprawiłam je jednym z sosów przygotowanych do krewetek (sojowo-imbirowym),  ugrillowałam i miały wielkie powodzenie wśród kilku spóżnionych gości.

Potrawy na zimno składały się z mozzarelli z pomidorami, przyprawionej oregano i oliwą; olbrzymich krewetek z dwoma sosami, sojowo-imbirowym i majonezowym z harissą; wędzonego łososia w sosie śmietanowo-chrzanowym z kaparkami; sałatki z młodych ziemniaków i jajek w majonezie ze szczypiorem; kurczaka koronacyjnego (potrawa wymyślona na 50-tą rocznicę koronacji angielskiej królowej Elżbiety II); świeżutkich białych bułeczek; chrupiących ogórków zakiszonych tydzień wcześniej oraz pysznego smalcu i żytniego chleba.  Na wszelki wypadek był też półmisek porcjowanych pieczonych kurczaków do konsupmpcji na zimno lub z grilla, żeby, broń Boże, nikt nie wyszedł głodny, ale zostały prawie wszystkie, bo oczywiście, jak zwykle u mnie, wszystkiego było za dużo. Mam jakąś paranoję na ten temat: w czasie przygotowywania wpadam w panikę, że nie starczy tego dla wszystkich, a potem zawsze się okazuje, że jest na pułk wojska.

Na deser były dwa półmiski pokrojonych i pięknie przez kuzynkę i najbliższą przyjaciółkę zaprezentowanych owoców, trzy torty z naszej wypróbowanej cukierni Sowa (zupełnie niepowiązanej z tą od podsłuchów) oraz ciasta zakupione przez gości z południa. Całemu posiłkowi towarzyszyły woda, soki oraz galony wina i piwa, więc było co pić.

Gości przybyło na imprezę trochę mniej, ok. 35, bo nie wszyscy mogli, ale parking na trawniku wzdłuż wjazdu i tak okazał się niewystarczający, więc najpózniejsi goście zaparkowali już na szosie.  Kiedy najwcześniejsi przybysze chcieli wyjechać, trzeba było zrobić większe przemeblowanie. Skomplikowanymi manewrami samochodów bardzo sprawnie zawiadował brat – kapitan, który ma ku temu wybitne kwalifikacje, jako że jego obecna praca  obejmuje m.in. ształowanie trudnych ładunków na statkach.

Os, much i komarów na szczęście nie było z powodu deszczowej aury, ale przybył jeden nieproszony gość –  wielka i malownicza ćma, która całkiem możliwie mogła być jakimś paskudnym szkodnikiem drzew.

Mimo burzliwej i deszczowej pogody impreza była udana. Mama, która już nie wstaje z łóżka i jest bardzo słaba, kazała się wywieźć na wózku na ganek, gdzie przywitał ją tłum gości, intonując „Sto lat”,  co ją bardzo ucieszyło i podbudowało. Miała w ogóle bardzo zajęty dzień, bo każdy nowy przybysz wchodził do jej pokoju, żeby się przywitać, wręczyć kwiaty i pogadać. Mama, choć urodzona w Jaworznie, jest z natury góralką i harcerką, więc nic jej nie straszne. Wspominała to potem przez kilka dni, mimo, że pamięć już bardzo szwankuje. Bardzo dobrze też jej zrobiła obecność gości z dalekiego południa: córki jej zmarłego brata, siostry Taty z mężem i naszej najbliższej prrzyjaciółki, która od dziecka uważa ją za swoją drugą mamę, więc doceniam ich trud w pokonaniu ciężkiej drogi z jednego końca Polski na drugi.

Konstatuję wobec powyższego, że nasz wysiłek w przygotowaniu imprezy się opłacił z nadwyżką, zwłaszcza, że szczególnie dobrze wpłynęła ona na Mamę, która po niej odzyskała trochę chęci do życia.